Archiwum dla Październik, 2008

LIST DO MINISTRA KULTURY – REPRYZA

Poniższy list powstał w listopadzie 2007 roku i był publikowany tu i ówdzie. Wydaje mi się, że pomimo upływu czasu – wiele z jego sformułowań pozostaje aktualnych i stanowi mimowolnie – komentarz do wyparowania „Studium” i serii „nowa proza i poezja polska”. Może jednak warto wracać do tej rozmowy o czasopismach i literaturze oraz formach jej wegetacji. Bo tylko o wegetacji rozmawiamy.

Drogi Panie Ministrze,

Objął Pan już zapewne swoje włości, zatem dopóki nie osiądzie Pan w utartych koleinach, pozwoli Pan, że zwrócę mu uwagę na pewien problem, który pozostaje niezałatwiony od lat, a jego efektem jest kurcząca się nisza czasopiśmiennictwa literackiego w Polsce i rosnąca rezygnacja tych, którzy nie mając etatu ani gotowej pensyjki, jeszcze coś składają po nocach na prywatnych komputerach, ale zapał z nich opada.

Nie mam zamiaru się użalać nad ciężkim losem, bo ostatecznie – czy ja, czy inni redaktorzy, podejmowaliśmy zapewne wyzwanie bez złudzeń, że literatura mająca pretensje artystyczne może być zajęciem dochodowym. Owszem, byliśmy pewnie mniej więcej przekonani (piszę „my”, bo nie mam żadnego powodu, by uważać, że jestem osamotniony w tym myśleniu), że wprawdzie literatura nie jest zajęciem mainstreamowym, to nie „taniec z gwiazdami”, raczej coś bliższego zasięgowi modelarzom redukcyjnym, jednak zarazem jest to zajęcie o wiele istotniejsze od modelarstwa redukcyjnego, o czym Pana, jako Ministra Kultury, nie muszę chyba przekonywać.

Nie chodzi zatem o lamentacje ani o bezustanne błaganie o więcej pieniędzy z państwowej kiesy. Pieniędzy nam potrzeba, ale jest wiele rzeczy, które można zrobić, nie zmieniając kwot, jakie państwo polskie przeznacza na dotowanie naszych pism i pisemek. Oto kilka z nich:

1. Dystrybucja, kolportaż i sprzedaż to sprawdzian dla każdego tytułu. Najczęściej realizowany jest środkami własnymi. Zastanawiał się Pan jednak, dlaczego pisma literackiego nie kupi mieszkaniec Ołdrzychowic Kłodzkich ani podróżny udający się ze stacji Gniezno do miejscowości Śrem? Pan dostanie takie pismo do rąk własnych, ale co ma zrobić inteligent jak z obrazka Andrzeja Mleczki lub filmu Koterskiego? Otóż on tego pisma w ręce mieć nie będzie nie tylko dlatego, że się nim nie zainteresuje, ale dlatego, że dystrybutorzy prasy dbają nieustannie, aby niskonakładowe czasopisma nie zawracały im głowy. Tych dystrybutorów prasy w Polsce jest razem nie więcej niż dziesięciu, z których tylko jeden stosuje w miarę ludzkie metody działania, a pozostali obudowali się takim systemem utrudnień, opłat i marż handlowych, że komuś, kto już pismo wydał – bywa, że z dużym udziałem publicznych pieniędzy – zwyczajnie nie opłaca się tego pisma kierować do dystrybucji przez firmę R. albo K. czy nie daj Boże – firmę I. Zaczyna się od klasycznej stawki kolporterskiej, która jest ustalana na minimum 45-50% ceny detalicznej pisma, a ta zazwyczaj jest wyliczona nie pod koszty druku, ale pod możliwości czytelnika. Czytelnik pisma literackiego to zubożały inteligent, student, który ma nie po kolei w głowie, wykształciuch na dorobku – nie kupuje pisma, które kosztuje powyżej 10 PLN. Do zwyczajowej łupieżczej marży dochodzi 1000 i 1 ze sposobów wyłudzania dodatkowych pieniędzy – np. za transport nakładu, odesłanie zwrotów, metkowanie pisma przed wpuszczeniem w sieć dystrybucji (to kod kreskowy już nie wystarcza?), zgoda na zwroty fizyczne, składowanie zwrotów, opłata za niesprzedanie 50% egzemplarzy i wreszcie największa przyjemność – opłaty za przymusowe reklamy w wewnętrznych pisemkach dystrybutorów oraz tzw. „twarzowe”, czyli jednorazowa opłata dystrybucyjna, która jest nakładana zgodnie z wewnętrznymi uregulowaniami na wszystkich wydawców czasopism w wysokości od 3 do 7, a nawet 10 tys. PLN. Być może taka kwota dla „Gazety Wyborczej” albo „Playboya” nie stanowi problemu, jednak dla nas oznacza, że musielibyśmy dopłacać z własnych kieszeni do dystrybucji i to nie mało. Zazwyczaj tyle, ile w naszych kieszeniach nigdy nawet w przybliżeniu nie widzieliśmy. Chcielibyśmy móc w mniejszym stopniu wisieć u klamki kierowanej przez Pana instytucji, nie wisieć u klamek starostów, marszałków, burmistrzów i prezydentów, wiemy, że macie nas Państwo trochę dosyć. Chcielibyśmy w jakimś stopniu móc swoje wizje realizować dzięki własnym środkom. Nie wiem jednak, jakie rozwiązania prawne, polubowne, mogłyby zostać wdrożone, aby dystrybutorzy prasy i książek zechcieli dać nam zarobić na sprzedaży.

Obecnie nasze pismo nie ma możliwości zarobienia na koszty druku. Musiałoby się sprzedawać w 100% nakładu i kosztować w sprzedaży detalicznej 24,50 PLN. Ale wtedy nikt by go nie kupił, nawet ja sam. Tymczasem wiadomo, że pismo, które się sprzedaje, może być traktowane poważniej przez reklamodawcę, życzliwiej patrzy na niego także publiczny mecenas – bo sprzedaż pokazuje, że pismo jest komuś, poza jego redakcją, potrzebne.

2. Innym problemem, który leży w gestii ministra, jest uproszczenie systemu dotowania czy subsydiowania prasy literackiej. Wydawanie pisma literackiego to proces ciągły, wymagający strategicznego planowania na lata, nie na dni czy tygodnie. Czytelnika trzeba przyzwyczaić do obecności pisma na rynku, nawet jeżeli jest to tylko kwartalnik. Tymczasem jesteśmy zmuszeni, my, redaktorzy pism niepatronackich, do stawania co roku do konkursów o dotacje i jako redaktorzy zaczynamy się w głównej mierze zajmować sztuką pisania wniosków, rozliczeń i preliminarzy, nie zaś redagowaniem pisma. Potem czekamy tygodniami na decyzję komitetu, potem Pana Ministra, a potem na podpisanie umowy i wreszcie kolejnych kilka tygodni na przelew gotówki na konto. Składając kilkunastostronicowy wniosek, plus kilkanaście stron załączników – na początku stycznia, czeka się na pieniądze do lipca-sierpnia. Rozlicza się, kolejnymi kilkunastoma stronami druku ministerialnego i kilkunastoma stronami załączników – do grudnia i w zasadzie można już pisać nowy wniosek. Pytanie-dzwon brzmi: skoro nasze organizacje są zapisane w rejestrach sądowych, urzędach skarbowych, sprawdzają nas i kontrolują organy nadzorcze, dlaczego również Ministerstwo nie może nas sprawdzić samo? Dlaczego to my bierzemy urlopy, biegamy po sądach, urzędach? Dlaczego, jeżeli składamy wnioski w styczniu, wymaga się od nas rozliczenia i sprawozdania finansowego, które zgodnie z prawem składamy (jako stowarzyszenia, firmy) do 31 marca danego roku? I po co ogłasza się tzw. trzeci nabór wniosków we wrześniu, skoro wiadomo od lat, że w ramach trzeciego naboru nigdy nie ma już pieniędzy?

Reasumując – uproszczenie wniosków o dotacje, usprawnienie procesu decyzyjnego, przemyślenie procedury dla wniosków wieloletnich, zdjęcie z nas kilku obowiązków udowadniania, że nie jesteśmy wielbłądami, umożliwiłoby nam w większym stopniu rozważanie strategii wobec czytelników, a nie – z całym szacunkiem – wobec kolejnych Ministrów.

3. Dlaczego nie ma jednoznacznej wykładni dotyczącej prawa zamówień publicznych w odniesieniu do redakcji, które nigdy ani na początku, ani w połowie roku nie wiedzą, jaki procent środków będzie pochodził ze środków publicznych? Ponieważ co roku musimy stawać do konkursów, ponieważ kwoty przez nas wnioskowane są obcinane wielokrotnie, ponieważ z powodu miejsc po przecinku nasze wnioski są odrzucane ze względów formalnych – nie ma boskiej mocy, byśmy byli w stanie przedstawić plan finansowy na dany rok, nawet w przybliżeniu, a tym bardziej, byśmy mogli znać kwotę, jaką możemy przeznaczyć na realizację zadania, na które powinniśmy ogłosić jedno z postępowań przewidzianych w Prawie Zamówień Publicznych. Z numeru na numer robimy wygibasy techniczne, objętościowe, wszelkie inne. Nasze zadanie jest niby ciągłe (bo czasopismo jest wydawnictwem ciągłym) de iure, ale de facto – nie ma nic bardziej nieciągłego niż realizacja takiej działalności wydawniczej.

4. Jest jeszcze kwestia niby drobna, ale znakomita. Jak Pan wie, jako wydawcy, jesteśmy zobowiązani kilkanaście egzemplarzy pisma bezpłatnie przekazywać wybranym bibliotekom w kraju, przesyłki te zwolnione są z opłat pocztowych. Gdyby tak istniała możliwość zwolnienia z opłat większej ilości egzemplarzy rozsyłanych przez redakcje w ramach promocji, niechby i do bibliotek, do klubów literackich, domów kultury i ośrodków, które organizują – wiemy to przecież, jesteśmy w tym środowisku – imprezy literackie, konkursy, spotkania autorskie? Ci, którzy decydują się na odbieranie (za kolejną opłatą dystrybutorską) zwrotów swojego pisma, zapewne woleliby, żeby wędrowało ono w takie miejsca niż żeby kurzyło się w redakcji. Niestety, po zniesieniu ulgowej opłaty na tzw. „druki”, wysłanie pisma rozmiarów naszego kosztuje średnio 4–4,50 PLN, a nas nie stać na takie rozmiary działalności charytatywnej. Ostatecznie, w przytłaczającej większości nikt z nas – redaktorów, składaczy, korektorów, autorów – nie pobiera honorariów albo pobiera je w symbolicznej formie.

5. Na koniec – może dobrze by było powołać jakieś otwarte, kolegialne ciało przy Ministerstwie? Jakiś rodzaj stałej konferencji przy Ministrze Kultury, na obrady której każdy – od redaktora art-zinu po redaktora pisma patronackiego Biblioteki Narodowej – miałby wstęp, a która byłaby może uciążliwym, ale kreującym nowe pomysły i idee ciałem doradczym Pana Ministra?

Mam nadzieję, że nie potraktuje Pan tego listu jako wdzieranie się redaktorów pism literackich w nieswoje kompetencje i na nieswoje podwórko. Dobrych doradców nowy rząd zdaje się mieć wielu, ale jak mawiała moja prababcia, kresowiaczka – od przybytku głowa nie boli.

Z wyrazami szacunku i życzeniami najlepszej kadencji,

Radosław Wiśniewski

KWIATY DOLINY KREATYWNEJ (Sampel dedicated to KCzK)

Poniższy sampel składa sie tylko i wyłącznie z kwiatów, którymi zostałem obsypany jako juror Doliny Kreatywnej. Dziękuję, dziękuję. Nie trzeba było. Pozdrawiam.

Motto:


lewa stopa miękkimi susami


pokonuje nierówności dachów


prawą ciągnie za sobą


wbitą ciężarem w korytarze nornicy
 




z racji wieku zdzieram szaty


trwanie to przedziwne czasy


rozłupina mego środka


to jest mózg-nie dusza serca
 



Obudziłam się rano ( z dymem z jego papierosa w jądrze przytomności). Dwadzieścia pięć lat prawdziwego życia bez oryginalnej satysfakcji wśród społecznej marności. Moim marzeniem było zostać pisarką. Zamierzam do tego doprowadzić.  Miasto rozkleja zaspane powieki, rozrywa dziewicze błony snu. Na ulicy bardzo wzmocnił się dźwięk szlochów. Patrząc na nią odgaduję siebie z kaprysów mięsności. Dłonie w jądrze bezczucia trwają. Piję szóstą kawę ze śmiercią spojoną opium bólu.  Świat zgnił, a wraz z nim ona i jej dusza z kryształu po latach ściemniała pomału i pomału smutek ją strawił aż do miału.  
 

To było tak, że ja siedziałem w domu, w przybiurkowości swojej pogrążony, a tu nagle ojciec wchodzi. Dziś od tego pamiętnego spotkanie minęło 10 lat, a Zosia nadal czeka , czeka i pisze pisze wiersze. Wyczekiwałem twoich obfitych powrotów - wymamrotałam pod nosem, z krwiożerczą intonacją mszczącej się na wędkarzu dżdżownicy - Bo mnie wyniszczasz , a ja teraz buddyzm kątem – pluje czyli : istnieje cierpienie , cierpienie można przezwyciężyć , wszystko ma przyczynę i skutek .

Zajebiście .  Dreszcze wykonywały ostatni maraton po powłoce ciała księdza, włosy zaczynały się prostować i blednąć z napełniającego je uczucia martwoty. Na świecie jest mnóstwo ścieżek bez śladu bosych stópek. Jeszcze tylko zgrabiałe ręce drzew konwulsyjnie szarpały niebo, zdawało się jednak, że i one zostaną niebawem pochłonięte przez wciąż przybywające pasma skrzącej bieli. Wiesz, że kiedyś było łatwiej gdy pod piersią nie krył się emocjonalny reaktor.  Jednak pęcherz okazał się silniejszy: Mietek podrapał się po kroczu i z wielką niechęcią powlekł się do łazienki, gdzie oddawał mocz przez 2 minuty i 6 sekund, pobijając tym samym własny rekord w tej dziedzinie. To był taki dźwięk, jakby ktoś wsadził korek w tyłek rzeczywistości. Był istotąwrażliwą i wyposazoną w pokaźny bagaż wyobraźni.

Latem w górach zapytałam cię, jak można zjeść tyle hamburgerówi nie skończyć na gastrologii. Życie ucieka stadami a czas mija jak huragan. Uderzyli jak młot, taran w bramy mojego egoizmu! Pękły z łoskotem i hukiem czarne zaśmierdłe wrota, Rąk moich własnych przecie  ukryta robota! Wyzwolili z szalejącej bestii ludzkiego konformizmu!. Ale jakże upartym jestem człowiekiem, co wolności pragnie, zaślepionym kiedy czystość, godność swoją kradnie!   I tu sparafrazuję sobie słowa naszego Adama :
W słowach tylko chęć widzim,  w działaniu potęgę, Trudniej dzisiaj żyć w czystości, niż napisać księgę 

Fascynującą lekturę przerwały mi nieludzkie krzyki hrabiego, u którego byłem w gościnie, a który dostawał kolejnego napadu.  Spod kołdry wynurzył się świecki kapelan globusa opatulony fragmentem treści aksjomatu batalia ze śniegiemtrwałym jak Bizancjum. Dzisiaj jest mokra i opuszczona niedziela. Jak co wieczór Marke zakręcił wodę, odsunął drzwi kabiny i pozwolił swojemu ciału nieskrępowanie obciekać. Na pierwszym piętrze w pochopnym nabożeństwie stańczają się ofiary. Latarnia morska mojego dzieciństwa teraz obwiezona lampkami choinkowymi przeciw ciągle płodzącym się samolotom wygląda jak wielki chuj albo boży palec. Zgooglowana rzeczywistość nie przyswaja Haupta. Są tanie chwyty ze zdejmowaniem majtek. Nie ma juz Krecika, jest mangowe seppuku. Z gramafonu sączy się zachrypnięty, zmęcznie namiętny głos Jandy.
Urzekła ją przepaść jednego spojrzenia. Spadała w nią długo, eterycznie rozkładając ramiona.   Było ich pełno jak szarańcza, gdy pierwsza z nich uderzyła w ziemię, poczułem jak planeta płacze… Nagle, po niespełna paru sekundach rozległ się masowy kataklizm.  A mały, ośmionogi stworek nic ode mnie nie chciał. Przemierzał długą drogę by dojść do końca mego niebieskiego blatu. Minął lampę, miskę i papierki od cukierków. A ja go huknęłam. Książką. Zostałam mordercą. Odebrałam mu możliwość przejścia kolejnych blatów. Niejedną mam już zdymkę na stopie.  Tam się będzie wojna działa z wściekłymi kobiety, . Czas przyspieszenia, bo wszystko płynie wolniej. Grube warkocze myśli zjadają odległość między nami. Im głębiej we mnie, tym więcejnie tak prostej potrzeby ud. 

Miękka ikra na niebie północnym najgorsze, że księżyc ma skrzelato nie przesadne twierdzić, że na końcu równika mieszkają rude jagnięta!  Osobnik  w ciemnym i podbijanym czerwienią kapturze umieścił we wnęce cedru srebrny kielich i paterę z bochenkiem jakby pszennego chleba, na którym widniał znak cennego krzyża. 
Frustracje to stwory o niezadowolonych minach. Podmiot liryczny upada, jednak podnosi się, i tak smutnie pogodny idzie dalej przez życie. ZDawno, dawno temu, w miejscu niesprecyzowanym i nieopisanym w szczegółach miała miejsce scena, która bez zbędnych nieścisłości dowiodła, że wszelakie sytuacje, które w dawnodawno umiejscowionej scenerii się odbyły, całkowicie pozbawione są sensu i nie warto, choć marnej części swej uwagi na nie poświęcać. I jak tu kurwa nie być gejem z takim nazwiskiem, myślał Marcin Napletko zawiązując trampki okraszone obficie czaszkami. Zostawcie! nie ciągcie !nie zmuszajcie ! 

W następnym odcinku opowiem jak kasłać z ołówkiem w zębach.

Całość dedykuję sobie, aby inni mogli bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że to głupie i niedojrzałe .
PS.  Z góry dziękuję . 

ZIELONA SOWA MRUŻY OCZKO


This is the end, my only friend the end
(the doors)

A zatem stało się, w zasadzie dzieje się, działo się. Gasło, gasło i zgasło. Najpierw odszedł redaktor Nurek Grzegorz, na którym wisiało – z pobieżnych obserwacji – całe dobro związane z najmozolniejszą i najmniej wdzięczną pracą w czasopiśmie „Studium”. Już chadzały wówczas słuchy że jest inwestor, który chciałby kupić „Zieloną Sowę” wraz z dobytkiem. Ale wiosną – latem 2008 jeszcze ukazało się „Studium”, mimo wszystko miał byc kolejny numer. Jednak jesienią z wydawnictwem pożegnał się Roman Honet. Dzisiaj w nocy – spodziewany grom z jasnego nieba – „Zielona Sowa” sprzedana WSiP-owi, czyli Wydawnictwom Szkolnym i Pedagogicznym. Zdaje się że nie ma co czekać na ten nowy numer „Studium” ani na nowe edycje z biblioteki „nowa prozai poezja polska”, która około 100 pozycji zamknie historie kolejnego kaprysu możnowładcy. o upadku „Nowego Nurtu”, serii poetyckich w większości liczących sie domach wydawniczych tak oto kończy się iluzja, złudzenie, że możni, bogaci i syci będą chcieli łożyć na kulturkę naszą narodną. Nie, nie będą chcieli, bo nie. Bo takieicyh zbójeckie prawo. Żadnych złudzeń Panowie i Panie – nic tu po nas. W zasadzie coraz mniej po nas, wokół nas i tak dalej.
Proponuję zapalić w każdym oknie, które sie smuci świeczkę. I z tych wszystkich świeczek ułożyć wielką sowę, która mruży oczko. Z popielnika. To juz jest koniec. Dobranoc.

DŁUGA NOTATKA DO CZYTANIA

A teraz żeby odreagować na te mocna słowa, proponuję kilka lektur:

 

 

 

Każda kultura ma swoje obyczaje pogrzebowe. W kulturze polskiej, silna jest tradycja trenów i w tę tradycję wpisuje się książka „Lacrimosa” Radosława Kobierskiego. Powiedzieć o wierszach Kobierskiego że są ładne, czy dobre – byłoby niewłaściwie, o tyle, że mamy do czynienia z obrzędem lamentacyjnym nad odchodzącym ojcem. Jednak nie są to typowe treny, pełne emocjonalnego napięcia. Nie znaczy to, że emocji brakuje w 34 wierszach pomieszczonych w tomie, wręcz przeciwnie, są ale ukryte za ścianą obrazów. To wiersze o rzeczach i osobach najbliższych, można powiedzieć konfesyjne, bo pisane zawsze z uznaniem kruchości owych rzeczy i spraw. Celem piszącego jest chyba rozpoznawanie siebie w strudze czasu, próba wydzielenia jakichś indywidualnych, wiarygodnych niezmienników, rdzenia osoby postawionej wobec nieuchronnego biegu rzeczy. Próba opisania siebie, w tym wypadku syna, w odbiciu ojca, którego już nie ma. Wiersze wydają się przejrzyste klarowne a efekt współuczestnictwa w procesie dochodzenia do światła, ostatecznego rozjaśnienia – osiągnięty jest prostymi środkami stylistycznymi. Gdyby nie nadzwyczajna kondensacja języka i ascetycznie kadrowanie sytuacji lirycznych, można by powiedzieć, że poezji Kobierskiego blisko do prozy. Ale nie ma wątpliwości, to przejrzysta poezja zatrzymująca się nad tym co nieuchronne. Chciałoby się rzec – poezja otwarta na każdego. Chociaż to ostatnie zdanie – jest okrutne.

 

 

Nie ma chyba drugiej postaci w historii ostatnich kilkudziesięciu lat polskiej poezji, która by budziła tak silne emocje (wciąż i wciąż!) jak Zbigniew Herbert. A trzeba zaznaczyć, że są to głównie emocje mające z twórczością literacką autora „Struny światła” dość luźny związek. Nieszczęściem dla samego poety były próby zawłaszczania jego dzieła przez polityczne grupy wpływów, które w znacznej mierze określiły jego miejsce w przestrzeni publicznej, miejmy nadzieję, tylko na jakiś czas. Odczytywanie Herberta poprzez politykę, historię upadku komunizmu, osobiste zaangażowanie w sprawy bieżącej publicystyki w latach 90-tych, chociaż wdzięczne dziennikarsko, wcale nie jest najciekawszą ścieżką lekturową. 
Autor książki „Ciemne źródło”, redaktor „Tygodnika Powszechnego” – Andrzej Franaszek należy do czytelników nieco więcej wymagających od siebie i od wierszy Herberta. W eseju nad poezją autora „Pana Cogito” upomina się o Herberta jako poetę zaangażowanego w spór o istotę i miejsce zła w świecie. Nie chodzi tutaj jednak o pytanie o źródła zła, o odwieczne unde malum. „Ciemne źródło” to krytyka, która jest bardziej przewodnikiem po zaułkach pozornie znanej budowli, a problem zła, jaki wydaje się być tutaj najistotniejszy, gdyby podążyć za wywodem autora – to przede wszystkim problem zła, które się wydarza poszczególnej osobie, pojedynczej istocie – cierpienia. 
I nie chodzi ostatecznie o to, czy istnieje jakieś remedium wobec niszczącej siły, jaką jest ból. Chodzi o odnalezienie sensu, którym być może jest współodczuwanie, a raczej poetyckie współbycie z cierpiąca istotą, czy będzie to konik morski czy postaci z mitologii. Wreszcie najbardziej chodzi chyba o próbę odczytania Herberta w oderwaniu od minionej doczesności, która tak jak nie dotyczy już Herberta, zmarłego 10 lat temu, tak w coraz mniejszym stopniu dotyczy jego poezji i jej odczytań. Z dystansu jaki proponuje Andrzej Franaszek zaś widać więcej i ciekawiej. Chociaż to oczywiście tylko jedno z możliwych odczytań przesłania Pana Cogito.


 

Kolejne zbiory wierszy Romana Honeta rozdzielają długie lata milczenia. Zbiór „Baw się”, wydany przez Biuro Literackie pojawił się po sześcioletnim okresie milczenia i relatywnie niewielu publikacjach prasowych materiału poetyckiego, jaki się na niego złożył. Nowe wiersze Honeta skupiają się na figurze dziecka. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to jakaś opowieść sentymentalna. Tak jak poprzednio – sporo w tej opowieści okrucieństwa, obnażenia nie tyle ludzi, ile sytuacji granicznych, których jest kilka, ale które od tysięcy lat napędzają poetom nieliczną, ale wrażliwą i wdzięczną klientelę. Dziecięctwo w tym kontekście wydaje się być raczej ewangeliczną figurą otwartości na wszystko, co przynosi życie i to, co stanowi jego dopełnienie – czyli zaglądanie do trumny. Wobec śmierci, życie wydaje się zabawą, zatem bawmy się, wybawmy się za wszystkie czasy, bo innych, lepszych nie ma szans zaznać. W zasadzie trudno powiedzieć, czy to są bardzo nowe wiersze Romana Honeta o tyle, że ten liryczny głos od razu gdy się pojawił ustawiony był na dość dużym pułapie lirycznej doskonałości i ten poziom stale utrzymuje, stale pomijany przy rozdawnictwie ważnych literackich nagród, na rzecz brzmień modniejszych, bardziej „dla ludu”. W tym sensie wiersze Honeta nie są nowe, bo raczej utrzymują wysoki poziom, opowiadają na nowy sposób te same przypadki ludzkiej wyobraźni i doświadczenia. Być może to jest jednak ten zbiór, który zostanie dostrzeżony szerzej i wreszcie rozczytany nie jak raport z lektur, ale dożylne doświadczenie rzeczy i świata bez znieczulenia, takiego świata, jakim on jest. Chociażby takim był tylko w świecie pojedynczego człowieka. Tylko, czy aż?


 

Niewiele jest książek, które łączą w sobie wartość literacką z żarliwością wyznania oraz szczerością religijnych poszukiwań. Zazwyczaj tam gdzie pojawia się żarliwość – ginie dystans a gdzie górę bierze szczerość – gubi się język. „Siedmiopiętrowa góra” Thomasa Mertona – człowieka, które skomplikowane drogi życia zawiodły do klasztoru trapistów – to opowieść która równoważy rozliczne żywioły w języku, mieści w sobie i szczerość i dystans. To sprawia, że trudno by było wartość tej opowieści sprowadzić do kwestii czysto konfesyjnych. Duchowa autobiografia Mertona jest spisywana pewnym, wyważonym piórem, które nie daje się sprowadzać na manowce zbyt prostego pamiętnikarstwa a przy tym oddaje sprawiedliwość światu, którego już nie ma – świata sprzed kataklizmu drugiej wojny światowej a przede wszystkim oddaje sprawiedliwość ludziom, których przyszły trapista spotkał na swojej drodze. „Siedmiopiętrowa góra”, czyli innymi słowy dantejski czyściec jak interpretuje swoją drogę od ateizmu do katolickiego powołania zakonnego jeden z większych mistyków minionego wieku, przywodzi nie dające się odtrącić łatwo skojarzenia z największymi tego typu dziełami – „Autobiografią” Gandhiego, „Wyznaniami” św. Augustyna ale także z rozlicznymi powieściami Hermana Hessego. Sprawia to też, że książka Mertona nie jest lekturą zastrzeżoną tylko dla ludzi odnajdujących się podobnie jak Thomas Merton. To uniwersalna opowieść o poszukiwaniu ducha, czy może raczej Ducha we współczesnym świecie, a jej walory artystyczne sprawiają, że pozostaje otwartą księgą tak dla wierzących jak i poszukujących wiary czy chociażby porządku i pokoju.

I NA KONIEC NIE TAKA PROSTA KSIĄŻKA

 


Druga wojna światowa, sądząc po żywotności tej tematyki, nosi znamiona zdarzenia granicznego, swoistego mordu założycielskiego współczesnej Europy. Zarazem w bliższym poznaniu, wspólna wszytskim jako doświadczenie – historia największej wojny w dziejach świata nie ma jednej wersji i rozpada się na narodowe narracje, które nie zgadzają się ze sobą nawet co do daty początkowej, nie mówiąc już o ilości ofiar czy ocenach bardziej generalnych. Różne są też odpowiedzi na pytanie – kto zwyciężył i czy aby naprawdę zwyciężyli dobrzy a przegrali źli. Norman Davies w najnowszej syntezie – „Europa walczy 1939-1945 – nie takie proste zwycięstwo” próbuje się mierzyć z tym europejskim aspektem wojny, która – warto o tym pamiętać była wojną światową i poszukuje jakiegoś wspólnego mianownika a w każdym razie otwarcie stawia pytania o możliwość jego wyznaczenia. To, co stanowi szczególną cechę książki Daviesa to jej układ, który odchodzi od linearnego, chronologicznego schematu narracyjnego na rzecz opisu podporządkowanego poszczególnym zagadnieniom natury ogólnej takim jak kwestie polityczne, cywilne, wojskowe czy – i to pewne novum w stosunku do innych opracowań – obrazu wojny w sztuce i kulturze. Brytyjski historyk próbuje w swoim dziele znaleźć punkt równowagi pomiędzy punktami widzenia narodowych historiografii; perspektywą wschodu i zachodu; pomiędzy szczegółem a ogółem. To ostatnie nie zawsze się udaje, ale warto pamiętać że intencją jest tutaj próba odnalezienia kodu, którym moglibyśmy rozmawiać i oswajać na nowo doświadczenie między sobą, pokolenia dzieci i wnuków sprawców i ofiar. Sprawców i ofiar które bywało, że zamieniały się rolami, lub występowały – a o tym Davies przypomina co i raz – w stosunku do jednych jako sprawcy a wobec innych jako ofiary. To usiłowanie stworzenia swoistego historycznego – ale i politycznego – europejskiego esperanto to chyba największy walor tej książki dla polskiego czytelnika. Oddając sprawiedliwość tym, którym się to należy Davies zarazem próbuje wyzwalać odbiorcę z ciasnego centryzmu, na przykład – polonocentryzmu. Wybaczając mu uproszczenia czy nieścisłości – warto jest się zmierzyć i odnaleźć w tej syntezie. To nie jest książka która utwierdza sądy, raczej inspiruje do poszukiwania i formułowania nowych. Na innym planie, nazwijmy go meta-historycznym „Europa Walczy” daje się czytać jak opowieść historyka, który wiedząc, że nie osiągnie nigdy pełni prawdy, wie że ze wszystkich sił należy do niej dążyć odrzucając ograniczenia i stereotypy.

I jeszcze o tym „Lód” Jacka Dukaja dostał nagrodę Kościelskich czy też Jacek Dukaj z „Lodem” dostał nagrodę Kościelskich, wszytsko jedno, bo ja GORĄCO ZACHĘCAM DO LEKTURY „LODU”

Z KOMENTARZE W NASZYM BARZERBARBARZE

Nigdy nie jest tak śmiesznie żeby nie mogło być śmieszniej. Poczytałem sobie komentarze na kumplach i w innych miejscach gdzie trzeźwa czy pijana szalała KCzK i oto wyimki z kumpli, które są conajmniej równe niektórym kwiatom dolin kreatywnych:

tajna | 
2008-09-25 13:36:34 | 217.98.102.11 jurod nigdy mądry nie będzie, dopóki będzie się całował z kościołem; no chyba że przejdzie całkowicie na ich stronę i zostanie księdzem:) to wtedy to będzie miało jakiś sens

tajna | 
2008-09-25 15:50:04 | 217.98.102.11 „Moim zdaniem jest. To trzeba wypalać. Im wcześniej tym lepiej”. -> ( z bloga juroda) Juroda krucjata przeciwko słabej, jego zdaniem, literaturze. No cóż, to typowa mentalność katolicka; kiedyś by jurod wypalał osady jaćwingów i zasadzał na pal głowy niewiernych, złych pogan. Czasy się zmieniły, to i środki się zmieniły, ale mentalność pozostała ta sama:(

Tytułem sprostowania, skoro zostałem już zmieszany z Inkwizycją i Krzyżakami – na pal nabijało się całe indywiduum, osobę znaczy, ale Inkwizycja takich metod nie stosowała. Najczęsciej humanitarnie duszono garotą lub palono na stosie, o banalnym ścięciu nie wspomnę. Głowy nabijało się, owszem, ale na włócznie i to raczej po stronie tzw. pogańskiej, np. islamskiej. Najbardziej w Polsce znaną głową wbitą na podłużny przedmiot pozostaje głowa Władysława Warneńczyka, który jednakoż był bardziej królem Węgier niż Polski i zginął pod Warną, na terenie dzisiejszej Bułgarii, ówcześnie Turcji. A teraz z samego mistrza:

KczK > Erich | 
2008-09-26 13:06:00 | 80.53.135.100

Nie mam telewizora, nie oglądam telewizji a tym bardziej programów dla plebsu. Wciąż ma przekonanie, że literatura jest czymś nieco wznioślejszym.

Ale na tyle na ile znam sprawę z urywków w necie itp. – taki jest właśnie format tych programów. Ma być tani szoł więc producent zatrudnia celowo jurorów którzy robią z siebie i innych durniów. 

W „dolinie kreatywnej” chodziło jednak o inny poziom i powagę, a Wiśniewski zachował się dokładnie w stylu „idola” co ktoś tu parę notek niżej już zauważył. Dziwne że muszę takie rzeczy tłumaczyć, jak i to że istnieje delikatna różnica między telewizją fundującą nagrody a hitlerowskim okupantem.

KczK | 
2008-09-26 13:31:41 | 80.53.135.100 A tak swoją drogą, doprawdy zupełnie nie wiedziałem że Pietrucha taki klecho-prawicowiec jest. Eksponuje tam raczej obronę wartości tybetańskich a to przecież religia cokolwiek inna od katolickiej.

KczK | 
2008-09-27 01:31:43 | 213.158.196.103 I na zakończenie tematu – do wszystkich oburzonych moim „donosicielstwem”, „szmalcownictwem” „postawą ormo” i w ten deseń. Drodzy państwo z tzw. światka literackiego – odkąd bez uzasadnienia w chamski sposób wyjebaliście mnie z nieszuflady, to nie mam litości. I jeśli ktoś się nawet lekko nieuważnie pochyli podnieść przysłowiowe mydło to nie malitości – zostanie wyjebany że aż miło. Zrozumiano?

I w zasadzie tyle, no ocmments. Zastanawia mnie tylko co oznacza w odniesieniu do mnie zbitka klecho-prawicowiec.