Archiwum dla Listopad, 2008

NIEZNANY?! JAKI ON TAM PANIE NIEZNANY!

Obraz Zbigniewa Herberta jaki wyłania się z wywiadów pomieszczonych w zbiorze „Herbert nieznany – rozmowy” trudno chyba uznac za szczególnie rewolucyjny czy demitologizujący. Jedyną taką demitologizacyjną próbą w ostatnich latach była miejscami nieszczęśliwa książka Joanny Siedleckiej „Pan od poezji” eksplorująca biografię autora „Pana Cogito” nad wyraz selektywnie i chyba bez należytej równowagi. Trudno za taką próbę odbrązawiania Księcia uznać zbiór wywiadów, co akurat wcale nie jest moim zdaniem wadą.

Najbardziej rzucającą się w oczy cechą wspólną tych wywiadów to jest niezmienność i powtarzalność odpowiedzi na podobne pytania. Mozna powiedzieć, że Herbert wyraźnie pokazuje słup, mur o który się opiera i poza który się nie rusza. Na przykład zdanie o pływaniu pod prąd, że wprawdzie nie jest najskuteczniejsze ale wyrabia mieśnie i to, że z prądem płyną śmiecie. Warto jednak owe powtarzające się deklaracje wytrzymać i mimo wszystko uważnie kartkować wywiady bowiem raz po raz wyłaniają się z nich szczegóły, drobnostki, które umykały oficjalnym i demitologizującym biografom. Takim czułym miesjcem jest w wyiadzie przeprowadzanym przez ks. janusza Pasierba cały ustęp o Babci poety. Znakomity jako całosc i odbiegający od sztampy jawi się też wywiad o źródłach przeprowadzany przez Renatę Gorczyńską, zaś którzy nie wiedzą o co się poobrażała na Herberta masa ludzi może kolejnyraz przeczytać wywiad z Jackiem Trznadlem, pierwotnie pomieszczonyw  zbiorze „Hańba domowa”. Ciekawostką tego zbioru są dwa wywiady jakie Herbert przeprowadził sam ze soba (sic!) po powrocie z dłuższego pobytu w Stanach Zjednoczonych.
W sumie zatem to nie tyle Herbert nieznany, ile przypomniany, odtworzony, miejscami wchodzący ze sobą w sprzeczność, otwarcie kpiący z emocjonalnych konstruktów natchnienia, mistycyzmu poezji, odwracający głowę od nadmiernej estetyzacji, twardo obstacjący przy etycznym rdzeniu wiersza, który miał określać dopiero jego kształt estetyczny. To zresztą dobry temat do przemyśleń i dzisiaj, w środowisku literackim, wzajemne relacje etyki i estetyki.

KLASZTOR, WYSPA, JURODIWY


Jurod rzadko chadza do kina, ale ostatnio poszedł do Kina Dworcowego we Wrocławiu. Unikatowe miejsce gdzie podobno pojawia się czasem fantom Zbyszka Cybulskiego. Podobno. Od kilku miesięcy Kino Dworcowe we Wrocławiu przejęte zostało przez dawne ACF „Atom” poprzednio mieszczące się w NOT. Wcześniej kino dworcowe radziło sobie z transformacja puszczając przez lata pornole na przemian z klasyką kina polskiego, potem przez chwilkę było kinem zajmującym się kinem offestiwalowym. Odmiana na ACF „Atom” zrobiła mu dobrze. Chyba.

Jak zatem powiedziałem, poszło się do kina, dworcowego na film Pawła Ługina „Wyspa” (po naszemu „Ostrov”). I to jest dobry film, prosto, nienagannie skadrowany, chyba nie przegadany za bardzo (chociaż trochę tak, chyba już inaczej się nie da), a nade wszystko przeniknięty innym duchem prawosławia. Akcja rozgrywa się w maleńkim monastyrze na skraju Morza Białego a w tym monastyrze oprócz braci mniej i bardziej znacznych żyje Ojciec Anatol, pokutujący od lat zwożąc węgiel taczkami z rozbitej, na w pół wypróchniałej barki, paląc w klasztornej kotłowni, żyjąc obok innych mnichów w jeszcze większej od nich izolacji a zarazem mając moc odmieniania ludzkich losów. Jaka to moc, do końca trudno orzec, bo czy to moc Boża, czy perswazji i rozumu, nie wiadomo. Wiadomo, że mają problem z rozrabiaką współbracia (cudna scena wyliczenia przewin Ojca Anatola przed przełożonym Filaretem) a ten ma niezgorszy ze sobą, pływając codziennie na swoją wyspę, czarci ostrów gdzie tylko kamienie, pustka, porosty. Waha się ta opowieść między śmiesznostkami i żartami a opętaniem, czy raczej jurodstwem i wreszcie całkiem poważnym splątaniem winy i świętości.

 

  

Miły ten film jest Jurodzkiemu oku właśnie z tego względu że wiele scen jest jakby żywcem zaczerpniętych z żywotów bożo-szalonych mężów, jak np. scena wyganiania diabłów z kotłowni czy udawanie kury przed gośćmi z lądu. Figura świętego i szalonego starca, zgiętego zarazem pod ciężarem – jak się wydaje – tylko sobie znanej winy igra z tradycją Dostojewszczyzny. Ale także – gdy chodzi o język filmowy – blisko pokucie Ojca Anatola i całej jego postaci w klimacie do „Misji” Rolanda Joffe. Nie brak tutaj humoru na półuśmiech i to nie czarnego, ale ciepłego, dobrodusznego, jakby to nie Morze Białe, jakby to nie Rosja. Może drażnić dopowiedzenie, niemal idealne domknięcie, krytycy powiedzieli (tacy co byli), że nazbyt „amerykańskie dobicie” fabuły. Wydaje mi się jednak, że to mało amerykańskie, raczej biblijne, paraboliczne zamknięcie opowieści, żywota. Po drodze zaś jest dość innych zawieszonych, urwanych scen.

Mnie w każdym razie owo domknięcie nie drażniło, owszem, na innym filmie, w innej konwencji – byłoby zapewne nie do przyjęcia, ale tutaj – dało się przełknąć. A do tego ta drażniąca symbolika wyspy (a przecież nikt nie jest ponoć samotną wyspą) i długie, spokojnie prowadzone ujęcia. Dawno nie widziałem tak spokojnie poprowadzonego filmu.
A o rozwiązaniu fabuły oczywiście i o czym ani mru mru. Może jeszcze ktoś pójdzie do kina, niekoniecznie dworcowego.

MASŁOWSKIE JAK NOWOSTARE

Mój stosunek do pisarstwa Doroty Masłowskiej jest wielce złożony i dynamiczny. Najmniejszy opór budziły jej wiersze, przeczytane kiedyś w „Autografie”, lat temu 10.

Potem była „Wojna-polsko ruska…”, która wzbudziła spory opór nie tyle lekturowy co około lekturowy. Poszumek wokół i klaka była absolutnie nieznośna a książka w tym wszystkim taka sobie, chociaż ogromniała w poszumu i zwiększała swoją objętość. Teraz wygląda zupełnie inaczej, ale to dzięki np. książce „Paw Królowej”, która jeszcze przed ukazaniem się przez kilku dziennikarzy została okrzyknięta hitem nad hity, nad chorały, że wysadza z orbit gały. „Paw” był jeszcze bardziej taki sobie niż „Wojna…” a wrzawa jeszcze mniej taka sobie. Do parakomiksu paraliterackiego dorobiono tyle teorii, że aż dziw iż tak obciążone strony książki nie wyrwały się z grzbiety i nie rozsypały po drogach wygnania, jak ostatni obrońcy miasta bez kresów. Ale z kolei nagroda „Nike” dla autorki „Pawia Królowej” nie wzbudziła pogardy ani złości, bo rzeczywiście samej nagrodzie takie odświeżenie krwi i ryzykowny, może nawet – nietrafiony – werdykt był potrzebny.

Bardzo ostatnio – przeczytałem niby-dramat Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest”, wydany chwilę temu przez „Lampę i Iskrę Bożą” a napisany na zamówienie Teatru Rozmaitości Warszawa i Schaubuhne Am Lehiner Platz w Berlinie. Pisanie na zamówienie, mimo tego, że jest być może marzeniem wielu artystów, chyba nie zawsze służy dobrze pisaniu. W każdym razie nie każdemu. Dramacik jest w zasadzie powtórzeniem kilku wcześniejszych figur i figurynek narracyjnych, wypróbowanych w poprzednich dwóch książkach. Kilka postaci plaskatych jak piesek pana Hawranka (Pane Hawranek, to je pansky pies? – Ne mój nie był taky plaskaty) rozgrywających między sobą coś jakby drwinę ze współczesności i historii i w ogóle wszystkiego co otacza. Nie wiadomo kogo otacza, ale otacza. Jest oczywiście pewną niesprawiedliwością piszącego te słowa krytykowanie dramatu, którego się nie widziało w normalnej dla dramatu sytuacji – czyli na scenie. Mam jednak silne przeczucie, że lepiej na dramat adaptować niezłą prozę, niż słabą sztukę, tylko dlatego że sztuka jest już równo posiekana, opatrzona didaskaliami.

Mój stosunek do pisarstwa Doroty Masłowskiej jest złożony i dynamiczny. Na tle kolejnych znanych mi publikacji – „Wojna polsko-ruska…” zdaje się, wbrew moim intencjom, stereotypom, utrwalonym uprzedzeniom – błyszczeć coraz jaśniej. To, co w „między nami dobrze jest” drażni to narracyjny, językowy regresing. „Wojnę …”napisała jeszcze nastolatka, ale zrobiła to z rozmachem, zamaszystością i to budzi, post factum, sporą sympatię. Tamta nastolatka stworzyła modny idiom („się mówiło masłem”) ze dwie ciekawe postaci, doczekała się nawet kilku epigonek (kto jeszcze pamięta „Zakazane po legalu”?), nadała ton młodej prozie. Ta dojrzewająca psychofizycznie autorka jakby się cofała, jakby od drzewa kurczyła swój talent, zdolność, umiejętności – jak zwał, tak zwał – do ziarna. Ten dramat to zbiór zalążków, ziarenek, okruchów pomysłów i – jako się rzekło – kilka wypracowanych wcześniej chwytów. Może na scenie zyska nową jakość i będzie świetne. Na papierze blaknie, niknie, zaciera się.

Szkoda.

TYMAŃSKI DLA TYBETU

Swego czasu w żartach na forum Leszka Możdżera (w starej wersji) pojawił się wątek o proozycjach tytułów dla Szefa. Jurodiwy zaproponował tam wiele zwariowanych concept albumów w tym i album „Freedom for Tibet”. To było ze dwa lata temu. Nie wiem czy dawni koledzy z formacji „Miłość” – Tymon Tymański i Leszek Możdżer podglądają swoje fora nawzajem albo czy dzownią do siebie, czy nawzajem coś jeszcze konferują. Gdyby tak było, Jurod miałby troche radochy i pomyślałby, że może dawny wygłup na forum Możdżera zaowocował. Jakby nie było – właśnie ukazał się album Tymański Yass Ensemble „Free Tibet”.

Muzycznie to kawałek nieźle skołowanego, dętego  jazzu pomieszanego z szorstkimi brzmieniami gitary Tymona i jakoś przyowdzącego profanowi yassu brzmieniowe skojarzenie z „Talk to Jesus” (nomen omen!) Możdżera. To ostatnie szczególnie w drugiej na płycie „Bodhicitta”.  Z kolei w „Mahakali” drzemie jakby z King Crimson, okresu „Thrak” czy „Thrakaatak”. Głownie dzięki prostym ale gęstym partiom gitary i sugestynwej , połamanej rytmicznie grze perkusji is ampli w tle. No i pasuje, bo przecież Mahakala to odstraszająca, strażnicza emanacja umysłu Buddy, przedstawiana najczęsciej jako jegomość o sporym, zaniedbanym uzębieniu. W „Yogas of Naropa” pobrzmiewa mentalny chaos i wściekłość jak z Johna Zorna, z kolei w Mandali jakby band Waitsa, tyle że bez Waitsa. „The Kunley Bonuce” zaś to temat niemal z zamkniętymi oczyma dający się rozpoznać jako produkcja Alka Koreckiego, prawie tak wyrazisty jak „Z całym szacunkiem – dzikia świnia” (kto jeszcze pamięta tamtą świnię?) ale dziko podrasowany elektroniką i rytmicznie podkręcony. To oczywiście tylko garść skojarzeń a nie opis płyty, bo w tych krótkich, miniaturowych w zasadzie kawałków jest motywów, którymi mozna by obdarzyć niejedną suitę „Yes”-ów (nomen omen – Yass-Yess). Żeby nie zapomnieć w jakiej sprawie Panowie Muzycy się wypowiadają – w utworze numer 9 podkreślaja ideolo wyraz całości melorecytując „chinese – time – to go home”. Do tego jak klamrą zamyka i otwiera album mantra – a jest to bodaj mantra 108 sylabowa do Dordże Sempa – oczyszczająca. Słowem yassowo-buddyjski czyściec.

Amen