Archiwum dla Styczeń, 2007

POEZJA POLSKA WISI NA KOŁKU

Stało się, Piotr Kontek i Leszek Kloczyński zawieśli działalność strony Poezja polska.pl w żargonie netowych szlifierzy wierszy zwaną w skrócie PP. Na stronie głownej portalu informują, że PP wróci po gruntownych zmianach, w co wypada wierzyć, jednak zdaje sie że, a tak bywa w necie, będzie to trochę zaczynanie wszytskiego do nowa.
PP to był jeden z pierwszych popularnych portali literackich w polskim necie, sieciowa macierz dla wielu osób, w tym również dla jurodiwego pietrucha, co może nie jest najważniejsze. No ale tam też kilka lat temu kręcili się z podobnym efektem Piotr Kusmirek, Rysiek Będkowski – laureaci konkurs na debiut poetycki im. Jacka Bierezina. Odnotowując z niepokojem zawieszenie PP, życzy się zawieszonej szybkiego powrotu do zdrowia.
Jad.

TUSK JEDZIE NA WOJNĘ

Tak proszę Państwa. Oto i sekrety planowania Pentagonu, z jednej strony mamią nas tarczą antyrakietową, że Gut, że oni tutaj radar, tam silosy z rakietami a z drugiej wysyłają proszę państwa, bez żadnych konsultacji z sojusznikami TUSK’a na wojnę, za cenę kolejnych milionów dolarów! Państwo przecierają oczy ze zdziwienia? Oto TUSK w całej okazałości:

slat-reactive-TUSK.jpg

TUSK czyli Tank Urban Survival Kit zawiera jak o tym można przeczytać na przykład TUTAJ specjalny sprzęt ułatwiający przetrwanie w mieście, w czasie walk ulicznych w tym na przykład reaktywny pancerz, telefon przez który zwykła, szara piechota może się konsultować z zakutymi łbami wewnątrz, osłony dla makówek by ich ni Cześnik , ni Rejent nie strącił z dubeltówki, oraz liczne podglądy. Pytanie jest oczywiście dlaczego za TUSK’a płaci amerykański podatnik a nie nasz?! My tez chcemy, co nie? Proponuję powołać specjalną komisje śledczą im. Ptasiego radia, która zbada przeszłość, teraźniejszość i przyszłość znienacka odsłoniętego TUSK’a. Skojarzenia z Wehrmachtem narzucają się same!
Pax, pax, opamiętanie!

KOSTKI RUBIKA albo Z DZIEJÓW HUCPY

Rubik%27s_cube_variations.jpg

Kostka Erno Rubika święciła tryumfy w latach 80-tych. Kostka, w różnych rozmiarach, węże, ośmiościany, ostrosłupy iw szystko było Rubika. Zajmowali się nią różni ludzie: dzieci, młodzież, inżynierzy ziemni, pracownicy umysłowi, naukowcy, dziennikarze a jednak nikt by nie powiedział ani wtedy ani dzisiaj, że kostki rubika w różnych przewrotach należały do świata np. wysokartystycznej rzeźby, sztuki konceptualnej czy czego tam jeszcze. Zabawka i tyle. Zero sporów.
Minęło kilkanaście lat i oto znowu mamy ogólnonarodową rubikomanię za sprawą zupełnie innego Rubika, tym razem Piotra, kompozytora ponoć:

gal07_37.jpg
[fot.www.rubik.pl]

Jedni nienawidzą a inni jak na przykład Kaczyński, Bogusław, bronią tak oto:
„Znawca muzyki poważnej, Bogusław Kaczyński na łamach „Faktu” broni dokonań Piotra Rubika. Jego zdaniem Rubik to wybitny kompozytor i pianista.
Według gazety, w mediach rozpętała się kampania przeciwko twórcy „Psalmu dla ciebie”. – Cała Polska jest zbulwersowana tą ślepą nienawiścią – pisze „Fakt”.

- To wspaniały, utalentowany artysta – broni Rubika Bogusław Kaczyński. – Żaden kompozytor tworzący współcześnie w Polsce nie może nawet marzyć o takiej popularności, takiej sprzedaży płyt i liczbie koncertów - dodaje Kaczyński. I rzeczywiście: płyta Rubika „Psałterz Wrześniowy” sprzedała się w oszałamiającej jak na nasz rynek liczbie 140 tys. egzemplarzy.[...]”
/za www.gazeta.pl/

Najpierw chwila refleksji nad argumentacją Kaczyńskiego [Bogusława]. Otóż gdyby popularność miała byc miarą sztuki, to należałoby uznać, że Rubika przerastają o głowę chłopaki z zespołu „Boys” a tych Britney Spears. Gratulujemy wywodu Panu Kaczyńskiemu, który w połowie utożsamia wartość z popularnością a w drugiej połowie dowodzi jakości dzieła na podstawie dyskusyjnych – bo nieweryfikowalnych – kryteriów osobistych kompozytora. Zaś co do oceny tego co udało mi sie posłyszeć w radio publicznym, co zostało zaanonsowane jako cośtamcośtam Piotra Rubika to było to tragicznie pretensjonalne i miało tyle wspólnego z muzyką klasyczną, co kostka rubika z kubizmem w sztukach plastycznych. Nie mówię, że to źle że ludzie słuchaja takiej muzyki ani nie jest też źle, że Pan Rubik sowicie na tym zarabia. Lepiej że on zarabia niżby miałaby zarabiać Britney Spears, bo to ostatnie to rzeczywiście obraza dla ludzkości. Jednak brakuje chyba w tym wszytskim miar a nade wszystko myli się juz na potęgę rozrywkę ze sztuką i kulturą. Proszę zwrócic uwagę, że wiekszosć serwisów nie ma nawet działu kultura. Jest dział rozrywka. I tam własnie jest miejsce dla Rubika Piotra i kurnego pienia jego wykonawców.
Każdy ma swojego hopla. Ja na przykład uwielbiam orkiestry wojskowe. Ale nie zestawię nawet orkiestry Warszawskiego Okręgu Wojskowego w mundurach paradnych (z epoki jak to sie mówi) z Concertgebouw. Bo to tak jakby zestawić flotyllę dłubanek z dorzecza MadiWadi ze Srebrną Flotą. I to i to pływa, nawet po tym samym morzu, ale jednak to nie to samo.
Jad.

ANTYKAPITAN ANTYŻBIK

83-922980-1-2_1009_F.jpg

„Dwanaście” Marcina Świetlickiego powinno mnie zirytować, powinno sprawić, że powinienem rzucić książkę w kąt, jeżeli nie w połowie, to na pewno po zakończeniu lektury i gromko zakrzyknąć, że to jakaś straszna hucpa. Oto bowiem postaci są płaskie, niewiarygodnie skarykaturalizowane, akcja jest mętna i do końca nie wiadomo o co chodzi i dlaczego rozwiązanie zagadki jest banalne a ponadto wszystko to pełne rekwizytów które egzystencjalnionej prozie i poezji lat ostatnich i poprzednich zostały zgrane do cna. No wiecie alkohole, szybki seks, papierosy, ostentacja i nihilizm. Istna świetlikoza i do tego w swojej najbardziej rozbuchanej formie.
Powiadają na mieście, że to kryminał, znaczy ksiązka akcji, ale ostentacyjnie niewiele się w niej dzieje, chociaż dzieje się cały czas dwunastu miesięcy i dwunastu rozdziałów na jakie podzielona jest opowieść. Mistrz, główny bohater, który jak można się przekonać przytył, posiwiał i spuchł, co jest potwierdzane przez różnych rozmówców mistrza. Sam zaś mistrz będąc świadkiem bezpośrednim lub pośrednim sporej liczby zabójstw w istocie niewiele z tym robi, poza tym że zmienia miejsca picia alkoholu, najchętniej pijąc tam gdzie ktoś stawia, bowiem nie ma żadnego zajęcia stałego, tak zwanej pracy, nie ma telefonu, nie ma komputera, zatem nie ma tego, dzięki czemu ludzie przesyłają sobie informacje. Śledztwo jakie prowadzi, jest anty-śledztwem, akcja jest anty-akcja a postaci są anty-postaciami. Tekturowe są i nie ma żadnych metod na ich ożywienie. Prawdziwy mniej więcej zdaje się być tylko mroczny Kraków, jego knajpiany fantom, chociaż i on okazuje się złudą, gdy okazuje się, że ogranicza się do kilku, ciągle tych samych knajp
Nie podarłem jednak ksiązki Świetlickiego na strzępy i to wcale nie tylko dlatego, że była pożyczona od kolegi, ale dlatego, że zaszło kilka okoliczności, które kazało mi ja uznać za książkę wcale udaną. Otóż po pierwsze, to nie świetlikowa, nie kserokopia, tylko pełen oryginał, który co jakiś czas wykazuje, że sprawność w poetyckim kadrowaniu i poetyckim skrócie to jego specjalność. To właśnie dzięki tej dolności autora, ksiązka nieźle płynie i nawroty, refreniczne zdania, trzymane zresztą ascetycznie na uwięzi dodają jej obrazowaniu rytmiczności. Pod względem formalnym, można powiedzieć, że to coś na wzór „Truposza” Jima Jarmsucha, antywestern w tekturowym sztafażu, w którym kiedy perseweratywność, powtarzalność gestu zaczyna dotyczyć czegoś innego niż pociąganie za spust kolta – wydaje się śmieszna i żałosna. U Jarmuscha wszyscy pytali się siebie o trochę tytoniu do papierosów, u Świetlickiego wszyscy Graja w grę „dopierdolić mistrzowi”, informując go że posiwiał, utył i spuchł. Ponadto jest w książce Świetlickiego sporo dyskretnego humoru, ironii a nawet sarkazmu i – żeby było śmieszniej – prawie że nie ma brzydkich wyrazów, co stanowi niezwykłe osiągnięcie prozatorskie. Bohater „dwunastu” jest tak grzeczny jak Kapitan Żbik, chociaż pod każdym innym względem jest jego antytezą, poczynając oczywiście od tego, że jest żałobliwie nieskuteczny.
Wbrew temu co mówią, zatem na mieście – moja szybka ocena jest taka – to antykryminał, napisany bardzo wprawnie, ze znajomością literatury przedmiotu, udający to porucznika Borewicza (rodzimy typ chandlerowski), to Sherlocka Holmesa (rodzimy typ wiktoriański) a czasem Bogusława Lindę z „Psów” (typ antylustracyjny), trzymany stylistycznie na wodzy i trochej kojarzący się z komiksem, kreskówką, przez swoja zgrubność, miejscami nawet psychologiczną, alkoholiczną płytkość charakterologiczną. Jednak polecam, bo kreska w tej rysowance prosta, ale przynajmniej oryginalna, miejscami nawet ciekawa. To nie świetlikowa, to czysty Świetlik. Podany raz a dobrze. Więcej nie trzeba, a nawet niewolno.

36765.jpg

HISTORIA PODWODNA

Od kiedy dowiedziałem się, że kłamstwo to jest takie zwykłe mijanie się z prawdą zajałem się zgłębianiem historii podwodnych. Zacząłem od książki
Thomasa Lowell’a „Rycerze głębin”.

83-919748-0-4.jpg?zyx=f8c5e0c52f1f9ee86b

Ksiązka napisana w międzywojniu przez Amerykanina w tonie niby to podającym prawdę, a de facto lekko golryfikującym niemieckich asów broni pdowodnej z czasów I WW. Ponieważ po IWW o załogach okrętów podwodnych na słuzbie Kaisera napisano wiele złego oskarżając ich o zbrodnie wojenne – Lowell ujął się za chłopakami a potem został ujęty i oczarowany. Pisze o niemieckich kapitanach w samych superlatywach i jest to mimo wszystko troche drażniące, ale zarazem podaje wiele mało znanych anegdot, niestworzonych historii i ciekawostek. trochę faktów i gigantyczne ilosci hagiograficznych ornamentów. No po prostu ludzie bez skazy. Może amerykanie chcieli bardzo w to wierzyć, bo jakby nie było, jednak nieograniczna wojna podwodna była złamaniem traktatów międzynarodowych. Złamaniem tych traktatów było także uzbrajanie przez aliantów statków handlowych w tym budowanie słynnych Q-ships, czyli „statków-pułapek”, udających handlowe,ale czy z tego powodu że ktos kradnie, nalży krasc samemu?
W oczach Bernarda Irelanda, który jest autorem monografii „Bitwa o atlantyk”
to co sie działow czasie II Wojny Swiatowej na Atlantyku było tylko powtórką z pierwszej wraz z powtórzeniem wszystkich błędów obu stron.

92069.jpg

To syntetyczna praca dotycząca najdłuższej kampanii IIWW, tym razem podlana sosem alianckiej dumy i słuszności moralnej która wydaje się mocno podejrzana szczególnie gdy sie zna inne opracowania na temat działalności sił podwodnych, nie tylko niemieckich, w czasie IIWojny Światowej (tutaj fundamentalne prace Claya Blair’a „Ciche wycięstwo” oraz „Hitlera Wojna U-bootów”). Książka Irelanda miała byc zapewne bardziej skupiona na zjawiskach natury ogólnej, ale wyszło z tego sporo bałaganu terminologicznego i chronologicznego w którym fakty szczegółowe przeplatają się z najbardziej ogólnymi, dane o budowie statków z poszczegolnymi historiami grup eskortowych czy U-bootów. Z nienajlepszego tłuamczenia wyszło też sporo niewyjasnionych okoliczności terminologicnzych – na przykład nie wiem co to był w XX wieku slup?! Legendarny dowódca 2 Grupy Eskortowej miał jakoby dowodzic … slupem. Tyle że co to było? Bo dla mnie to typ ożaglowania lub zgoła żaglowca w XVIII i XIX wieku, a to co brytyjczycy nazywali slupem w XX wieku w terminologii polskiej nazywało się w zależności odpełnionej funkcji – kanonierką, lub eskrotowcem.
Poza tym lekką ręką wytrząsa się Ireland nad pirackimi metodami walk niemieckich u-bootów(które były takie same jak metody aliantów), nie podając konkretów, zas lekka ręką usparwiedliwia np. U.S. Navy za masakre na rozbitkach z U-85 (USS Roper rozrzucił wsródnich bomby głebinowe, w czasie gdy U-85 był juz wrakiem).

A jak jest? Jest podwodnie wszędzie. Pomyslnych łowów.