Archiwum dla Lipiec, 2008

ODLICZANIE JURODA. 33. 34. T-34

O północy skończy6łem 34 lata i dostałem sms od Józwy Jóźwickiego, że jednak okazałem sie w tym jednym lepszym od Jezusa. No cóż, fakt, od dzisiaj możecie mi mówić T-34

Żeby jednak było jasne – znacznie bardziej niż „Rudy – 102″ jest mi bliższy Tank z piosenki Jacka Kaczmarskiego na motywach Włodzimierza Wysockiego, a że jak co roku Czerowni już blisko…” to chyba nie będzie od rzeczy piosenkę przypomnieć:

Jacek Kaczmarski (c/o Władimir Wysocki)

TANK

Gąsienicami zagrzebany w piach nad Wisłą
Patrzę przez rzekę pustym peryskopem
Na miasto w walce, które jest tak blisko
Że Wisły nurt frontowym staje się okopem

Rozgrzany pancerz pod wrześniowym żarem
Rwie do ataku się i pali pod dotykiem
Ale wystygły silnik śpi pod skrzepłym smarem
I od miesiąca nie siadł nikt za celownikiem

Krtań lufy łaknie znów pocisków smaku
A łyka tylko tłusty dym z drugiego brzegu
W słuchawkach zdjetych hełmofonów krzyk Polaków
I nie wiem czemu rzeki tej nie wziąłem z biegu

Dajcie mi wgryźć się gąsiennicą w fale śliskie
I ogniem z lufy dajcie wesprzeć barykady
By miasto w walce, które jest tak bliskie
Bezruchu mego nie nazwało mianem zdrady

Lecz milczy sztab i milczą pędy tataraku
Którymi mnie przed tymico czekają skryto
Bo ruski tank nie bedzie walczył za Polaków
Bo ruski tank zaczekać ma, by ich wybito

Gdy się wypali już powstanie ciemnym błyskiem
Włączą mi silnik i rozgrzeją krew maszyny
Bym mógł obejrzeć miasto, co tak bliskie
Bez walki zdobywając gruzy i ruiny

CZUWAJ.

O WYŻSZOŚCI JA NAD MY.


 

 

 

Biała, ascetyczna okładka, drętwy z pozoru tytuł nie zachęca do lektury. W powodzi pustosłowia zalewającego ze wszechstron na temat naszości Karola Wojtyły jako Papieża w latach 1979-2005 warto jednak poddać to publiczne wyobrażenie JP2 konfrontacji z częścią dorobku jaki po sobie zostawił. Tym bardziej że wydane właśnie przez „Znak” homilie są całkowicie nie-polskie i całkowicie nie-nasze. Tom zbiera wybrane homilie i przemówienia dotyczące palących spraw świata, z których niewiele przestało być takimi przez ćwierć wieku pontyfikatu Jana Pawła II. To jednak nie tylko świadectwo zainteresowań zwierzchnika Kościoła Katolickiego i jego szerokich horyzontów myślowych, ale chyba przede wszystkim laboratorium jego języka, który był częścią niezwykłego charyzmatu, poświadczanego przez tłumy na mszach. Homilie są niedługie (w porównaniu do encyklik) – przecież muszą się zmieścić w porządku mszy, chociażby i uroczystej – zwarte, unikają zbyt meandrycznych sformułowań i nie brakuje w nich żarliwości. Najważniejsze jednak ich cechy to dialogiczny język w którym na pierwszy plan wybija się konstrukcja „Ja-Ty”, w której jeden człowiek mówi do drugiego z wnętrza swojego oświadczenia, zarazem pozostając otwartym na doświadczenie drugiego. Żarliwość to nie wszystko, ale także zdolność do mówienia przede wszystkim od siebie, w liczbie pojedynczej osoby pierwszej, a nie jak to często czynią oficjale – liczbie mnogiej, co zawsze budzi wątpliwości i pytanie o legitymizację tego, kto mówi „my” za mnie, czy znaną mi osobę. Wreszcie, Jan Paweł II potrafił mówić przede wszystkim do ludzi, odwoływać się do uniwersalnego braterstwa ludzkości, człowieczeństwa katolicyzm i chrześcijaństwo czyniąc jego szczególną konkretyzacją, ucieleśnieniem wartości uniwersalnych, przez co w tym języku mógł znaleźć się Muzułmanin i Szintoista i ateista. Wreszcie – czuć w tych tekstach że pisał je i wygłaszał Papież poeta, ktoś obdarzony znaczną wrażliwością na język, i czego nie udało się osiągnąć w poezji – znakomicie wygrywał w teologii, pisząc poetyckie homilie.

Na tym tle nie sposób uniknąć  pytań i porównań z obecnym Papieżem. Różnicę między Wizjonerem i Poetą a „robotnikiem winnicy Pańskiej” widać aż nazbyt wyraźnie. Chociażby w języku – u Ratzingera bardzo wiele feralnego zaimka „my”, u Jana Pawła prawie go nie ma, bo wiarygodnie brzmi „ja” świadka, a nie „my” teologa.

PROPAGANDA, GRANDA, PARODIA? PORT LITERACKI. RADIO EREWAŃ.

 

Poprosił mnie znajomy, który pracuje dla Portu Literackiego Festung Breslau, iżbym przeczytał i ewentualnie napisał kilka słów o pewnej młodej, debiutującej tamże poetce. Arkusz czekał w siedzibie Festung, Pani była miła, dała co miała dać a ja wyszedłem. Wychodząc schwyciłem zręcznym ruchem zawodowca katalog wydawniczy Festung Breslau na lato wiosnę jak się domyślam na rok 2008. Schwyciłem zatem, wsiadłem jakiś czas potem do pociągu i czytam. A tam we wstępie stoi jak następuje w porządku gramatycznym zdaniowym:

„Poezja w Polsce od dawna nie miała się tak dobrze. Wzrastają nakłady książek, powoływane są nowe nagrody, przybywa znaczących konkursów. W bibliotekach, domach kultury, pubach, dużych i małych miastach odbywają się poetyckie spotkania, prelekcje, turnieje, wieczory.”



[fot.Gil Gilling]


Pisze tak komendant Festung Breslau „Port Literacki” Artur Burszta, którego z tego tu miejsca serdecznie pozdrawiam. Niby w tym zdaniu wiele powinno pasować do siebie, ale przyznam że siedziałem osłupiały zupełnie w pociągu osobowym ociekającym potem nazbyt licznych podróżnych, bo Polskie Koleje Państwowe na lato wprawdzie zwiększyły ilośc połączeń, ale obcięły rozmiary składów i w porze powrotów z pracy zamiast dwóch - przepraszam za wyrażenie – członów jeździ w wakacje jeden, mocno zdezelowany człon.

Jak się przyjrzeć temu fragmentowi wypowiedzi zwraca uwagę najpierw ogólny, uniwersalistyczny ton, który cieszy. Bo to już nie biurowo-portowy partykularyzm przemiawa z katalogu ale po prostu czysty ton zadowolenia, jasny odgłos bezinteresownej troski o stan wydawanej liryki, który na hasło: – Jak jest? Usłuszał gromką odpowiedź poetów, poetek, czytelników, hurtowników, bibliotekarzy, publiczności, grouppies – Dobrze jest!

Trochę jak w tiwi szoł albo teleturnieju. Aplauz, aplauz. A jednak przy bliższej analizie z powyższej wypowiedzi bije pewna erwańska nieprecyzyjnosc komunikatu. No bo owszem:

-         spotkań literackich trochę w kraju jest, szkoda tylko że publiczność się kurczy i średnia krajowa czy to Kraków czy Warszawa czy Brzeg rzadko przekracza 25 osób siedzących z własnej woli i bez osobistych koneksji wobec występujących autorów. Owszem gdy trafi się na spęd środowiskowy – na sali bywa więcej osób, a gdy jeszcze zdarzy się że rodziny przyjdą, to w ogóle jest tłum. Ale jak nie – to nie.

-         Konkursy znaczące są jak i były osiemnaście lat temu tyle, że niektóre mają malejącą liczbę uczestników. Na przykład konkurs na debiut książkowy wrocławskiego SPP ostatnio się nie odbył z braku odpowiedniej ilości prac uzasadniającej rozstrzyganie. Tyska Zima Poetycka – bądź co bądź szanowany konkurs na tomik po debiucie – zebrała tylko 33 zestawy.

-         Powoływane są nowe nagrody – a nomimnowani jak weryfikatorzy w komisjach ds. służb specjalnych w filmie „Psy” Pasikowskiego – z grubsza ciągle Ci sami.

-         Wzrastają nakłady książek – ale autor wypowiedzi przezornie nie wspomina jakich, ja natomiast mogę spokojnie odpowiedzieć – wzratsaja nakłady książek kucharskich, telefonicznych i poradników ds. szalonego seksu.

Do panoramy można dołożyć zdychające czasopisma literackie, których ilość się kurczy a powstające nowe padają w ciągu trzech pierwszych numerów. Czy nie dlatego katalog czasopism przed trzecim numerem w ogóle tytułu nie wuzględnia w swoich zestawieniach? Do tego ilość oficyn zajmujących się wydawniem poezji także się kurczy, można je policzyć na palcach jednej ręki. I jak już wydają poezję to jest tego od 1 do 5 tytułów rocznie, na którym to tle „Festung Breslau” niedługo stanie się poetyckim monpopolistą do którego przyjdzie każdy z tomikiem wierszy. Bo nie będzie już gdzie pójść! Z tego może się cieszyć – i słusznie Komendant Artur – ale chyba nikt po za nim, bo monopole nie służą dobrze w zasadzie nikomu poza monopolistom.

CZAPKI Z GŁÓW. LÓD IDZIE.

 

 

Nie spodziewałem się, że mętnej w  sumie jakości intryga – quasi magiczna, quasi metafizyczna – wciągnie mnie i nie opuści przez tysiąc stron. Po tym doświadczeniu wiem, że Jacek Dukaj na pewno umie pisać ciekawie, zręcznie dozować napięcie i przekonująco budować światy aletrantywne. Lód mocno kojarzył mi się w trakcie lektury z pięcioksięgiem o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Podobny poziom ironii i sarkazmu, podobna wprawa w żonglowaniu wiedzą, zmyśleniem i schematami narracyjnymi. Podobne próby językowych imitacji, podobny typ inwencji leksykalnej. Zarazem jak to często w bajkach bywa – bajka mierzy się z realiami świata. Bajka opowiadana przez Dukaja to dzieje dziwacznej wyprawy podejmowanej przez Polaka Benedykta Gierosławskiego w poszukiwaniu Ojca, który podobno gada z lutymi, istotami uosabiającymi tytułowy lód, który skuł, po eksplozji meteorytu Tunguskiego niemal całą Rosją i znaczną część Europy. Katastrofa nad Podkamienną Tunguzką, jedno z bardziej tajemniczych wydarzeń w notowanych dziejach ludzkości jest zarazem ostatnią granicą fikcji w prozie Dukaja, ale w zarazem jest w tej fikcji autora „Lodu” momentem tężenia Lodu, a lód powoduje że rzeczy stają się prawdziwsze,  skrystalizowane co sprawia miły paradoks już w zrekonstruowanym punkcie wyjścia narracji. Przedsięwzięcie podejmowane jest na wyraźne polecenie Ministerstwa Zimy (sic!) a interesują się tą misją rozliczni aktorzy grający w wymyślonej Rosji A.D. 1924 pierwsze skrzypce – czciciele lodu, Nikola Tesla, przeciwnicy lodu, amerykańskie kompanie przemysłowe, partyzanci syberyjscy dowodzeni przez Józefa Piłsudskiego opłacanego sowicie przez japoński wywiad wojskowy etc.  W pełnej licznych zakrętów fabule, wśród rozważań i memłań metafizycznych o prawdzie – nieprawdzie i istocie historii dają się wyczuć tony polemiczne z takimi wpływowymi obecnie koncepcjami jak słynny „koniec historii” Fukuyamy. Każdy znajdzie coś dla siebie u spasienia własnych niepokojów i lęków cywilizacyjnych. Mnie szczególnie zaciekawiło zobrazowanie Ojca Mroza, czyli Ojca głównego bohatera, który przecież jest wielkim nieobecnym przez większość czasu, zamierzchłym wspomnieniem czegoś/kogoś oschłego, zdetronizowanego przez matkę, wspomnieniem we wspomnieniach spotykanych ludzi a nadto trudnego do zlokalizowania, wędrującego ponoć w lodzie po podziemnych drogach mamutów. Gdy w końcu dochodzi do konfrontacji Ojciec okazuje się być soplem lodu, milczącym lub przemarzającym w pojedyncze monosylaby, niemożliwym do przeniknięcia. Chociaż… no nie, nie będę zdradzał co dzieje się i staje konieczne.

Niech wystarczy tutaj konstatacja że obok obrazów Ojca w prozie Schulza, poezji i prozie Radosława Kobierskiego – ten dukajowy Ojciec wydaje się być jednym z bardziej frapujących i sugestywnych obrazów Rodziciela w polskiej literaturze ostatnich stu lat. I chociażby dlatego Jacek Dukaj zasłużył sobie na wiele nagród. Ba, gdyby dostał Nike to byłby chyba pierwszy raz kiedy bym nie sarkał na Nike.

No i czekamy na ekranizację. Byle tylko nie brał się za nią nikt z krajowych magów kamery. Niech się za nią weźmie Peter Jackson. „Lód” jest tego warty. Czapki z głów!

 

SKUTKI NIEWYGODNEJ POZYCJI KUCZNEJ

WSZYSTKIE WĘZŁY DWORCA WROCŁAWSKIEGO

                                        Agnieszce
czytałem wiersze w niewygodnej pozycji między torami 
za Brochowem, z wizytówką wciśniętą w zęby.Była
szósta rano, nie padał śnieg i krajobraz szklił się jak
wycięty prosto z plazmy. Mieniły się kolejne slajdy,
projekcje niczym paciorki w oczach tubylca gdy
potrząsają mu przed oczami nabitą lufą i mówią
z trudem kryjąc akcent z estremadury – nu bieri,
swołocz
. Wszystko, co pomyślisz zostanie użyte
przeciwko polom rzepaku, topolom i trawie. Ktoś
postawi tych zgranych aktorów pod murem i Siergiej
Eisenstein uruchomi błędny projektor. Nikt nie powie
już nigdy, że nic nie wiedział, że tylko wykonywał
rozkazy.
W eterze unoszącym się nad wodami będzie
słychać
dużo więcej niż tylko wszystkie stacje ZSRR.
Będzie Wrocław. Na ultrakrótkich falach komunikat
- ten się śmieje kto się broni ostatni.