Archiwum dla Sierpień, 2006

SZACUNEK I RESPEKT

„Odważnym wszystkim, pokłon niski, pogarda dla kanalii”
(Jan Krzysztof Kelus, „Jesień w pasiece”)

„Należymy do kręgu kulturowego, którego najważniejsze pojęcia etyczne są ukształtowane przez chrześcijaństwo. Czyli nie zrzucamy starców ze skały tarpejskiej, szanujemy dzieci.”
Władysław Bartoszewski, Rzeczpospolita, 15.11.2004

bartos_w.jpg

Władysław Bartoszewski
urodzony w Warszawie w 1922 r., inicjator i twórca pojednania polsko-niemieckiego, oddany dialogowi polsko-żydowskiemu. Historyk, publicysta, polityk.

W latach 1940 -1941 był więźniem obozu koncentracyjnego Oświęcim (nr obozowy 4427). W 1942 był współzałożycielem Rady Pomocy Żydom “Żegota”. W latach 1942-44 uczestniczył w konspiracyjnej organizacji katolickiej Front Odrodzenia Polski (FOP). W latach 1942-45 był pracownikiem Wydziału Informacji Biura Informacji i Propagandy (BIP) Komendy Głównej AK a w latach 1943-44 równocześnie Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu RP na kraj (Komórka więzienna i Referat Żydowski). Jako żołnierz AK uczestniczył w powstaniu warszawskim w 1944.

Po wojnie był współpracownikiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, a także członkiem PSL “Mikołajczykowskiego” i redaktorem Gazety Ludowej. Doświadczył prześladowań systemu komunistycznego będąc dwukrotnie więziony w latach: 1946-1948 i 1949-1954. Skazany był pod zarzutem szpiegostwa, w więzieniu spędził ponad 6 lat, w 1955 uznano niesłuszność oskarżeń i wyroku. Wielokrotnie występował później przeciwko bezprawnym działaniom komunistycznych władz, m.in. podpisując listy protestacyjne intelektualistów do rządu i sejmu PRL. Był współpracownikiem, potem członkiem redakcji “Tygodnika Powszechnego”, w latach 1972-82 – sekretarzem generalnym polskiego PEN-Clubu; wykładowcą historii najnowszej na KUL-u, współpracownikiem radia Wolna Europa i jednym z profesorów “Latających Uniwersytetów”. W 1980 roku współtworzył Komitet Obrony Prześladowanych za przekonania przy KK NSZZ “Solidarność”. W czasie stanu wojennego został internowany w Jaworzu.

Od 1990 do 1995 pełnił funkcję ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Austrii, a od 6 marca do 22 grudnia 1995 r. – ministra spraw zagranicznych RP. Od 1997 r. do końca kadencji w 2001 r. pełnił obowiązki senatora Rzeczypospolitej Polskiej. 1 lipca 2000 r. został ponownie mianowany ministrem spraw zagranicznych, funkcję tę pełnił do końca rządów J. Buzka, do października 2001. Od czerwca 2001 roku jest przewodniczącym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Jest także przewodniczącym Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.

W latach 1983-1990 wykładał gościnnie jako profesor w Monachium, Eichstaett i Augsburg. Posiada liczne tytuły naukowe, między innymi profesora, nadany mu w 1983 r. przez rząd Bawarii, doktora honoris causa filozofii i nauk humanistycznych czterech uniwersytetów. W 1986 r. otrzymał z rąk Prezydenta Rzeczypospolitej na Uchodźstwie Krzyż Komandorski z gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, m.in. za działalność w sprawach polsko-żydowskich. W 1995 r. został odznaczony Orderem Orła Białego. W 2001 został odznaczony Wielkim Krzyżem Orderu Zasługi RFN za pracę na rzecz pojednania między Niemcami, Polakami i Żydami.

Był jednym z pierwszych Polaków, który otrzymał tytuł “Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” w Jerozolimie (w 1963 r.). Posiada od 1991 r. honorowe obywatelstwo państwa Izrael.
Jest autorem około 40 książek i ponad 1200 artykułów, głównie na temat okupacji niemieckiej. Znaczenie przełomowe dla jego badań miały: referat w Klubie Krzywego Koła (1961) “Polacy – Żydzi – okupacja” oraz wydana kilka lat później w “Znaku” (razem z Z. Lewinówną) książka “Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945” o Polakach spieszących Żydom z pomocą z narażeniem życia. ”

Władysław Bartoszewski to Człowiek ze wszechmiar godny szacunku i czci, szczególnie w Polsce.
Reszta jest kompletnie bez znaczenia. Po prostu reszta to zero, zero i jeszcze raz zero.

Jad.

WYDAJE SIĘ ALBEDO.

Jak widać na załączonym obrazku:

IMG_0601.JPG [fot. http://gilling.info]

„Albedo” czyli książka pełna wierszy o bardzo wąskim i usztywnionym grzbiecie, wydana przez wydawnictwo „Zielona Sowa” w serii „Studium” z niebieską okładką zaprojektowaną przez Tomka Fronckiewicza – jest już dotykalna i nabywalna, na przykład u

. Pozdrawia
Jadosław

SIENIEWICZ ODPOWIADA.

sieniewicz%20011.JPG
[www.rockspichlerz.republika.pl]

pt. Lennik 2006 Mariusz Sieniewicz (uwidoczniony po lewej stronie fotosa) po otrzymaniu wyróżnienia zechciał wypowiedzieć się w sprawie inkryminowanego wyróżnienia otrzymanego pocztą poleconą:
„Szanowny Jurodiwyj Pietruchu,
sugerujesz, iż otrzymałem „kompletnie bezwartościową rzecz”, jakim jest
L.L.E.N.-no. Nic bardziej mylnego! Pojawił się uśmiech, który wcale nie
zmienił się w śmiech, a duma zaczęła prężyć muskuły. Zważ, iż czasami
kompletnie bezwartościowe rzeczy są zdumiewająco prawdziwym wyzwaniem
dla szlachetności i estetycznej czujności ludzkiego ducha. Niepodległe
pragmatyce życia, jawią się jako skończone, zamknięte światy, wieszcząc
swoją wolność odmienną. Czyż demiurg powołując świat kierował się
pragmatycznymi, użytecznymi pobudkami? Wątpię. Podobnie jest z
L.L.E.N.-nem. Przyjmuję je więc jako swoiste proroctwo losów mych
dalszych na literackiej niwie. Losów równie niepragmatycznych, choć
niezawisłych, wolnych, dalekich od instrumentalizacji.
L.L.E.N.-no powieszę sobie na ścianie i codziennie o poranku, wypalając
papierosa przy kubku gorącej kawy, zerkać będę na miły sercu werdykt
czytelników jurodiwego bloga, którzy klikaniem dali wyraz uznania dla
moich „Żydówek”.

Pozdrawiam
Mariusz Sieniewicz”

Poeta lennik Bartosz Konstrat milczy, i niewątpliwie jest milczenie wymowne.

Pazdar

Jadosław

OJCIEC ODCHODZI A SYNEK GRYZMOLI.

ojciec.okladka.gif

Przyszedłem na pocztę, odebrałem przesyłkę od Mara i pomyślałem, że też jemu się chce, przecież wiadomo, że o takiej książce nie napiszę dobrze, pochwalnie, zachęcająco. Ależ przecież Maro jest specem od wydarzeń a nie jakichś tam innych szlafmyc, a do tego żeby było wydarzenie, potrzebne jest cokolwiek, niekoniecznie zaraz, że dobra recenzja. No więc odebrałem a po roku nawet przeczytałem książkę „Ojciec Odchodzi” i pomyślałem, że taka szkoda. Jest temat, bohater, moment dziejowy, nieźle ustawiona sytuacja wyjściowa i znowu się nie udało. A co się nie udało? No nie udało się nic. Nic powiedzieć, chociaż się mówiło stron 130 czy jakoś tak. Równie dobrze taką książkę może napisać średnio wyszkolony w budowaniu zdań złożonych student czwartego roku dowolnego kierunku humanistycznego. Temat dowolny. Rocznica Powstania Warszawskiego, wizyta Benedykta XVI (tytuł „Ojczym Nadciąga”), lustracja Zbigniewa Herberta, referendum unijne. Schemat też ten sam – idzie sobie młody indyferencjał wśród innych indyferencjałów i nic go to wszystko nie obchodzi, albo go obchodzi, ale tylko trochę, tylko po to żeby zaraz potem znowu nic nie obchodziło. Po co to wszystko pisać to oczywiście dylemat podstawowy, rzec by można dylemat Nahacza. Tyle, że to już nie mój problem.
Poprzestanę na stwierdzeniu, że nie mieć w zasadzie nic ciekawego do powiedzenia na dany temat, to jeszcze nie dramat, pod warunkiem, że się umie o tym opowiedzieć ciekawie – jak dowodzi przykład „Te Deum” Tadeusza Dąbrowskiego. Ale się nie udało. Nie że Czerskiemu się nie udało, tak ogólnie się nie udało. Jak to w polskiej prozie ostatnio się nie udaje. Tak mi przykro. Chlip. Sniff. Siorb.

POSZŁO LENNO PO BETONIE

Zgodnie z wolą czytelników tego bloga, za wrogim podszeptem Jurodiwego, L.L.E.N.-na w dziedzinie prozy i poezji za rok 2006 zostały nie tylko przyznane, ale i doręczone pod postacią nic nie znaczących kawałków plandeki, uwidocznionych na poniższych zdjęciach czarno-białych. Bo czarnobiałe też i L.L.E.N.-no było w roku 2006.

b9e375421319efc8med.jpg
be1634f2c703acc3med.jpg

Reakcje obdarowanych bezwartościowym kawąłkiem plandeki niebawem na tym blogu. Przyjmuje się zgłoszenia do nagrody L.L.E.N.-no 2007, zgłoszenia do kapituły, modyfikacje nieistniejącego regulaminu, propozycje dyskryminacji i determinacji w nadchodzącym roku.
Startować mogą książki wydane między 1 maja 2006 a 1 czerwca 2007.
Chociaz co do dat granicznych ogłaszam trwające do 1.10 konsultacje przy stole rozmów.

No to na ra i gratulacje lennikom raz jeszcze,

Jadosław

FOTOPLASTYKON Z KRAIN MROCZNYCH. UPADEK

6.jpg

Naprawdę oglądając „Upadek” Olivera Hirschbiegela nic nie wiedziałem jeszcze o tym że Gunter Grass służył w 10 Panzerdivision „Frundsberg”, a oglądałem tenże film w długi weekend starając się nadrobić braki w edukacji filmowej ostatnich dwóch lat. No i co. No i w miarę poprawny filmowo, historycznie i realizatorsko samograj ze zgrzytem. I nie chodzi mi o owo mityczne „pokazywanie Hitlera jako normalnego człowieka”, bo i niby jako kogo należałoby go pokazać? Doprawić mu wielkie uszy, zęby, haczykowaty nos? Kazać mu sikać benzyną i bekać ogniem? Wcale nie o oddemonizowanie, rzekome, Hitlera tutaj chodzi w owym absmaku. Tylko o drobne poprzestawianie akcentów i przemilczenia, których być chyba nie powinno.
Bo po pierwsze – pokazuje się okrucieństwo tylko jednej strony. Po zakończeniu walk Traudl Junge jeździ sobie z chłopczykiem, ex- żołnierzem Hitlerjugend, na rowerze. Tymczasem tak nie było, ofiary cywilne Niemiec to nie tylko ofiary przypadkowego ostrzału artyleryjskiego albo nie wydanych na czas rozkazów ewakuacji ludności cywilnej. Zupełnie nie tak było.
Po drugie – pokazuje się tylko Niemców i Rosjan, a w zasadzie tylko Niemców, ale przecież ostatnie oddziały SS broniące budynku Kancelarii Rzeszy to były francuskie oddziały SS, resztki dywizji SS „Charlemange”.

No i trzeci i najważniejszy zarzut do filmu, to już nie chodzi o to, że oglądamy Hitlera oczyma naiwnej Traudl Junge, bo to nawet ciekawe poznawczo, ale o to, że to Traudl Junge wygłasza klamrę moralno-etyczną filmu. Mówi o swoich początkach jako sekretarki i o swoim końcu jako sekretarki, że dopiero Norymberga w pełni jej uświadomiła komu służy, ale uznała że ona personalnie nie jest niczemu winna. Była tylko sekretarką. No ale dlaczego właśnie tylko-sekretarka ma robić za pointę do filmu o upadku reżimu który naga zbrodnię podniósł do rangi polityki państwa? Czy to tylko-sekretarki w tym filmie powinny mieć ostatnie słowo? Jaki tego sens artystyczny? Jaki message?

No a potem Grass, który jak się okazuje nic nie wiedział a nawet strzelał w powietrze.

pax pax opamiętanie

WHO WANNA BE AN ANGEL OF DEATH?

lethaltable2.jpg

„Bóg sie rodzi, trzeba krwi” głosił kiedyś bezimienny anonim na ścianie kościoła. Patrzę i widzę, że tak, że jak igrzyska to krew, najlepiej cudza, bo ta nie boli. Przegląd internetu wskazał że w tej przestrzeni przeciwnicy tzw. kary głównej są nieliczni i mało wyraziści. Może zatem na początek skromny komentarz, który być może umknął komus wczoraj przy lekturze jednej z gazet:

chairkemmler.jpg


„Wojciech Makowski* 09-08-2006 , ostatnia aktualizacja 07-08-2006 19:18
Kara śmierci zawodzi wszystkie nadzieje, jakie niektórzy w niej pokładają.
Wciąż pamiętam dzień, kiedy stracono Tima McVeigha, sprawcę zamachu w Oklahoma City w 1995 r., zginęło 168 osób. Gdy rodziny jego ofiar wychodziły z sali, w której oglądały transmisję z egzekucji, dziennikarze pytali, jak się czują. Odpowiadali, że są zawiedzeni. Spodziewali się, że śmierć zabójcy przyniesie im ukojenie i poczucie, że ich tragedia się zakończyła. Nic takiego się nie zdarzyło. Obok inni, przeciwni tej egzekucji, protestowali, aby śmierć ich najbliższych była upamiętniona kolejną śmiercią. A całe to wydarzenie odwracało uwagę od ofiar i ich cierpienia i skupiało ją na mordercy i cynicznym wierszyku, który zostawił jako swoje ostatnie słowa. Czy tego właśnie chce LPR?
Kara śmierci zawodzi wszystkie nadzieje, jakie niektórzy w niej pokładają. Nie prowadzi do spadku przestępczości, co udowodniły dwa studia ONZ (z 1988 i 2002 roku). Wręcz przeciwnie – np. w Kanadzie, która zniosła karę główną 30 lat temu, liczba zabójstw jest obecnie niższa niż wcześniej o 45 proc. W USA, gdzie są stany, które orzekają i wykonują karę śmierci, orzekają i nie wykonują oraz nie orzekają w ogóle, wskaźniki ilości zabójstw kształtują się podobnie. Liczba wyroków śmierci i egzekucji nie jest więc tym, co determinuje poziom przestępczości. Przyczyn i środków zaradczych trzeba szukać gdzie indziej.
Żądanie kary śmierci wprowadza do systemu sprawiedliwości emocje, które wpływają na jakość śledztw i orzekania. Skoro sądzeni są najgorsi ze złych, media i publiczność chcą ich głów. Presja na sąd i policję jest ogromna. Być może dlatego w USA na każdych ośmiu zgładzonych przez kata przypada jeden, który wychodzi wolny, bo (często po latach) okazuje się niewinny. Od lat 70. stracono tam 1037 skazanych, a wypuszczono po oczyszczeniu z zarzutów 123 osoby. Jeżeli nawet budowany przez wieki amerykański system sprawiedliwości wykoleja się przy karze głównej, co byłoby w Polsce?
Orzekając karę śmierci, sąd orzeka, że dany przestępca jest zły do cna i nie ma szans, by się poprawił. Bada więc nie tylko przestępstwo, lecz także duszę oskarżonego. Wynik? Na ogół gorsze okazują się dusze tych, którzy są biedni i mają adwokatów z urzędu bądź pochodzą z mniejszości. W USA czarny, który zabił białego, ma czterokrotnie większe szanse na wyrok śmierci niż w przypadku przeciwnym. Brak pieniędzy na własnego adwokata potraja szanse na wyrok śmierci.
To wszystko sprawia, że świat, a zwłaszcza wolny świat wycofuje się ze stosowania kary śmierci. 30 lat temu nie było jej w prawie tylko 16 krajów. Obecnie 87 państw zniosło ją całkowicie, kolejne 11 zniosło na czas pokoju, a 27 wprowadziło moratoria. W 2005 roku według danych Amnesty International zdarzyły się przypadki jej wykonania tylko w 22 krajach. Europa staje się terenem wolnym od kary śmierci. Zniosły ją ostatnio Turcja i Serbia, Rosja wprowadziła moratorium. Jedyna egzekucja w 2005 roku zdarzyła się na Białorusi.
Czas powiedzieć politykom w Polsce, że chcemy bezpieczeństwa, a nie powtarzanych co wybory haseł. Czas powiedzieć, że chcemy sprawiedliwości, a nie zemsty. A może, skoro sprawa wróciła przed kolejnymi wyborami, czas powiedzieć niektórym z nich „do widzenia”.

chamber2.jpg

A teraz kilka autorskich pytań, refleksji. Na przykład taka – żeby zabic w majestacie prawa potrzebny jest kat? Kto nim będzie? Twój syn, brat, mąż, tatuś. Bo tak sie utarło, że od tej roboty są faceci, ale może – skoro feminizm ma byc wojujący – może, powiadam kto inny z Twoich najbliższych?
Żądanie kary śmierci to odruch emocjonalny. Jako taki zrozumiały, tyle że systemy etyczne nie mogą się opierać na emocjonalnych odruchach, bo te są zmienne, nietrwałe. Trzeba zatem – jeżeli chce się popierac ideę kary głównej znaleźć inne, niż emocjonalne argumenty i zazwyczaj miesza się w nich kilka pojęć rozdzielnych: Prawo, sprawiedliwość i zemstę (nazywaną czasem „prawem do odwetu”).
- a co może mam płacić za takiego zwyrodnialca przez długie lata jego życia w więzieniu?!
Nie, nie musisz należeć do zachodniego obszaru cywilizacyjnego i płacić za to słonej ceny. Somalia, Mongolia – patrz niżej – to inne rejony. Rządzi tam prosta ludowa sprawiedliwość, nikt na pewno nie płaci zbyt wiele na więzienia a wątpliwości rozstrzyga się na miejscu. Na niekorzyść podejrzanego.
Bon Voyage!

GWAŁTOWNA ZMIANA KLIMATYCZNA. GODZINA W.

agaton.jpg
[źródło: www.wahtfor.pl]

-Bist du Banditin?
-Jestem żółnierzem Armii Krajowej
(ostatnie słowa łączniczki Marii Comer ps. „Szympans”, rannej 10 sierpnia, zamordowanej w Powstańczym szpitalu na Czerniakowie, 20.09.1944)

W zeszłym roku w ręce Pietrucha wpadła wydana praca w roku 1957 w Instytucie Wydawniczym „PAX” praca Adama Borkiewicza „Powstanie Warszawskie”. To książka godna polecenia. Trzeźwa i bardzo, jak na tamte czasy skupiona na faktografii. W przeciwieństwie do pracy o tym samym tytule pułkownika Kirchmayera, która aczkolwiek jest świetnie udokumentowana a zarazem zdaje się być już przebarwiona ideologicznie. Niewielka róznica czasowa, a może różnice temperamentalne między autorami. W ferowrze publicystycznych batalii, apeli poległych, girland spikerskiego i politykierskiego pustosłowia – Borkiewicz brzmi zaskakująco trzeźwo i uczciwie. W swojej krytyce działań Powstańczych skupia się na tym co istotnie mogło podlegać kontroli KG AK czy Okręgu Warszawskiego i zwraca uwagę na pewien paradoks. Oddziały powstańcze nacierały tak jakby były normalnymi oddziałami wojskowymi – tyralierką, rojem, gęsiego a nie były, bo przecież broń długą miał co dziesiąty. Zarazem nie odcięto łączności niemieckich oddziałów broniących stolicy, dzięki czemu oddziały „odsieczy” w różnej liczebności u ukompletowaniu po przybyciu w rejon Warszawy trafiały zawre dokładnie tam gdzie chciał, aby trafiły dowódca garnizony gen. Stahel, a później szef grupy korpuśnej mającej stłumić powstanie – von dem Bach-Zelewski. Tymczasem łączność oddziałów AK opierała się na siatce konspiracyjnej z całkowitym zaniedbaniem łączności technicznej – przy pomocy telefonów, radiostacji etc. Skutkiem tego była fatalna koordynacja działań oddziałów powstańczych i ich mała ruchliwość oraz brak orientacji w sytuacji globalnej u poszczególnych dowódców. Wobec braku łączności wiedzieli oni tylko tyle ile się działo w bezpośredniej bliskości.
To zarzuty bardzo konkretne wynikjące z wojskowego doświadczenia i wiedzy płk. Adama Borkiewicza. Nie trudno dostrzeć, że Borkiewicz nie wikła się w rozważania polityczne, ale bada aspekty wosjkowe. I niestety ta rzeczowa ocena wojskowa wypada dla dowódców Powstania fatalnie. Byc może to najtrudniej przełknąć zarówno apologetom jak i przeciwnikom Powstania a w gruncie rzeczy – decyzji o wybuchu Powstania. Borkiewicz pokazuje, że przy innym dowodzeniu Powstanie mogło sie potoczyć, z wojskowego punktu widzenia inaczej. A to oznaczało inna skale strat i inne stosunki strat i zniszczeń. Książka wydana 13 lat po Powstaniu okazuje sie byc znacznie świeższym, bardziej zdystansowanym spojrzeniem, niż np. książka Normana Daviesa, która oprócz materii historycznej próbowąła mierzyc się z legendą. Borkiewicz mierzył się z faktami.

Kto chce pogadać – zapraszam do stołu rozmów
Jutro popołudniem kilka nowych notek, jak co roku u KIRSCHBAUMA
Pax, pax opamiętanie