Archiwum dla Maj, 2008

SYFON ANTE PORTAS

A teraz mnie nie ma, bo jestem gdzie indziej:

A szczegóły są TUTAJ

CHRYSTIAN. LAT 30 i 3. [NOTKA NUMER 500]


No i stało się, chłopaki z Lao Che zrobili kolejny album. Wiadomo było, że żadnych koncept-historiozoficznych mecyj nie będzie. I zespół w słowie od siebie podkreśla, że chłopaki chcieli zrobić album będący „czystą radością” muzykowania, rytmizowania. Nic bardziej mylnego. Oczywiście, że to nie jest czysta radośc muzyki. To radośc nieczysta a „Gospel” to kolejny spójny projekt, autorska wizja, budowla kompletna. O ile „Powstanie” pokazywało głównie fioła jaki prześladował – o ile pamiętam - Denata, to „Gospel” kręci się podobno obsesji Spiętego. No, jeżeli tak, to Szczęść Boże, czekam na kolejne wariactwa Wieży, Dimona i reszty kompaniji. Teksty oscylują wokół spraw biblijnych, ale daleko, o jak bardzo daleko im w tonacji do dętości, patosu, łatwo-wierności. Nic z tych rzeczy. Ironia, sarkazm i wątpliwość wobec odruchowej, obrazkowo-odpustowej religijności to postawa która paradoksalnie pomaga tekstom Spiętego dotknąć czegoś wiarygodnego, drżącego w powietrzu. To chyba żarliwość która zarazem każe kwestionować i mówić Najwyższemu pokerowo „sprawdzam”. I nie jest tak, że nic tam nie ma pod maską odpustu. Jest. I to chyba coś, co najbardziej boli.
Muzycznie to chyba najbardziej dopracowany album, czysty rzec by się chciało, dopięty (a nie spięty). Mowią Crossover, a to kupa dobrej muzyki po prostu, ciekawej brzmieniowo, mieszającej style, łamiącej schematy, ale bodaj na „Gospelu” najbardziej melodyjnie. O ile „Gusła” szły mocno w stronę słuchowiska, „PW” w stronę marsza, skandowania, bojowej wrzawy i zawodzenia to „Gospel” śpiewa. Naprawdę śpiewa się dobrze. Od poczatku do końca. I jak na poprzednich albumach zdarzały się fragmenty nie wiadomo do czego przypięte (pierwotna wersja ”Czerniakowa” na „PW”, czy  „Junak” albo „Topielice” w „Gusłach”) – to na „Gospelu” nie ma jednego utworu, który by nie brzmiał. 
A kilka z nich to po prostu hity – z tego co wiem  to już trafiły na listy przebojów. No i dobrze. Się należy.  Nie spodziewałem się, że to napiszę – ale szacun taki sam jak był – został. A utwory takie jak „Drogi Panie”, „Do syna Józefa Cieślaka”, „Zbawiciel diesel” czy „Hydropiekłowstąpienie” wchodzą obok „Godziny W.” czy „Przebicia do Śródmieścia” do wąskiego grona najlepszych jakie w języku polskim trafiły się w ostatnim czasie. No szacunek. 

ŻYCIO – PISANKA. OWCZAREK W ŁODZI.

 

 

Nigdy dosyć odkrywania świata dla siebie, nazywania rzeczy i ludzi swoim, unikalnym dialektem nawiedzonego, stawiania osobniczych znaków. Tak właśnie zdaje się rozumieć poezję i tak rozwija swoją poetykę laureat jednego z ważniejszych konkursów literackich w kraju – konkursu im. Jacka Bierezina – Przemysław Owczarek. Debiutanckim tomem „Rdza” udowadnia poetycką dojrzałość i trafność wyboru jury tego konkursu, zarazem w tych wierszach jest wiele ponad indywidualną historię. Nie oczekiwać niczego niezwykłego, bo wszystko jest niezwykłe, chciałoby się powiedzieć za innym poetą, gdy się czyta ten gejzer pomysłów i odniesień

 Aż roi się od zapośredniczeń i świetnych obrazów. Z jednej strony blisko Owczarkowi do innego laureata nagrody im. Bierezina – Bartosza Konstrata, szczególnie w pierwszej części tomu, pełnej wierszy inicjacyjnych, wierszy niejako otwierających świat, język i obszar symboliczny. Zarazem jednak w drugiej części wiersz z mroku umykają w stronę jakiejś większej nadziei. Nie wiem czy religijnej, ale na pewno ku światłu transcendencji, które jest niełatwe w przyjęciu, wyostrza kontury, czyni ból jak wtedy gdy się mruży oczy po wyjściu po długim czasie w ciemnościach. Poezja Owczarka to realizacja przekonująca do tego że poezja wyrosła z doświadczenia, nie poddająca się redukcji do językowej fanaberii, szukająca osobistej prawdy ma się nieźle. Daje się czytać i chce się czytać.