Archiwum dla Październik, 2006

P-11c. WIELOŚCIAN JAKO MODEL DO SKŁADANIA

Utyskuję i utyskuje i końca nie ma. Piszę te moje utyskiwania i czasem, ktoś je drukuje i jeszcze chwila a nabierzecie Państwo zgubnego przekonania, że ja już nic pozytywnego nie mam do powiedzenia, nic tylko pretensje, pretensje i pretensje. Ale nie i na przykład w ramach obznajamiania się ze środkowym Bałtykiem, łyknąłem bez bólu „Wielościan” Jerzego Sosnowskiego.

283.jpg

Dobrą prozę poznaje się po szczegółach, po tym jak są zarysowane i nie wiem dlaczego – bo przecież spotkanie z ksiązką to splot dziesiątków najrozmaitszych czynników i pogłosów samego siebie – ale najmocniej wbił się pamięć model P-11c jako prefiguracja czasu podeszłego i przypadłego w całości na rzecz nicości. Tak i to podwójnie – bo P-11c wsytępuje jako tamta Polska, historia itself, obecna już tylko pod postacią modelu. Modelu do składania. Ach to natręctwo nawiązań. Chodzi jednak o coś mniejszego wagą literacka a jednocześnie nader rzadkiego w polskiej prozie ostatnich lat – o dbałość o detal. Jerzy Sosnowski o ten detal dba a on mu się odwdzięcza. I tak książka, która w zasadzie nie powinna się utrzymać w całości, z powodu eseistycznej pasji autora (a może narratora, tego faceta gdzieś na krawędzi szorstkich kadrów) powinna pęknąć i rozsypać się na kawałki – a jednak jest i mieni się.

01.jpg
[fot.http://www.old.modelarstwo.org.pl]

P-11c wbrew pozorom nie jest jednak afirmatywna figurką. Jest widłami w boku. Raczej rozkleja konwencję nazywana rzeczywistością, mimo swojej historyczności staje się posłańcem czegoś pomiędzy istnieniem a nieistnieniem. W cieniu, blasku a może czeluści błyska więc P-11c, wywija beczkę i swoimi dwoma nędznymi kaemami niczym niczyim paluszkiem Buddy, glinianym cekaemem Pielewina pruje po zasłonkach, firankach, samsarze.
To widmo straszy i mami, widmo w piszczel dmące…

TARZAN. SPÓŹNIONY NEKROLOG

Przedwczoraj napisałem do pewnego człowieka, że jst taka idea, żeby zorganizować Wojcichowi Tarzanowi Michalewskiemu jakieś spotkanie, może spotkania autorskie. Że wiem, że ten człowiek ma kontakt z Tarzanem, to napisałem. Wczoraj dostałem odpowiedź:
„(…)Oj Radku, Radku,
jak to czasem w zyciu dziwnie sie dzieje… Mowiac krotko: spozniles sie troche ponad miesiac – Tarzan umarl pod koniec sierpnia, zupelnie nagle i nieoczekiwanie, do dzisiaj nie moge sobie dac rady z ta jego smiercia. „Nic mu nie bylo” – jak to sie mowi w takich razach, bliska mu kobieta rozmawiala z nim tego samego dnia i wszystko bylo ok. (ja w tym czasie bylem w Chorwacji). I on sobie poszedl do domu – i zupelnie bez ostrzezenia sie odmeldowal (…). Tarzan przed smiercia zdazyl jeszcze napisac dwie ksiazki, jedna o Indianach (scislej o Szalonym Koniu, wodzu Oglalow), jedna o Wikingach (stylizowana na staro-skandynawska sage). I szukamy wlasnie wydawcy na nie, choc nie bedzie to sprawa latwa, bo ta ksiazka o Szalonym Koniu jest tylko w rekopisie (z Tarzana charakterem pisma, hm) a saga jest niepelna (wysylam Ci w zalaczniku jej obszerne fragmenty – prawie calosc – zebys sobie zobaczyl, jak fajnie umial pisac Gosc, ktory mial 6 klas szkoly podstawowej). (…)”

A teraz to ja sobie nie mogę poradzić.

83-87859-35-4.jpg

Nie chcę powiedzieć, że był jakimś prorokiem, ale noisłem w sobie szacunek i podziw dla człowieka, który zył pod prąd tego co się nazywa konewncjonalnie „zdrowym społeczeństwem”, obracał sie na marginesie a jednak zachował człowieczeństwo, wrażliwość, samoświadomość. Dwa lata temu tak żegnał swojego kolegę – Przeczytaj Tarzan był kiedys dla mnie ważnym znakiem, kiedy popadałem w fascynacje rozlicznymi parapsychologiami, newage’ami, tajemnymi mocami, bo najwazniejsze było zachowywać się jak człowiek a cała reszta to potem. Mimo, że przeciez wybrałem inne życie, inna konwencję, inny sznyt. Był autentykiem, naturszczykiem, rzetelnym ekstremistą. Szkoda, że już nie zorganizuję mu spotkania autorskiego. Spóźniłem się.
See you on the other side of the world.

FREEDOM FREEDOM FREEDOM FOR THESE PEOPLE

nangpalakarawana_400.jpg

To są uciekinierzy z Tybetu idący w stronę przełęczy Nangpa-la,

vanatoare200_1.jpg

To są bohaterscy chińscy pogranicznicy na straży macierzy.

nangpalazwlokimniszki2006_400.jpg

To są zwłoki zastrzelonej na przełęczy siedemnastoletniej mniszki Kelsang Namco z Nagczu.
Chińska Armia okazuje niezwykłe męstwo i hart ducha. Zobacz to.
Niebawem igzyska olimpijskie w Pekinie. Kiedy śpiewają stadiony… to śpiewają stadiony.

zdjęcia dzieki uprzejmości Helsinskiej Fundacji Praw Człowieka z serwisu http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/

ARCHIPELAG ŚLĘŻA. MÓJ WIERSZ 1.

darmowy hosting obrazków

ARCHIPELAG SLĘŻA. KAMPANIA WSCHODNIOINDYJSKA.

Henrykowi Wańkowi

jeżeli jednak przyjdzie większa woda od tej, którą wyśnimy
pozostanę uziemiony w okolicach dna. stąd będzie widać
odsłonięte brzuchy, tych co widzą lepiej na powierzchni
tego niebieskiego u góry. u brzegów archipelagu będzie
można się uczyć sztuki ponownego wychodzenia na ląd,
najpierw jako płaz, potem gad, wreszcie istota podobna
człowiekowi. żywi będą mieli udział w kampanii. z Tobolska
ciągnęli przecież wytrwale tobołki, węzełki, orzełki.

martwi, którzy nic nie wiedzieli o tym, że ich nie ma
zajmowali się edycją zdjęć Paula Scholza, szepcząc:
to nie tak miało być, zupełnie nie tak – i do białości
kostniały ich palce zaciśnięte wokół Wunschelburg
Breslau, Neurode, Heuscheuer,; imion i miejsc
błędnych jak skały, których nikt nie słyszy.

stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było - mówili
żywi usypując na szczycie wyspy całopalny stos szelestnych
imion o których nie słyszał świat. Łuniniec, Mironówka,
Sniatyń, Kołomyja. w świetle tej nocy widać napięte liny
pod ziemią i martwych linoskoczków wyskakujących
dla zaczerpnięcia oddechu. tak będzie – mówię i czuję
wiatr w grudach cmentarza z którego patrzymy
na wschód – a nad nami będzie żeglował indiamian
o sześćdziesięciu trzech żaglach z ładowniami pełnymi

odzyskanej ziemi.

Gdybym miał wskazać, gdzie zaczyna się historia tego wiersza, może wskazałbym lutowe późne popołudnie na ustronnym cmentarzyku, kawał w bok od szosy głównej z widokiem na siniejącą Ślężę. Od zachodu szedł front i zmierzch, robiło się zimno i ciemno jakbyśmy opadali na dno oceanu, wśród obcych nagrobków. Jednak czy turbulencja wiersza nie unieważnia, chociażby trochę, wszelkiego „przed” i „po”? Fantomy zeszły z pustych miejsc na ścianach, odtworzyły się z odcisków palców na kluczach, klamkach; z martwych drzazg wstawały poniemieckie drzwi palone na dziedzińcu remontowanej szkoły. To ci, którzy byli i być może chcą istnieć pełniej niż jako te ułomki, strzępy z których zszywam cyrograf na objęcie ziemi w posiadanie. Oto ręcznie pisany życiorys Franciszka S. starającego się o posadę policjanta w powiatowym mieście opodal Białegostoku; kiedy indziej wygrzebana na strychu przy remoncie dachu notatka kresowego proboszcza iż wyżej wzmiankowana osoba „z tak zwana moralnością nie miała nic wspólnego”; skądinąd lista zakupów, a na odwrocie karteluszki endecki wierszyk żeby nie kupować u Żyda. Tyle dzisiaj o nich mogę wiedzieć, że zawiedli mnie tutaj, jeszcze nic nie przeczuwającego, zapisanego jako możliwość kodu genetycznego homo sapiens sapiens. Ich historia – a zarazem moja – jest jak dziennik zaginionego okrętu podwodnego, na którym nikt od lat nie wydał rozkazu wynurzenia. Tam na powierzchni jest jasno a przestrzeni w sam raz na tyle, ile się da obejść w ciągu jednego życia; powierzchnia po której się stąpa udaje twardą i nieprzezroczystą. To pozór, bo nie ma rzeczy nieprzezroczystej nad tą przestrzeń podwodną. Nie ma nawet pewności co jest nad a co jest pod-wodną historią tego miejsca i mnie samego stojącego na cmentarzyku z widokiem na Ślężę. Być może woda przyszła dawno temu a ja chodzę po dnie a mimo to pod dnem słychać jeszcze tupot tych, którzy najprawdopodobniej nawet nie istnieli, tak jak bohater „Finis Silesiae” stworzony przez Henryka Wańka – Paul Scholz, chociaż pewnie niejeden mógłby powiedzieć jak jeden z czytelników tego reportażu z krain podwodnych „Paul Scholz to przecież ja”. Jeżeli Moich przykryła woda, wyższa niż ta, która można wyśnić, to jaka woda pochłonęła ich? Gdzie kończą się te cienkie, kruche tafle, gdzie zaczyna się suchy ląd? Wątła jest ta konwencja w myśl której wszystko jest oczywiste i ustalone raz na zawsze. Chodzenie po tej ziemi wydaje się być cyrkową sztuczką, jak balansowanie na gejtawach i wantach wielkie Indiamana, konia roboczego przyszłej kolonii, która właśnie zakładam. Przybywam w pokojowych zamiarach, chcę tutaj mieszkać, chcę czynić tę ziemię odzyskaną. Naprawdę.

AUTENTYK

„W związku z pismem xxxxxxxxxxz dnia xxxxxxxxxxxxxxxroku uprzejmie informuję, że w wyniku przeprowadzonej weryfikacji wniosku o płatność projektu nr xxxxxxxxxxxx(wniosek nr 1) kwota wydatków kwalifikowalnych została pomniejszona
o kwotę XXXXXXX zł, bowiem kwota z faktury VAT nr xxxxxxxxxxxxx z dnia xxxxxxx r. została uznana za wydatek kwalifikowany jedynie do wysokości kwoty wynikającej z załączonego do niej wyciągu z rachunku bankowego. Wspomniana faktura dotyczyła trzech kategorii kosztów tj. budowy drogi chodnika i odwodnienia, budowy oświetlenia drogi oraz budowy kanalizacji teletechnicznej. Kwota uznana za wydatek niekwalifikowany została proporcjonalnie odjęta od tych kategorii. Ze względu na zaokrąglenia, w dwóch kategoriach powstała łączna nadwyżka 12 groszy, a w jednej kategorii niedobór 12 groszy. W związku z powyższym uznano, iż kwota w wysokości 12 groszy jest wydatkiem kwalifikowanym. Na etapie rozliczania powyższego wniosku instrukcja nie nakładała na beneficjenta obowiązku szczegółowego wskazywania kwot z poszczególnych kategorii kosztów. W ogólnym rozliczeniu beneficjent otrzymuje kwotę wynikającą z obwiązującego aneksu do umowy o dofinansowanie projektu.”

Dwanaście groszy tylko nie płacz proszę
Dwanaście groszy w zębach tu przynoszę.

KACZA KUPA WE FLORENCJI

Z cyklu „Łabędzi śpiew układów” za Polska Agencją Prasową:

„Władze Florencji wprowadziły zakaz karmienia gołębi na placach i ulicach miasta oraz kaczek nad brzegiem rzeki Arno. Za jego złamanie grozi grzywna w wysokości 50 euro.
Tłumacząc powody tej decyzji przedstawiciel rady miejskiej Claudio Del Lungo podkreślił, że zwyczaj karmienia gołębi i kaczek wywołał poważne kłopoty natury higienicznej we Florencji oraz doprowadził do znacznego wzrostu liczby tych ptaków, co z kolei stanowi zagrożenie dla zabytków. Cierpią także – dodał Del Lungo – karmione przez turystów kaczki, gdyż często padają z przejedzenia.
Kolejne według florenckich władz niebezpieczne zjawisko to leżące wszędzie na placach i ulicach okruchy jedzenia, rzucanego ptakom, które przyciągają szczury.”

Zwraca sie uwagę, że nadal nie ma tutaj ani słowa o Perkozach oraz Gęsiach, które jak wiadomo nie są Polakami i swój język mają. W nadchodzącym sezonie zalecany jest odlot do ciepłych krajów.

KIM PHILBY I NASTĘPNE POKOLENIA

Philby.jpg

Każde Państwo dąży do tego, żeby mieć własnych szpiegów i jak już ma to im płaci, dba o ich bezpieczeństwo, chroni ode złego. Szpiedzy są zapewne jadną z lepiej zarabiających grup zawodowych. Ale nie ma w tym nic dziwnego ostatecznie muszą kłamać, kraść, mataczyć, kombinować. Robią to w imię interesów uczciwych i szanowanych obywateli, którzy płacąc podatki, zrzucają się również na ich pensje, bo przecież w ramach utrzymywania państwa, utrzymuje się również policje, która ma spałować chuliganów na stadionach oraz armię, która przecież nie ma budować szkół i remontować wodociągów (od tego są firmy budowalne) ale przede wszystkim ma być rzeźna, to znaczy ma być zdolna do obezwładniania przeciwnika, któremu spokojny byt uczciwych obywateli, może i nawet o poglądach pacyfistycznych, byłby nie w smak. Każde państwo ma tez swoich bohaterów, takich którzy w różnych okoliczno1)ściach ostatecznych dowodzili hartu ducha, odwagi, zdolności przedłożenia swojego interesu nad interes zbiorowości. Ale niemal żadne Państwo na świecie za bohatera nie uznaje szpiega. Szpiegom nie stawia się pomników, nie buduje się szkół ich imienia na całym świecie z powodów aż nadto oczywistych. Działalność szpiegowska jest wprawdzie konieczna, ale jest przykrą koniecznością, swoistą prostytucja na usługach uczciwych obywateli, ale to obywatele i ich uczciwość stanowią o sile państwa, szpiedzy mają tylko zewnętrznie zapewniać bezpieczeństwo tym obywatelom przed podobnymi sobie. Są kłamcami, ale naszymi. Tak by to można w skrócie wyłożyć. Dzieci nie powinny brać z nich przykładu, bo dzieci mają rosnąć na uczciwych obywateli a jedną ze składowych uczciwości jest np. lojalność, podczas gdy jedną z cech konstytutywnych zawodu szpiega jest ciągłe zaprzeczanie lojalności. Dlatego w normalnym świecie nie stawia się szpiegom pomników. To jest cena za wykonywanie tego zawodu, za to szpiedzy dostają więcej pieniędzy niż oficerowie frontowi, żeby nie powiedzieć już o zwykłych żołnierzach. Taka milcząca konwencja. Owszem – zdarzyło się kilka wyjątków, ale są one wstydliwe. Na przykład sowiecki szpieg Kim Philby dostąpił zaszczytu Nagrody leninowskiej oraz edycji znaczka ze swoja podobizną. Sowieccy szpiedzy – Rosenbergowie, straceni w USA za wydanie sowietom planów bomby neutronowej mieli 50 metrów od mojego domu ulicę. Ale to doprawdy jedne z nielicznych przykładów publicznego honorowania szpiegostwa.
Takie to były kiedyś przykłady.
A teraz? Teraz Polska. Podobno.
Jad. Jad. Jad. Potrzykroć Jad.

PIF PAF I PAW

Dorota Masłowska dostała nagrodę za najlepszą książkę roku 2005 NIKE, czy coś takiego.

„Pawia” czytałem zimą, jakos tak w styczniu, może lutym. Niespecjalnie namiętnie, bo ciepło było w domu a na zewnątrz zimno i co chwila zasypiałem. Jedyne co trzyma napięcie w „Pawiu” to zamysł piosenkarsk0-rymoteczny, który nadaje drive całości. Reszta słaba, naiwna i prościutka, bez olśnień. Jak ksiązka dla dzieci z cyklu „poczytaj mi mamo”.

No i to wszystko. A że dostaje „PAW” NIKu, cóż my szare rzesze wykształciuchów możemy? No pewnie trzeba bylo coś nagrodzić, to nagrodzili. Jedno można powiedzieć o tegorocznym werdykcie kapituły NIK – jest dość odważny, obarczony artystycznym ryzykiem, obalalny, nieoczywisty. Może dlatego jakoś mnie nie drażni nawet za bardzo. A może po prostu przestałem się dziwić. Gdyby wygrała Szymborska – to bym jęczał, gdyby Rylski, to bym się ucieszył a tak – jestem spokojny. Masłowską wszelkie kapituły odfajkowały młodą literaturę na dłuuuuuugie lata.
I co źle?
Jad.