Archiwum dla Kwiecień, 2008

BYŁEM JAK CIEŃ BIURALISTY W PORCIE LITERACKIM BURSZTY


Potwierdzam, byłem pierwszy raz w porcie, w zasadzie jako redaktor pisma literackiego „Red.” bardziej na redzie portu niż w samym porcie literackim. Tym razem port był trzynasty a ja pierwszy. A to z kilku powodów. Na przykład taki, że młody reżyser z Katowic Rafał Samusik zaryzykował i do wiersza Ahimsa (któraś notka poniżej) nakręcił w sumie fajowy film. Nie mógł być jednak osobiście by pilnować spraw, zatem byłem ja, jakprzyszywany reprezentant zespołu pracującego nad filmem, chociaż jako żywo nie pracowałem nad nim bo włóczyłem sie po Peru. To był jeden powód. Inne pwoody to byli jurorzy konkursów brzeskich, którym łatwiej wcisnąc paczkę wierszy w rękę, niźli liczyć na miłosierdzie poczty polskiej. No a jak się wdepnie raz w środowisko, to wiadomo, że łatwo wyjść się nie da. Najczęściej powtarzanym słowem na kilkadziesiąt minut było „czeeść”. M. mówiła że w zasadzie wszystko jakieś bez ducha, bez ucha, tylko wiersze dla dzieci ruszają, a reszta do kitu. B. powiedział że po pierwszym dniu musiał się napić, bo na trzeźwo tego się nie da. Ogólnie zwraca uwagę jakiś brak morale wśród stajni. Jakoś nad podziw dużo narzekania za kulisami, mówienia pół gębkiem o tym że ten i tamten to nie taki. Pytam przeto H. dlaczego książkę znosi do Biura Literackiego. A bo promocja, bo dystrybucja. A ja na to jaka promocja. Jedna impreza rocznie i nagrody które się rozdaje chociażby izasłużenie, ale własnym autorom? To trochę tak jakbym będąc redaktorem naczelnym „Red.” ogłaszał konkurs żeby przyznać nagrodę Ryszardowi Chłopkowi a potem Sławkowi Kuźnickiemu. 
Taki to mój los, wpadam na redę portu, radosny że wreszcie gwiazdy się złożyły, a tutaj upadek ducha i taki stan jak chyba bywa w delikatnym autorytaryzmie. Nie lubimy tego naszego dyktatora, żartujemy z niego żłośliwie i przy znajomych opowiadamy jaki to brzydki miś jest, ale jak on każe to wywijamy na trapezie i kręcimy piruety jak trzaśnie z biczyka. No to po co?

Rany, jeszcze stanę się obrońcą portu, jak bastion u wrót, westerplatte jakieś czy co.
Mówcie mi Sucharski.

Na marginesie, rzeczywiście spotkałem Macieja Kaczkę, który chciał się napić, ale ja nie mogłem. Poza tym powiedział, że nie jestem w jego typie (co jeszcze mnie jakoś nie przeraża) i że w ogóle na porcie nie ma ładnych chłopców.
 

POJEDNAWCZY STRZAŁ – PO LATACH



 


TYBETAŃSKA ŁĄCZNICZKA

 

codziennie, wysiadając z porannego pociągu wypatruję

jej śladów. czekam na sygnał. może to będzie zdjęcie

rękawiczki, podniesienie z ziemi wczorajszego wydania

gazety lub kopnięcie psa. mam kieszenie pełne wyciągów

z kart visa, zużytą baterię do licznika firmy samsung

i zawleczki odbezpieczonych puszek po coli. na sygnał,

będzie czym wygarnąć między oczy. już widzę jak krwawią

rozprute trafnym rzutem bankomaty, cyfry odklejają się od

nominałów, chwytają za serce prezesi z przestrzelonymi

portfelami. wbijam stalówkę watermana w kamień i mówię

 popatrz, nie ma śmierci a krew jest naprawdę niebieska.

NA SKRAJU. PLASTIKOWE NOŻE PO LATACH


PARACAS BAR

 

idziemy przez pokłady soli i ziemi w stronę urwiska

nad zimną wodą. tam wstęp mają tylko kormorany

i drobnopławy. woda dla ludzi jest gdzie indziej,

za linią styku, którą widać ze stacji zbierania guana.

pod stopami warstwy osadów masowo niesionych

przez nieznane rzeki i martwe lodowce. wystarczy

kopnąć by wydobyć na światło prerekiwizyty życia.

na przykład plastikowe widelce z baru paracas

na które nikt o nic nie walczy. między nami też

nie pójdzie na noże. wygrzebujesz ząb rekina.

sam w akcji był bez szans, mówią, miał próchnicę.

pod nami nadal poruszają się kontynenty. trwa spór,

po czyjej są stronie.

 

TRZY WIERSZE DLA TYBETU. SPRZED LAT.


OM MANI PEKIN HUNG 


            Śnią mi się trzy MiG-i nad Pekinem 
            Równające z ziemią cały kompleks Zhongnanhai 
            Trzech młodych Tybetańczyków, zaciekłych młodych Tybetańczyków 
            Albo dwóch Tybetańczyków i sojusznik, wierny sojusznik 
            [Sen, Topden Cering]

wszystko się ułoży, zobaczycie – ludzie shella
odkryją gaz albo ropę u stóp kun lun, zapłoną szyby
pałacu w lhasie, na wyżynie powstaną bezgłowi
khampowie. om mani pekin hung – tak będą się modlić
- dorże za dordże, oko za oko i niech jaki mają bajzel
wasz cały w opiece. tłum zebrany na otwarciu igrzysk
ujrzy śmigłowce ze znakiem wielkiej czerwonej jedynki
a w nich buddów i kapitana willarda. prowadzeni pomostami
pustych obłoków przez neopanczenlamę będą powtarzać
mantrę śmierci. od tego dźwięku najstarszym sekretarzom
pękną oczy – pod stopami khampów chrzęst szkła. nadejdzie
duszność od wschodu znad delty żółtej rzeki gdzie zapłoną
tankowce.

karawana jaków opuszcza miasto, wychodzi na brzeg. znika.

 

SHANGRI-LA


nie ma ratunku, zdechną zwierzęta wykupione,
wykpione i porzucone pod ostrzałem w ogrodzie.
ten obraz powraca codziennie rano o czwartej
czterdzieści pięć. oswojone żyrafy, nosorożce
i inne spontanicznie powstałe gatunki uwolnione
z klatek, błąkające się po stepach rosji, czekające
na zimę by zdechnąć w lodowaciejącej lenie.
nie obejdzie się bez ofiar gdy nastanie tryumf na
woli a wtedy pękną niebieskie wrzeciona i san
salvador nie pomoże. trzeszczy pod stopami złom
jaki zaludniał przełęcze, tłumy sopli, seraków, piargi
i rumowiska pełne istot czujących i rozumnych,
nie znających lepszej wersji prawdy. na przykład tej,
że generalicja strzela i zabija ale nie walczy. od amdo
po karakorum wyłania się spośród lodu płaskowyż pełen
policji i wojska. śnieg wschodzi rudo na wierzchołkach.
niżej na zmianę biegunów i roztopy antarktyki czeka
skuty lud.

 



NANGPA – LA

pamięci Kelsang Namco

Ta wąska struga ludzkich krwinek
uparcie spływa wbrew prawu pod górę
ku przełęczy która jest niczym otwarty
właz na środku ulicy wolnego miasta.

Są podobni do tłumów wyrywanych
przez sierpniowe słońce prosto spod
ziemi. Idą nawet wtedy gdy słychać
strzał – bezgłośne głośne klaśnięcie jednej

dłoni. Nawet kiedy pada przewodnik
i leży na czerwonym śniegu martwy
jak Żyd. Nad nimi szaleje zamieć,
masy wezbranego powietrza i mrozu

wolnego jak Tybet.

PATRZĄC Z PERSPEKTYWY OSTATNIEJ NOCY.

Za zdjęcie maski trzeba zapłacic o wiele więcej. Wiadomo że za maską coś się kryje i to coś ma wiele wspólnego z maską, ale chyba najbliżej było do wszystkiego gdy widać było ostatni zachód słońca z patio na Alcalde Diaz. Robi sie ciemno, sępy przyspiająw locie i niewiele jest rzeczy, które możnaby napisać tak, żeby nie były fałszem, zgrywą.
Lepiej do ostatniej chwili nie myśleć o powrocie, być gdzie się jest. A potem jak się wróci, to dalej myśleć o tym gdzie się było. Póki wiosna się nie zacznie.
To nie jest zielona noc. To jest bardzo ciemna noc Kuna Yala. Chociaż to nie tutaj atlantycka fala. Aż się nie chce wierzyć, że jest inny świat. On jest. Spokojnie, już wracamy, wracamy.