Archiwum dla Styczeń, 2006

W NASZYM BARZE RABARBARZE.

pdiaz1.jpg

Historia dalekich krajów bywa pouczająca, chociaż podobno historia ma to do siebie że jeszcze nigdy nikogo, niczego nie nauczyła. Ale to też jest nauka. Weźmy na przykład okres tzw. Porfiriatu w dziejach Meksyku, czyli rządów Porfirio Diaza de la Cruz które trwały w latach 1877 – 1911 i zakończyły się po trzydziestu latach fasadowej demokracji kolejną w dziejach Meksyku krwawą rewolucją. Oto jak te czasy portretuje „Historia minima de Mexico”:
„Upór z jakim Diaz wkraczał w życie publiczne, był rzec można proroczy. Bez wahania ogłosił zamiar objęcia najwyższego stanowiska w kraju, chociaż jego poprzednicy znacznie skromniej wyrażali żądzę władzy. Będąc człowiekiem niedostatecznie i nie w pełni wykształconym, kompletnie niedoświadczonym w dziedzinie administracji i polityki wyzwał na pojedynek Juareza, najrozsądniejszego polityka i męża stanu, który doszedł w tym momencie do szczytu chwały.”
W powyższym fragmencie mowa jest o zdarzeniach z roku 1867, Diaz wówczas jeszcze przegrał z Juarezem, ale zaraz potem zostaje deputowanym i historyk Meksyku pisze o nim tak:
„Zwycięża za trzecim razem, po raz pierwszy w życiu osiągając stanowisko w drodze wyborów powszechnych. Ma wówczas trzydzieści osiem lat. Wybór okazuje się najgorszy z możliwych. Zwyciężył człowiek o skąpej wiedzy, ogólnie niewyrobiony, nie umiejący się wysłowić, karzeł u boku wielkich parlamentariuszy.”
W parlamencie poszło mu na tyle kiepsko, że trochę się obraził na Izbę Deputowanych jako miejsce. Nie umiał przemawiać, dukał cos pod nosem, wiedział że wypadł blado. Nadal jednak uparcie startował w wyborach prezydenckich. Kiedy to nie przyniosło skutku, próbował rewolty w której ponownie poniósł klęskę i omal nie zginął. Wreszcie w 1876 roku pod koniec kadencji prezydenta Lerdo de Tejada dopina swego małego i dokonuje zamachu stanu. Zostaje prezydentem Meksyku 5 maja 1877:
„[zwolennicy Diaza - przyp autora] Kierowani irracjonalną nienawiścią do Lerdo de Tejada tworzą „komitety ocalenia publicznego”, mające demaskować „lerdyzm” urzędników, osób prywatnych i stowarzyszeń. [...] Brak poglądów doprowadził do zastąpienia ich działaniem. Skłaniała się ku temu, z uwagi na swój charakter, Porfirio i z tego powodu działanie stawiano na uprzywieljowanym miejscu. Diaz wszystkie swoje siły zaangażował w odebranie kongresowi uprawnień [...].”
Pajac, jednym słowem groźny pajac. Polubiłem swego czasu Meksyk od pierwszego wejrzenia bowiem z wielu względów poczułem się w nim jak u siebie, na swoich śmieciach tyle, że te meksykańskie są o wiele bardziej kolorowe ze swojej natury. Nasze, własne są trochę szare trochę bure. Też ze swojej natury. Jak ziemniaki prosto z wykopek albo buraki cukrowe w czas kampanii cukrowniczej zwalone w wielkie zwały na placach Cukrowni „Wróblin”. No właśnie. To może być dopiero początek. Przykład Meksyku pokazuje że miłe złego początki…eeee… Powiedziałem Meksyku? Czy ja w ogóle coś powiedziałem?
Jad.

Z NOTANIKA RUSOFILA 10. THE SHINING.

Ta nota to nie do końca to będzie notatnik rusofila, może raczej słowianofila, ale też nie do końca.

yikeefgswwslnadpsssa.jpg

Książka Macieja Bielawskiego „Blask Ikon” od przedmiotu kultu wydającego się być skojarzonego wyraźnie z prawosławiem, wschodnim chrześcijaństwem wyprowadza w przestrzeń szerszą, europejską, chrześcijańską, wspólną, może nawet uniwersalną. Bo Ikona okazuje się nie być tylko sprawą wschodu, chociażby i nawet Wielkim ów Wschód był.
Ten swoisty przewodnik po ikonach pokazuje że „ikoniczne” przedstawienia to wcale nie domena Rusi, prawosławia czy słowiańszczyzny lub Wschodu. Niewielka książka Bielawskiego udowadnia że Ikona zawiera w sobie treść i schemat uniwersalny, wspólny przekaz wszystkich odłamów chrześcijaństwa a jej pozorna hieroglifgiczność nie wynika z ułomności ikonopisów ale reguł, którym musi być podporządkowana. Ikona nie jest bowiem obrazem ułomnym z ułomności, ale załamaniem światła, załamaniem proporcji które ma cos ukazać z czymś ma oglądającego konfrontować. Ikona jest pisana, zatem musi być właściwie odczytywana – tak przekonuje autor książki „Blask Ikon” – Maciej Bielawski. Warto tę książkę pochwycić i czytać niespiesznie, próbować ujrzeć w ikonie nie odblask obcej kultury ale czegoś czego pełna była niegdyś kultura zachodnia, co przechowała i rozwinęła tradycja wschodnia, ale teraz – być może – ku obopólnemu przypomnieniu. Paradoksalnie Ikona, łamiąc tradycyjne zasady obrazowania, pokazując inny porządek świata kieruje umysł oglądającego, odczytującego nie tylko ku tamtemu światu dokąd poszli tak licznie inni, ale ku temu, że to Coś, Blask czy jak go tam zwali – jest już teraz, tutaj, obok. Chociażby w Ikonie.
Dla każdego rusofila, ale także chrześcijanina, katolika, Słowianina, słowianofila, człowieka kulturalnego, próbującego rozumieć świat w jakim żyje – lektura obowiązkowa. W tych obrazach słychac Nieszpory Rachmaninowa i Greczianowa, a w tych nieszporach słychać to co – jak dla mnie – najpełniej wyraża człowieka wobec ostateczności. Moment w którym pozostaje tylko zaintonować „hospody pomiłuj”.
Radej

UMIERAĆ CZYSTO.

W SZPITALU

Ni to staruszka ni dziewczynka
wyczesały się włosy
i został jeden chudy warkoczyk
może blizna po liściu

w szpitalu oczy tak smutne jak w haremie
w listopadzie kiedy chomik śmiesznie zasypia
już bez lekarza bo zląkł się prawdy

mówiłem o Bogu – nie mogła zrozumieć
pytałem o flirty – pozapominała
patrząc na mnie jak w nadmuchany kołnierz

prosiła tylko
abym umył jej ręce
usta twarz
bo chce umierać czysta

(ks. Jan Twardowski 1915-2006)

MARGINALNE UWAGI DO „POSPOLITEGO RUSZENIA”

O, jakżesz kręte są drogi myślenia ludzkiego. Tak pomyślałem sobie przy wywiadach poczynionych przez redaktora lewakującego magazynu „Ha!art” – Piotra Mareckiego poczynionych z redaktorami pism kulturalnych i literackich w kraju a wydanych razem pod zbiorczym tytułem „Pospolite Ruszenie”. Piotr Marecki w jakimś prywatnym mejlu namawiał mnie abym te pozycję skrytykował jak poprzednie propozycje „Haartu” ale jakoś nie mogę. Raz że postanowiłem że niniejsza notka będzie paskudnym dowcipem, czyli uprzejmością. Dwa że ta książka dla mnie, w końcu tez zaangażowanego w ów efemeryczny ruch drobnicy literackiej, jest lektura arcyciekawą. A jeszcze tej cegły nie zmęczyłem, och przepraszam dworski będę do końca – nie doczytałem w całości do szczęśliwego końca.

pospolite.gif

Szczególnie poruszyły mnie fragmenty wywiadów gdzie mowa jest o lewicy i jej pozycji w Polsce. Kiedy byłem za oceanem także stykałem się z problemem takich lewicowych chłopców i dziewcząt z dobrych domów, które się domagały. Domagały się tego lub owego w imię jakichś ideałów, najważniejsze że nikt nie badał ich logicznej spójności. Chodzili na przykład po ulicach że Afganistanu prawem jest rządzić się dyktaturą jeżeli tak chcą dyktatorzy Afganistanu a innym od tego wara bo robią wojnę, którą widać a wojna która widać jest o wiele straszniejsza od tej której nie widać bo o takiej której nie widać można pomyśleć że nas nie dotyczy i nawet że wewogle jej nie ma. Nie wiem skąd się to bierze, że jak ktoś zaczyna mówić o sobie że myśli w kategoriach lewicy to natychmiast gotowy jest, rzynajmniej teoertycznie, przykuwać się do najbliższego parkanu w imię niezawisłości suwerenności każdego innego Państwa, chociażby owo Państwo nie miało z ideałami lewicy nic wspólnego i o ile nie jest najeżdżane przez jakiś pokojowo walczący lewicujący rząd. Bo na ten przykład dzieje zachodniej lewicy pokazują, że kiedy jednostki regularnej armii Północnego Wietnamu atakowały teoretycznie suwerenny Wietnam Południowy to łapki im nie drżały ani czółka nie pociły, podobnie gdy komunistyczne Chiny rozjeżdżały powstanie Tybetańczyków (religijnych fanatyków?). I tak czytam sobie rozliczne wynurzenia w „Pospolitym Ruszeniu” czyli serii wywiadów przeprowadzonych przez Piotra Mareckiego i dowiaduję się że ostatecznym probierzem wiarygodności rządów danej partii jest to czy popiera interwencje w Iraku czy Afganistanie a nie to czy potrafi dbać o dobro swoich obywateli poprzez mądre prawa stanowienie i egzekwowanie. Z drugiej i trzeciej strony – czy może dziwić że nic nie mająca obywatelom do zaproponowania lewica, która zajmuje się mniejszościami seksualnymi oraz antyglobalizmem i antykonsumpcjonizmem w kraju gdzie wciąż 5 milionów ludzi żyje na skraju nędzy, że ta lewica nie ma za grosz siły, poparcia i jest sportem, dla zadbanych, nieźle ustawionych młodych ludzi z wielkich miast. Doceniając te żarliwość wyznawców pewnych ideałów, można powiedzieć tylko ciche – bawcie się dobrze w te klocki – Gucci Comunists. Tak się właśnie za oceanem mówi na tę zbuntowana młodzież campusów („my z wypalonych dormitoriów i pogrzebanych kafejek internetowych!”) Nie zapomnijcie po kolejnej demonstracji zagryźć porządnie w KFC.

PS. oczywiście odwrotny proces dotyczy nader często prawicy, która ledwo się obwoła prawicą a już by całowała stópki Pinochetowi bo prał komunistów, tak jak Franco i… tutaj się krótka ławka się bo dalej są mniej swietlane postaci.

IV R.P.R.L. SMIESZNO I STRASZNO.

Czwartarzeczpospolitapolskaludowa tosamodnowatosamodnowa pewnie chciałoby się zaśpiewać za Kazikiem po lekturze ksiązki Grzegorza Mathei „IV Rzeczpospolita” wydanej latem zeszłego roku przez oficynę NOWA. Tak się jakoś wszystko rymuje ze sobą. Fabuła w skrócie jest taka, że pewnego zimowego dnia, w trakcie zaprzysiężenia przez parlament nowego prezydenta (wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób autentycznie przypadkowe) grupa uzbrojonych zamachowców stanu wdziera się do budynku sejmu i chwyta jako zakładników całą wierchuszkę, kwiat elity politycznej dotychczasowej III R.P. Tak się zaczyna a potem się toczy. Pomysł niezły, groteska miejscami nawet zabawna.

sup072.jpg

Jak się toczy i kończy to nie miejsce i pora by zdradzać, warto sobie przeczytać gdy się nie ma co robić i na przykład jedzie o poranku do roboty pociągiem przez zaśnieżone połacie Dolnego Śląska. Językowo, literacko ksiązka Matei sklecona jest poprawnie, faktograficznie o dziwo też (poprawne przywołanie aktów konstytucji, pewne znawstwo istniejących aktów prawnych, obyczajów w W.P. i Policji), fabularnie nawet wciagjąco. Pomimo tego, że na każdym kroku podkreślany jest parodystyczny i farsowy charakter książki czuć pod tekst prawdziwa wściekłość i bunt, dlatego być może luminarze Rzeczypospolitej, niezależnie od numerków powinni się uczcicie wsłuchać w Zaniego, szefa zamachowców, kiedy ten odczytuje Marszałkowi Sejmu tekst nowej konstytucji. Nie dlatego żeby to był głos milczącej większości, bo tego nie wiadomo, ale to głos który powinien niepokoić, nawet jeżeli zgodzić się wypada, że to nie literatura jest od badania stanu Der Geista zbiorowości.
Ostatnie kadry ksiązki nadają się do kolejnego filmu Pasikowskiego a Zani gra w książce zupełnie jak Linda w ostatnich chwilach „Psów II”, brakuje tylko słynnego „W imię zasad skurwysynu”.
Acha i jeszcze jedno, wydaje mi się że Mathea jest tworem wirtualnym założonym przez kilku innych autorów. W każdym razie wcale bym się nie zdziwił gdyby cos takiego wylazło jak szydło z worka, kiedy będzie niewątpliwie odbierał Paszport Paralityki za udane połączenie prozy zaangażowanej z cholernie szybką akcją i reakcją.
Do pociągu jak mówiłem lektura w sam raz.
Jad.

PROZA ZAANGAŻOWANA W ROKU 2006

W związku z tym, że szykuje się kolejny paszport dla politycznie poprawnej zaangażowanej prozy ogłaszam ankiete krytyczno-literacko-czytelniczą na temat najbardziej oczekiwanej ksiązki roku 2006. Po powieściach – dresiarskiej, bzdurnej i gejowskiej kolej na kolejne. Kto i jaką lansjerską powieść napisze o tym że nie jest dobrze, że jest źle i generalnie do dupy?

A może o czymś zapomniałem? Podpowiedzcie mnie, autorom, sobie, światu, ojczyźnie polszczyźnie naszej.

Wszystkiego dobrego w nowym roku,
życzy
Jad
A290.jpg