Archiwum dla Grudzień, 2007

WYRZUT NA BRZEG

JONASZ. ZAMKI NA PIASKU

wykorzystaj ukryte możliwości, gdy konwój rusza
z północy na południe i zawadza o wieżycę.
zachowuj bezpieczną odległość, uważaj na
efekty falowe, filtry, fotografie, rozproszone
promienie pod wodą. wachty będą się zmieniać
bez twojego udziału a okręt stanie się pustą,
metalową tubą. osiądziesz na płytkiej łasce
łachy a obok zatrzepocze ryba ze skrzydłami.
i przyjdzie pewny człowiek w jasnym płaszczu.

będzie kreślił znajome znaki na piasku.

AUSWEISSY CZYLI NIEZNOŚNY SPOKÓJ FATALISTY

„Paszporty polityki” w dziedzinie literatury w zasadzie przestały mnie już obchodzić. Po Shutym, Krajewskim uznałem że nie ma sobie co głowy tym zawracać. Jednak tegoroczne nominacje, przypomnę, dla trzech prozaików – Huberta Klimko Dobrzanieckiego, Mariusza Sienkiewicza i Michała Witkowskiego sprawiły, że zacząłem się nawet cieszyć. Od razu wydało mi się to mocno podejrzane, że w sumie się cieszę, że fajni kolesie, za fajne książki. Wejrzałem w siebie poszukując jakiejś dziury w całym, zadałem sobie kilka pytań, a potem kilka pytań skierowałem ku idei paszportu. Akurat tej nocy znaleźliśmy się w strefie Schengen, która oznacza brak kontroli granicznych, chociaż nie oznacza braku potrzeby posiadania paszportu. Ustawa z roku 2006 precyzuje to jasno, że paszport jest dokumentem tożsamości obywatela R.P. po za jej granicami. Bo Schengen tak na marginesie nie znosi granicy a tylko kontrole graniczne. Ale to temat na inną okazję.

Myślałem zatem o co tutaj chodzi, dlaczego tak. I pomyślałem, jeżeli „Paszport Polityki” ma być wskazaniem, wyłowieniem ciekawej postaci i powiedzeniem publiczności w  danej dziedzinie niezorientowanej – oto umiłowany sztukmistrz nas nieznany, jego słuchajcie – to nominacje ausweissów w dziedzinie literatury są boleśnie chybione. Mariusz Sienkiewicz to bardzo dobry, szybko rozwijający się prozaik. „Czwarte Niebo” nie ukrywam  że mimo peanów krytyków na jego cześć – rozczarowywało nazbyt narzucającymi się analogiami do Bułhakowa. Jednak „Żydówek nie obsługujemy” to był już zbiór z niesamowitym prozatorskim „drive’m”, proza wściekła, napięta i buzująca. Jeżeli „Rebelia” jest tak samo dobra a są podejrzenia, że tak jest (czytane fragmenty) – no to autor z pełną gębą nam się jawi. Tyle że on rozpoznany, nominowany wiele razy i „Paszport” to nie jego kategoria wagowa. Jego kategoria wagowa to „Nike”, „Gdynia”, „Angeles” i nagrody zagraniczne (a tak!). Michał Witkowski to już celebry, zdjęcia w „Dużym Formacie” na okładce oraz wiele innych, wystudiowane pozy i stylizacje pod plotkarstwo – ludzie, jakie to znowu odkrycie, tym bardziej że zaliczył kilka ważnych nagród. Znowu – gdyby chodziło o „Nike” to okej, ale „Paszport”? No i wreszcie Hubert Klimko Dobrzaniecki warty wskazania, bo nowy w tej branży, z mocnym zestawem szlifowanych od lat tekstów które wystrzelił z siebie jak z kartaczownicy. Teksty tu i ówdzie „odpuszczone”, niedomknięte, jakby urwane w pół zdania, ale bardzo żywe, z oddechem. Jemu jednemu by się należało być może wskazanie acz gwoli kronikarskiej skrupulatności warto wiedzieć że jedna z wydanych w tym roku trzech książek to remake debiutu z 2003 „Stacja Bielawa Zachodnia” w wydawnictwie „Mamiko”.

A na koniec najlepsze – pobocznych nominacjach pojawia się za rok 2007 tylko JEDEN głos poetycki na Różyckiego Tomasza, który świetnym poetą jest, ale na miły Bóg nie jedynym!

To niestety bardzo źle świadczy o kapitule paszportów, to świadczy o tym że ta kapituła, przynajmniej w swojej literackiej części od fanfaronady i hucznych wręczeń zaczyna tracić słuch o ile już nie jest głucha jak pień. A teraz patrzmy kto dostanie, bo wiadomo że inne kapituły jak papugi powtórzą lwią część typowań i znowu będziemy mieli festiwal trzech twarzy wymienianych w czym żądna wina właścicieli twarzy-autorów, ale głuchych kapituł z drewna lub kapituł które papugują i powtarzają po poprzednikach. Pech chce, że Ausweissy są pierwsze w roku. I reszta po nich powtarza.

NIC DO UKRYCIA

HOW NOT TO BE SEEN
In this picture there are forty seven people, none of them can be seen
Monty Python

Najlepsza widoczność jest z przodu, ale nie ma gwarancji identyfikacji.
Przyjaciela poza polem widzenia zdradza dźwięk. Każdy przedmiot
używany przez człowieka modyfikuje parametry widzenia. Duży może
się ukryć w gęstym lesie a gęste krzewy wystarczą do ukrycia mniejszego.
Każdy ruch może zdradzić twoich ludzi, dlatego poruszaj się ostrożnie
naprzód, strzelaj tylko od czasu do czasu i często zmieniaj pozycję.
Nawet jeżeli słyszysz dźwięk z naprzeciwka ikona rozpoznania
nie zawsze pojawi się automatycznie. Będzie podniesiona po misji,
jeżeli przeżyjesz. Płoty we wsiach, drut kolczasty w miastach nie dają
osłony. Lepsze są szczątki, wzgórza, wąwozy.

STILL ALIVE?

798f79e3157435c0med.jpg

UKRYJ CIAŁA

w niektórych sytuacjach, cienie mogą się nie pojawiać
ze względu na pogodę, niski poziom nieprzezroczystej
wody, szczegóły trawy i drzew. Ukryj ciała, to umożliwi
wyświetlenie dróg, dokładnej tekstury lasu. Ciała znikają,
jeśli opcja jest wyłączona. Inaczej zostają na ziemi i może
to spowodować spowolnienie pod koniec. Zwłoki będą
znikać u wszystkich klientów. Jeśli znikną, wyposażenie
zostanie na mapie. Zawsze używaj jednego procesora,
ustawień domyślnych szczegółowego nieba.

NAVIGATIO

Saint_brendan_german_manuscript.jpg

BRAND NEW BRENDAN

Strzeż mnie, Dobry Boże
Morze jest bezkresne a moja łodka taka mała
Modlitwa rybaków bretońskich

widzę że jesteś nowy i zaczynasz prawidłowo
wiązać rzemieniem pierwsze wręgi na krzyż.
jeszcze nie dostrzegasz, że tutaj rozciąga się
nizina i rośnie szary, twardy las i napina łuk.
jesteś gotów. płaty skóry moczone w soli, wywarze
z kory dębu zasklepiły się na szkielecie. to mocna
łódź – nie poddaje się chociaż skrzypi. nie jest
posłuszna szkwałom, pójdzie na wiatr jeżeli chcesz.
wapień klifu widział wszystko, ale nienazwane twarze
zacierają się i dzisiaj nikt nie pamięta mnie z imienia
i łowiska. Nawet biskup, prawie święty, powtarza tylko
brendan, brendan, brendan. wiatr od morza uderza
we wnętrze katedry. dlatego nadaję tobie imię i mówię
– płyń i nazywaj wodę aż po krańce siebie.

EDDIE VEDDER ODZYSKANY

wild.jpg
[www.pearljam.com]

Malkontenci, w tym piszący te słowa już narzekali, szczególnie po kiepskim występie Pearl Jam na Stadionie Sląskim w czerwcu tego roku, że bohaterowie, zmęczeni i wycofali się na z góry upatrzone, bezpieczne artystycznie pozycje. Tymczasem pojawił się debiutancki solowy album Eddiego Veddera „In to the wild”, zawierający soundtrack do filmu Sean’a Penna pod tym samym tytułem. Film opowiada o Christopherze McCandless, który w wieku 22 lat porzucił dostatnie życie i ruszył w poprzek USA ku przygodzie, odrzucając reguły cywilizacji. In to the wild – czyli wgłąb dziczy, tutaj bardziej w rozumieniu dziewczej przyrody oraz czystego doświadczenia siebie i świata. Płyta Veddera, na której Eddie sam zaaranżował i zagrał wszystkie utwory, jest próbą towarzyszenia temu spotkaniu z czystością, pełnią doświadczenia w drodze ku ostatecznemu wyzwoleniu, ku ostatniej stacji. Jest w tym muzykowaniu oszczędność środków wyrazu, jakby krok do tyłu w stosunku do tego co prezentuje Vedder jako frontman Pearl Jam. Dominują brzmienia kameralne, akustyczne („End of the road”, „Guaranteed”), miejscami zagrane z folkową czułością („Long Nights”,”Toulmune”), z rzadka przechodzącej w mocniejsze rockowe uderzenie („Setting Forth”, „Hard Sun”). „In to the wild” to 11 kompozycji, w tym cztery zaledwie nieco ponad minutowe [sic!] a całość trwa 33 minuty. Krótko, ale co z tego, skoro chce sie słuchać jeszcze raz i jeszcze raz. Jest wielka tęskność w graniu Vedera i nasycona tęskność słuchacza – takiego Eddiego nie było od dawna. Vedder został odzyskany, czy może raczej sam się odzyskał.