Archiwum dla Listopad, 2007

ZUPEŁNIE INNY KONCERT. PALO ALTO 1977.

gallery_lgpic_2.jpg
[fot. www.johnleehooker.com]

Proszę Państwa, jest wrzesień 1977, Keystone Club, Palo Alto, California i zaczyna się koncert, mister king of the blues, Mister Blues himself – John Lee Hooker zaczyna koncert. JLH ma wówczas 60 lat, czyli wedle norm czarnego bluesa wkroczył w złoty wiek (por. Buddy Guy, B.B.King). Towarzyszy mu świetny skład a wśród nich zdecydowanie zwracają uwagę haromonijkarze – Pete Karnes i Charlie Musselwhite oraz gitarzyści – Ron Thompson i John Garcia Junior. Szczególnie ten ostatni dołoży do twardych, kanciastych bluesów JLH niesamowite, lekkie, finzeyjne, w brzmieniu niemal jazzowe sola. No i sam John Lee Hooker który wydaje się grać ciągle tego samego Bluesa czy to A czy E czy D, czy w dur czy w moll, czy tytuł jest Rock Steady czy inny. Nie przejmuje się śpiewając ponad podziałami taktowymi, nie przejmuje się czasem gdzie refren gdzie zwrotka, ale zdecydowanie pozostaje dyrygentem tej orkiestry i ma coś, czego nie ma większość bluesmanów o białym kolorze skóry. Gra dwa dźwięki i już jest blues, bo jest feeling. Na czym to wszystko oparte, gdzie sekret? JLH mimo całej frywolności pozostaje guru mantrującym jedną, jedyną pieśń całe życie. Coś z tej tajemnicy pozostaje w liczącym trzydzieści lat zapisie koncertowym na albumie „The Cream”, reedytowanym w roku 2004.
Obecnie: http://www.amazon.co.uk/Cream-John-Lee-Hooker/dp/B0001A3IMQ
ale jest tylko 1 in stock.
Legenda moich licealnych czasów, archetypiczne nagranie o tym jak blues brzmiec powinien. Blues i człowiek, któremu muzyka pomogła uratować godność.

gallery_lgpic_11.jpg
[fot. www.johnleehooker.com]

U2TOPIA

u2sar.jpg

Książka Muharema Bazdulja to unikat pod wieloma względami, chociaż nie każdy znajdzie w jej lekturze przyjemność – ale tak bywa z unikatami. Kanwą narracji, zresztą wielowątkowej, jest koncert U2 jaki odbył się 23 września 1997 roku na stadionie w sarajewskiej dzielnicy Koševo. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że było to kilkanaście miesięcy po zakończeniu krwawej wojny w Bośni w czasie której Sarajewo pozostawało oblężone przez ponad trzy lata. Koncert najmniejszej chrześcijańskiej sekty, jak określa się irlandzki kwartet – musiał wywoływać silne emocje nie tylko ze względu na warstwę tekstową i muzyczną ale także „nieprzezroczystość”, niewymienność przekazu U2. Wielokrotnie na kartach książki powraca zdanie – że to albo tamto mógł wiarygodnie zaśpiewać, powiedzieć lub zrobić tylko Bono albo tylko U2. Trudno się z tym nie zgodzić bowiem nie ma chyba drugiego zespołu, łączącego komercyjny sukces z budzącym często pogardę, złość, uśmiech politowania dla świętej naiwności – zaangażowaniem w sprawy świata i ludzkości. Zaangażowaniem, które sięga korzeni rocka, a przez to wygląda trochę śmiesznie a trochę wzruszająco przeniesione w świat przełomu tysiącleci. Książka pełna jest literackich smaczków i aluzji, w tym – co nie dziwne – analogii mesjanistycznych. Autor zawarł w niej wiele równie sugestywnych obrazów pokazujących koniec wojny. Za przykład niech posłuży historia Azry, która wchodzi na trybuny stadionu z dwoma biletami – jedenym dla siebie natomiast z drugi dla brata, który zginął w czasie oblężenia.

okladka1818.jpg

Warto powiedziec, że Bono był w oblęzonym Sarajewie, w styczniu 1994 roku i powiedział, jeżeli wróci, to już razem z zespołem i słowa dotrzymał. Rok później gniewnie domagał się interwencji NATO w Bośni spiewał w czasie „Bullet the blue sky” (wspomina o tym także Bazdulj) „Outside is America… America where the fuck are you?! Zoo-nited Nations, where are you”. Trzy lata później mógł zaśpiewać „Miss Sarajevo” w Sarajewie.

I drobny szczegół z oświadczenia Paula McGuinessa po koncercie w Sarajewie. Mianowicie że zysk netto za sprzedaż biletów po koncercie w Sarajewie wyniósł 13 500 dolarów amerykańskich, bez kosztów nagłośnienia, prądu, gaż stukilkudziesiąciosobowej ekipy, transportu. Słowem dołożyli, ale czego sie nie robi dla nieśmiertelności. Będę do tej ksiązki, tego koncertu, nagranego przez znajomych na kasecie magnetofonowej wracał nie raz. Bo warto.

NIE MAJĄ GŁOSU

ed03a122ccaae1b4med.jpg

AHIMSA

I.B. Singerowi

na imię mam karp i nie mam głosu kiedy przychodzi
śmierć tylko bezmyślnie kłapię pustym pyskiem jak
człowiek. widziałem po której stronie kazali ci zanurzyć
ręce jak sieci. były dziecięce, ale z nich miałem przyjąć
sakrament twardy jak kant wanny. zgodnie z tradycją
babci, matki, pradziadka ustrzelonego pod tomskiem
musiało stać się zadość. to miał być konkretny, męski
strzał od którego ścina się ikra, tężeje krew. nie poszło
najlepiej i trzeba było dobijać rannego tak kurczowo
chwytającego resztki życia zawiniętego w ręcznik
żeby mózg nie bryzgał. na przyszłość naucz dzieci
że jest jeden cel, jeden cios, że kiedy bóg się rodzi,
trzeba krwi. potem już nic nie boli, niczego nie jest żal

naprawdę.