Archiwum dla Grudzień, 2006

EGZEKUCJA KAMIENIEM MILOWYM DEMOKRACJI

z3821487X.jpg

Za „Gazeta Wyborczą” z netu:
„Szyicki polityk Sami al-Askari, kolejny świadek stracenia Husajna, powiedział, że od wprowadzenia Saddama do pomieszczenia gdzie stała szubienica, do zakończenia egzekucji, upłynęło 25 minut, ale po odblokowaniu zapadni przez kata śmierć byłego dyktatora nastąpiła bardzo szybko.

- Jeden ze strażników pociągnął dźwignię i Saddam opadł jakieś pół metra do zapadni. Usłyszeliśmy jak kręgi w szyi błyskawicznie pękają i nawet ujrzeliśmy trochę krwi wokół sznura. Wisiał przez jakieś 10 minut, zanim lekarz potwierdził jego śmierć. Wtedy rozwiązano go i umieszczono w białym worku na zwłoki – powiedział Askari.
[...]
Jeden z urzędników gabinetu premiera, który był również obecny podczas egzekucji przyznał, że w chwilę po straceniu dyktatora „wybuchła ogromna radość” a obecni w pomieszczeniu śmierci „tańczyli wokół ciała”.”

Natomiast Prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush miał powiedzieć, że:
„Według amerykańskiego przywódcy, wydarzenie stanowi „ważny kamień milowy w dążeniu Iraku, by stać się demokracją, zdolną do samodzielnego rządzenia, samostanowienia i samoobrony”.”

Nie wydaje mi sie by Saddam Husajn był osobą godną szczególnej czułości, jednak nie rozumiem co ma wspólnego egzekucja, powieszenie człowieka na szubienicy z budowaniem demokracji.

Może w nowym roku, podobno lepszym, ktoś mi to wyjaśni, albo się wyjaśni.

Wszystkiego najlepszego, życzy Jurodiwy.

„TAK TO TEN” PRZEZ KTÓREGO ZASPAŁEM.

Dawno nie zdarzyło mi się zaspać przez książkę do pracy, a tu proszę taki szpas, dobrze że taksówki działają póki co i nasi miejscowi brzescy panowie nie boją się o VAT i jeżdżą. Oto dzięki nim zdążyłem mimo wszystko na jakikolwiek pociąg. Jerzy Sosnowski i pitaval powołanych przez niego postaci w powieści „Tak, to ten” sprawili, że spać się nie dało, bo ciekawy byłem jak autor rozwiąże zaplątany przez siebie węzeł gordyjski, rozrzedzi zapulpione pulp fiction. Nie rozwiązał, nie rozrzedził, wręcz porzucił bohaterów w punktach wyjścia, zamiast w punktach dojścia. Paszli won i nie wiadomo co się działo później, żadnej pewności że żyli, a już kategoria „życia szczęśliwego” zdaje się być zupełnie nie na miejscu.

90441.jpg

Książka Jerzego Sosnowskiego wielu krytykom się nie podobała, jednak piszący te słowa ma silne podejrzenie, że ci co tak utyskiwali, utyskują nie przeczytali tejże ksiązki do końca, ba prawdopodobnie nie doczytali jej nawet do połowy. Nie jest to bowiem książka wprost o czymś a już na pewno nie jest „poprostumówieniem” co się ostatnio stało modne a zarazem nieznośne w polskiej prozie. Książka Sosnowskiego jest mówieniem nie-po-prostu, więc trzeba troszeczkę wytężyć mózgownicę, chociaż z drugiej strony, jest napisana ujmująco i wielogłosowo, tak aby się czytelnik wysilając nie znudził, śledząc rozliczne wątki. Mimo tych rozlicznych wątków nie jest to jednak „Gra w klasy”, ale rozproszone głosy, które dość nieuniknienie zmierzają ku rozwiązaniu jednemu możliwemu – robicia, rozproszenia, niby budowniczowie Wieży Babel – ta historia z Wieża, tez nie przypadkiem tam się pojawia, owa praprzyczyna pomieszania języków. Nad wszystkim unosi się topos Kołobrzegu-Kolbergu, w czym „Tak, to ten” styka się z „Wielościanem”, będąc jego nie-po-prostu kontynuacją.
Szuka się bowiem świat z człowiekiem i człowiek z człowiekiem w różnych czasach, a czasy się przenikają i tworzą razem sploty czasoprzestrzeni niemożliwych [?].
I jak to zwykle w bajkach bywa, próbując zajmować się nieciągłością, niewspółmiernością, intersubiektywnością i równoległością ludzi i światów w czasie i przestrzeni ( o tym przecież jest ta ksiązka do cholery), przy okazji, mimochodem wytrąca się wiele z aktualności, obrazków transformacji, ludzkich postaw, zabawnych wtrętów, próbek i wprawek językowych – nie przedawkowanych, podawanych z umiarem, w niewielkich ilościach – jeżeli jest imitacja bloga to tylko raz a nie jako pomysł zarzynany przez kolejne sto stron, jeżeli zdarzają się imitacje reklam, to tylko dwa, trzy razy gdy kolejny przewrót narracyjny tego potrzebuje, jeżeli odpis z kroniki, czy maskownica artykułu prasowego – to raz a dobrze.
No właśnie i dobrze.
Bardzo dobrze.

SAPKOWSKI WYJAŚNIA. REKOLEKCJE LITERACKIE JAK ZEN, JAK SEN

Andrzej Sapkowski, laureat „Paszportu Polityki” za rok 1997 w wywiadzie we wczorajszej „Polityce” mówi wiele o sobie, ale przy okazji udaje mu sie powiedzieć kilka, zapewne tak było w zamierzeniu, ważkich i głębokich zdań o pisarstwie, literaturze, które prawem koanu zadaje sobie jak bezdźwięczny głos jednej klaszczącej dłoni, oto one, tryskaj zdroju:
„Zacznijmy od tego, że pisarz w zasadzie nie ma wyjścia. Musi tworzyć literaturę popularną, bo za niepopularną nikt nie płaci.”

a także:
„Stało się tak, że opowiadanie zdobyło popularność, ja zaś stałem się twórcą literatury popularnej, w przeciwieństwie do pisarzy uprawiających tzw. literaturę wysoką, która najczęściej bywa niepopularna, a to ze względu na treści zrozumiałe tylko dla autora i jego najbliższej rodziny.”

oraz:
„Czyli fani to przekleństwo?

Fani to przekleństwo i dopust Boży. Z drugiej jednak strony, serdecznie współczuję pisarzowi, który nie ma ani jednego fana. Naprawdę żal mi człowieka. W przypadku fanów fantastyki prawda jest względna, co wiemy z dziennika telewizyjnego: uważają oni, że wszystko im zawdzięczam – i po trosze tak jest, bo to oni czytali te pierwsze opowiadania. W tym środowisku pisarz ma dużo łatwiej, ma bowiem ten elektorat czytelniczy przygotowany: nawet najgorsze opowiadanie, jeśli ukaże się w „Fantastyce” czy innym periodyku fantastycznym, będzie przedyskutowane na zjeździe fanów. Nieważne, czy zjadą cię tam jak burą sukę, czy pochwalą – poświęcą zainteresowanie, a to cholernie ważne.

No to w czym problem?

Problem zaczyna się wtedy, gdy elektorat zaczyna się mądrzyć. Gdy zaczyna podpowiadać. Zaczyna domagać się pewnych rzeczy. Jednym słowem: zaczyna twierdzić, że ma udział w tym, co pisarz napisał, i wpływ na to, co pisze. A wpływ to on ma akurat taki jak panienka, która zrobiła dobrze Mickowi Jaggerowi, ma na muzykę rozrywkową.”

No to ja dziękuję, ale postoje w poczekalni do fanklubu skądinąd sprawnego we robieniu piórem pisarza.

Jad,

REKOLEKCJE JURODA

1677.jpg

Równo rok temu Joseph Ratzinger, zwany Benedyktem XVI wydał swoja pierwszą encyklikę zaskakując wszystkich, którzy się spodziewali oczywiście dzieła o porządku liturgicznym kościoła pod tytułem „Ordnung Muss Sein” oraz o dialogu z prawosławiem pod tytułem ”Drang nach osten”. Tymczasem nic z tych rzeczy – „Deus Caritas Est”, czyli „Bóg jest miłością”. Książeczka bardzo zwięzła i poświęcona przede wszystkim dwóm typom miłości, a raczej objawiania się miłości, chociaż autor zaznacza, że oba się dopełniają i odnajdują jego zdaniem pełnię w kościele. Po pierwsze mowa jest o doskonałym połączeniu erosa i agape, jakie nosi w sobie sam Najwyższy, jakie stanowi o jego najgłębszej istocie a zarazem jej ucieleśnieniem jest według B16 małżeństwo. Drugą część encykliki stanowią rozważania o tym jak miłosierdzie i miłość Boga objawia się w samym kościele poprzez „caritas”. Kto wierzy, temu książka w łapę i na rekolekcje, kto stoi po stronie Juroda, temu zazgrzyta ta książka między zębami razy kilka, szczególnie gdy jej analityczny ton zestawi się z rozbuchaniem i rozpoetyzowaniem Wojtyły w jego pierwszej encyklice „Redemptor hominis”. Wyraźne tez staną się przemiany tonów i przestawienia akcentów jakie trudno przegapić. Jan Paweł II wyraźnie lubił innowierców, lubił niewierzących, dostrzegał w ich istnieniu znak tego, że „Duch wieje kędy chce” i warto to mieć na uwadze. Ratzinger jednak osadza ton wywodu wyraźnie w doktrynalnych ramach i poza nie się nie wychyla, tak jakby czytelnikiem jego encykliki mieli być wyłącznie katolicy. Oczywiście padają zdania o innych wyznaniach, nie ma mowy o izolacjonizmie, ale na pewno jest sporo z ostudzonego entuzjazmu – który skrzy się w pokornym, ale mocnym, zyskującym strona po stronie na wyrazistości „Redemptor hominis”.
A kto by chciał poczytać z netu – temu proszę oto linki oraz sznurki rekolekcyjne

Komu jednak oddechu tej Bożej Miłości brakuje w przedświąteczne rekolekcje – temu płyta w łapę:

B000000X8J.01._SS500_SCLZZZZZZZ_V1115510

Nie lubię oględnie składanek jednak seria „Sacred Treasures” jest inna. Niby jest to złożenie pieśni pochodzących z rozmaitych liturgii i nieszporów autorstwa różnych kompozytorów ale zachowuje w każdej części porządek nabożeństwa i nie słychać, niewprawnemu uchu, że to fragmenty od tradycyjnych po niemal współczesne, skomponowane przez Greczianinowa czy Rachmaninowa. A cóz wyraża pełniej i piękniej kondycję człowieka wobec transcendencji jak ów zaśpiew „Hospody Pomyłuj”? Mnie nic więcej nie potrzeba w te święta i tego też wszystkim czytelnikom bloga życzę.

PAX,

ACTIVITY. B.R.A.I.L. – SEZON GRZEWCZY 2/2006

Klaustropolis, RED, JUng Dawid, Albedo, Wolna Trybuna, Finał „Książki za kraty” – Kłosu, jesteś wielka – i masa innych atrakcji, a wszystko pod jednym dachem.

RED-aktywacja!

18fb964398480d77med.jpg

W przededniu św. Mikołaja, 5.12. 2006 roku, o godzinie 18:00 w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu przy ulicy pl. J. Piłsudskiego 5-6 startuje pismo literackie „Red.”. Spotkanie promocyjne będzie jednym z głównych punktów Opolskiej Jesieni Literackiej. W jego ramach wystąpi autor debiutem otwierający serię wydawniczą „Red.” – Dawid Jung, który przedstawi swój tom pod tytułem „312685 powodów”. Swoje przybycie zapowiedział Ryszard Chłopek, do tej pory trudniący się wierszopisarstwem – będzie czytał fragmenty swojej powieści, opowiadał o tłumaczeniach radzieckiego rockmana Wiktora Coja. Ponadto swoje teksty będą czytać absolutni debiutanci – Hubert Kubit i Bartek Sadulski. Do odpytania stawi się zespół redakcyjny pisma w składzie: Sławomir Kuźnicki, Artur Majer, Grzegorz Hetman, Lena Jedlicka, Radosław Wiśniewski.

Ponadto spotkania z zespołem „Red.”-a odbędą się:
11.12.2006, o godzinie 17:00 w Oleskiej Bibliotece Publicznej w Oleśnie
13.12.2006, o godzinie 18:00 w Galerii Fotografii, ul. Rynek 44, w Świdnicy
16.12.2006 o godzinie 18:00 w Galerii BCK, w Ratuszu, w Brzegu („Sezon Grzewczy 2006”)

W styczniu dodatkowo spotkania we Wrocławiu i Kędzierzynie Koźlu (w trakcie ustaleń).

W sropdę pierwsza partia nakładu jedzie do Empików, niebawem kolejne a gdzie – będziem informować.

A teraz proszę zapiąć pasy i zatkać nosy: Startujemy!

MEKSYK MY LOVE

Czy pietruch kiedys pisął, że kocha Meksyk, że mógłby tam żyć, bo przy podobnym klimacie publicznym jednak wszystko o wiele barwniejsze, weselsze, z ironia i bez smutactwa? Stamtąd Porfirio Diaz, stamtąd Stachury duchy, stamtąd Octavio Paz, Subcomandante Marcos, Tequila, Mescal, Konsul, La Barranca del Mundo, lasy, pola, a lud prosty, chociaż posługujący się blisko setką języków i radosny.

z3765443N.jpg
[fot Tomas Bravo, Reuters]

„…Po dwóch dniach okupacji izba niższa wygląda jak salon taneczny po tygodniowym przyjęciu weselnym. Podłoga zasłana jest butelkami, puszkami i opakowaniami po posiłkach, pośród których pokładają się na kocach i śpiworach co bardziej utrudzeni posłowie. Bardziej odporni na znoje walki o demokrację, roześmiani od ucha do ucha intonują radosne piosenki ku podniesienia ducha. Jeszcze inni, przyodziani nierzadko w kowbojskie kapelusze, przechadzają się z kanapkami w dłoni, nabierając sił przed ostatecznym starciem. [...]Tym razem walka o trybunę zaczęła się na trzy dni przed ceremonią. Posłowie PRD zamierzają wytrwać na niej do piątku, by udowodnić, że nie nie ma mowy, by faszysta i uzurpator Calderón objął urząd. Jednak deputowani z partii Calderóna okazali się szybsi i to oni wygrali bitwę o trybunę.

W szwach strzelały marynarki i koszule, ktoś komuś przyłożył w twarz, jakiś parlamentarzysta w rozchełstanej koszuli rozdzielał kopniaki, pewna deputowana zza podium prezydium okładała zwolennika Obradora butelką. Inny znów rozłożył się na marszałkowskim pulpicie i dopiero po dłuższej chwili został powalony na ziemię.

Przypominało to do złudzenia sceny z filmowych saloonów gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi. W końcu jednak na sali zapanował spokój, a przedstawiciele obu partii uzgodnili, że zdobytych raz pozycji nie oddadzą, ale przemoc fizyczna ustanie.
To było przed piątkowym zaprzysięzeniem na Prezyenta Felipe Calderona, a co się działo wczoraj i dzisiaj, ta historia wam opowie:
„Pojawienie się w sali gubernatora stanu Kalifornia Arnolda Schwarzenegera i byłego prezydenta USA George’a Busha seniora, zmierzających do foteli przeznaczonych dla zaproszonych gości, zdekoncentrowało przepychających się posłów.

W tym samym momencie na trybunę wkroczyli, w otoczeniu agentów straży prezydenckiej i nowo mianowanych szefów resortu obrony narodowej i marynarki wojennej, Felipe Calderon i Vicente Fox, ustępujący prezydent Meksyku.

Nie czekając na uciszenie protestującej lewicy, Calderon wygłosił wśród gwizdów i owacji 30-sekundową formułę konstytucyjnej przysięgi, po której rozległ się hymn narodowy.

W chwilę później obaj prezydenci niezwłocznie opuścili salę, pozostawiając w osłupieniu zwolenników Obradora.”
No i co, nie fajnie?
Jad.