1677.jpg

Równo rok temu Joseph Ratzinger, zwany Benedyktem XVI wydał swoja pierwszą encyklikę zaskakując wszystkich, którzy się spodziewali oczywiście dzieła o porządku liturgicznym kościoła pod tytułem „Ordnung Muss Sein” oraz o dialogu z prawosławiem pod tytułem ”Drang nach osten”. Tymczasem nic z tych rzeczy – „Deus Caritas Est”, czyli „Bóg jest miłością”. Książeczka bardzo zwięzła i poświęcona przede wszystkim dwóm typom miłości, a raczej objawiania się miłości, chociaż autor zaznacza, że oba się dopełniają i odnajdują jego zdaniem pełnię w kościele. Po pierwsze mowa jest o doskonałym połączeniu erosa i agape, jakie nosi w sobie sam Najwyższy, jakie stanowi o jego najgłębszej istocie a zarazem jej ucieleśnieniem jest według B16 małżeństwo. Drugą część encykliki stanowią rozważania o tym jak miłosierdzie i miłość Boga objawia się w samym kościele poprzez „caritas”. Kto wierzy, temu książka w łapę i na rekolekcje, kto stoi po stronie Juroda, temu zazgrzyta ta książka między zębami razy kilka, szczególnie gdy jej analityczny ton zestawi się z rozbuchaniem i rozpoetyzowaniem Wojtyły w jego pierwszej encyklice „Redemptor hominis”. Wyraźne tez staną się przemiany tonów i przestawienia akcentów jakie trudno przegapić. Jan Paweł II wyraźnie lubił innowierców, lubił niewierzących, dostrzegał w ich istnieniu znak tego, że „Duch wieje kędy chce” i warto to mieć na uwadze. Ratzinger jednak osadza ton wywodu wyraźnie w doktrynalnych ramach i poza nie się nie wychyla, tak jakby czytelnikiem jego encykliki mieli być wyłącznie katolicy. Oczywiście padają zdania o innych wyznaniach, nie ma mowy o izolacjonizmie, ale na pewno jest sporo z ostudzonego entuzjazmu – który skrzy się w pokornym, ale mocnym, zyskującym strona po stronie na wyrazistości „Redemptor hominis”.
A kto by chciał poczytać z netu – temu proszę oto linki oraz sznurki rekolekcyjne

Komu jednak oddechu tej Bożej Miłości brakuje w przedświąteczne rekolekcje – temu płyta w łapę:

B000000X8J.01._SS500_SCLZZZZZZZ_V1115510

Nie lubię oględnie składanek jednak seria „Sacred Treasures” jest inna. Niby jest to złożenie pieśni pochodzących z rozmaitych liturgii i nieszporów autorstwa różnych kompozytorów ale zachowuje w każdej części porządek nabożeństwa i nie słychać, niewprawnemu uchu, że to fragmenty od tradycyjnych po niemal współczesne, skomponowane przez Greczianinowa czy Rachmaninowa. A cóz wyraża pełniej i piękniej kondycję człowieka wobec transcendencji jak ów zaśpiew „Hospody Pomyłuj”? Mnie nic więcej nie potrzeba w te święta i tego też wszystkim czytelnikom bloga życzę.

PAX,