Archiwum dla Listopad, 2005

GDZIE CI INTELIGENCI, ZAŻYWNI TACY

W „Tygodniku Powszechnym” którego z powodu choroby nie miałem okazji nabyc ukazuje się podobno kolejna seria głosów w dyskusji nad kondycją literatury polskiej. Nie znając się z edytorami Tygodnika Powszechnego można chyba z grubsza rzecz biorąc przewidzieć grono dyskutantów na najbliższych kilka miesięcy. Na razie wypowiedział się Profesor Michał Paweł Markowski, a jego tekst można przeczytać TUTAJ zaś jedną z dyskusji nad jego tekstem – TUTAJ.
Nie wchodząc we wszystkie meandry tychże rozgaworów, czasem nie mając po temu nawet porównywalnych narzędzi pod ręką (Prefesur ma dla porównania weźmy retoryczny czołg a ja opancerzonego miejscowo blacha cynkowaną składka „pelikan”), zastanawiam się skąd ta tak świetnie rozpoznana i scharakteryzowana inteligencja w wystąpieniu Sz.P. MPM. Obawiam się że cała w para w gwizdek bo chyba czegoś takiego, takiej warstwy, pod ta nazwą z trudem dopatrywać by się burym świtem nad polską ziemią. Dlatego ogłaszam natentychmiast sondę w sprawie działań poszukiwawczych owej formacji społecznej, inteligencji, którą w swoim tekście wymienił/podmienił Pan Profesor.

Nie wiem co w miejsce tak totalnej krytyki wątpliwie istniejącej domniemanej warstewki pleśni socjalnej proponuje pozytywnego Pan Prefesur, bo niby można by się domyślać, że chodzi o dyktat młodości, prymat szczerego, prowokacyjnego gestu nad tanim, płytkim estetyzmem i mimetyzmem, odrzucenie wartości uwspólnionych etc. Nie za bardzo wiem co jeszcze, bo zrewolucjonizowanie gustów i zachowań domniemanej inteligencji raczej w grę nie wchodzi bez jakiejś chociażby i dętej rewoltki Czyli najpierw cos poburzyć, najlepiej wszystko co się da a potem cos może z tego pobudować? A może tu nie chodzi o rozwiązanie czegokolwiek ale grę na kościach rozlicznych trupów. W tym na kościach zbiorowego trupa inteligencji?
Ponieważ znaczna cześć czytelników tego bloga nie ma loginów w nieszufladzie – dlatego zapraszam do wymiany zdań. Idźcie zbożem, ja na pewno nie jestem intelgientem o jakim pisze profesor Markowski, bon motem z klanu wam nie rzucę, na salony nie zaprosze, bo mnie tam nie ma i z grubsza salonem z tego tekstu zalatuje na odległość. Jeden salon drugiemu salonowi salonowcem dworuje a nam na dole z tego igrcy żeśmy niby inteligencja jak rozumiemy o czem do nas akademikowie na akademickiej akademii szyfrem gadajom.
Pazdar
Jad.
p.s.Pojutrze kolejna porcja prózek w powrozach.

PL +50 CZYLI CZYTANIE PRZESZŁOŚCI ZE SZKLANEJ KULI.

W jednym z komentów kilka notek niżej, niejaka mrówcza napisała tak:
„może okaże się, że w przyszłość nie kryje przed nami tajemnic i wystarczy tylko prawidłowo odczytywać teraźniejszość.”
Pozwolę sobie dokonać takiego wywichnięcia zdania, że po raz drugi zdumiewam się niezdolnością fantastów do wyrwania się poza nerwowe i zgrubne odczytywanie teraźniejszości po trwającej czas jakiś, okraszonej kilkoma zaśnięciami nad papierem lekturze zbioru tekstów „PL+50 – historie przyszłości” wydanego w roku 2004 w Wydawnictwie Literackim.
Prawa Blogowej notki nie dają mi możliwości pełniejszego wypowiedzenia się na temat tej publikacji więc poprzestanę na kilku ciekawych jak mi się zdaje obserwacjach.

83-08-03564-7.jpg

Po pierwsze wszyscy wieszczą mroki i katastrofę w najlepszym razie karykaturę (Dajnowski, Orbitowski, Kossakowska). Więc już chociażby to muli po trzysetnej stronie książki, a ma ich ona 557 zadrukowanych zwarcie i drobno (to nie książki dla niedowidzących z W.A.B.). No wiadomo jedno nic dobrego nam nie wieszczą fantaści i pisarze. Wydaje się że wszystko to są w jakimś stopniu opowiadaniu o pokurczu i postępującym paraliżu ludzkości.
Kilku autorów w ogóle nie wiadomo po co brało udział w tej zabawie – mam na myśli teksty Tomasza Piątka, Daniela Odiji; kilku odstaje jakby się w konwencji nie umieli odnaleźć – Staniszkis, Kapuściński (przedruk tekstu z Kongresu Kultury Polskiej, łeeee, buczenie za łatwiznę, ten Pan chyba za nazwisko), Lem, Bauman, Jęmczyk, Wnuk – Lipiński. To znaczy miło się czyta ich wywody ale do „historii przyszłości” ma się to nijak.
Ciekawa okolicznością jest że żaden z autorów poza Dajnowskim nie bawi się w space operę. Rozumiem że podróże międzygwiezdne są już nie trendy i wizja kolonizacji i podróży kosmicznych jakoś się wyczerpała, szczególnie wobec gwałtownego rozwoju gier komputerowych. Przypomnę tylko, że jak na razie Polska miała tylko jednego kosmonautę – czasach mojego dzieciństwa został nim pułkownik Mirosław Hermaszewski. Nikt na przestrzeni kolejnych 50 lat nie ujrzał żadnego Polaka w kosmosie. Poza Dajnowskim.
Inna obserwacja to taka, że w zasadzie nikt nie lubi UE. Generalnie to żydy, biurokraty, skuinkoty, technokraty. Ani chociażby odblasku jakiegokolwiek „European Dream” czy dlatego tylko, że trzeba było Rifikina z USA? A przecież można by napisać chociażby groteskę pod hasłem „Wiedeń Repryza” gdy Europejczycy zjednoczeni pod wodzą Jana Kantego Sobieskiego przy pomocy pancernych dojarek odpierają najazd hordy nomadów idących od Konstantynopola.
Bardzo dobre oraz dobre opowiadania Marka Oramusa, Olgi Tokarczuk, Karola Maliszewskiego, Cezarego Domarusa, Macieja Dajnowskiego, Łukasza Orbitowskiego, Jarosława Grzędowicza, Andrzeja Ziemiańskiego, Jacka Dukaja, Mai Lidii Kossakowskiej, Bartka Świderskiego.
Książka mogłaby się obejść bez tekstów Jerzego Sosnowskiego, Macieja Żerdzińskiego, Tomasza Piątka, Daniela Odiji, Andrzeja Zimniaka oraz tzw. „nazwisk” o których napisałem powyżej.
Pocieszam się że takie futurologie są tylko ku umysłowej zabawie a nigdy się nie sprawdzają. No prawie nigdy. Najczęściej mówią zaś wiele o ludziach którzy je napisali. Wynika z tego że żyjemy w przeczuciu katastrofy, implozji, zapaści i oględnej grzybni.
Pazdar.
Jad.

III FALA PO OPOLU TRALALALA.

3 FALA w OPOLU

W najbliższy piątek
25.11.2005 o godzinie 17:00
w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu przy pl. J. Piłsudskiego 5-6
w ramach III Opolskiej Jesieni Literackiej

na spotkaniu pod wszystko mówiącym tytułem TRZECIA FALA wystapią:

Lena Jedlicka, Lechosław Juszczak, Romuald Kulik, Sławomir Kuźnicki, Julia Szychowiak, Radosław Wiśniewski
całość poprowadzi: Mirosław Dragon

się zaprasza,
wstęp wolny.

AUTORECENZJA JANA K.

O tej książce miałem nie pisać, zgodnie z rozpoznaniem wedle którego koledzy z „Ha.artu” zaczeli ja promować wedle zasady „aby gadali” o czym świadczy ton tekstu Igora Stokfiszewskiego, zamieszczonego TUTAJ. Chodzi ostatecznie o sprzedaż.

okladka.gif

Wywracając jednak kota ogonem na lewą stronę trafiłem na stronie 65 (tak, tak ponieważ ten nudny jak flaki z olejem debiut ma ich aż 74) na takie zdanie Jana K. o sobie:

„[...]mówienie przychodzi mu z trudem
choć opracował metodę pierdolenia
bez sensu bez końca [...]„

Trudno się nie zgodzic z ta najkrótszą autorecenzją Jana K. i zarazem glossą do tekstu Igora Stokfiszewskiego. Szkoda że pojawia sie ona dopiero na stronie 65, powinna otwierać tomik, wiele osób zaoszczędziłoby czasu.
Jad.

NOCNY PRZYPAŁ PRACY LITERACKIEJ. HA.ART DUCHA.

No więc mamy, doczekaliśmy się „papieskiego” numeru „Ha!Artu”. O odchodzeniu JP2 jest tutaj pierwsze 22 strony pisma, zaś całe pismo wykorzystuje graficznie jak leitmotiv prace Anny Okrasko z cyklu „Znicze dla Ojca Świętego”. Teksty jednak nie podejmują krytyki pontyfikatu JP2., roli kościoła w życiu społecznym Polski i Polaków. Odnoszę wrażenie, że idą na łatwiznę zatrzymując się na poziomie zbiorowych zachowań, tłumnych odruchów i gestów, roli mediów, których wyszydzanie odnoszące się nie za bardzo wiadomo do czego – jest i przewidywalne i nic w zasadzie nie wnosi. Krytyka mediów, że prezenterzy robią miny, kiedy mówią o śmierci jest o tyle groteskowe, że w zasadzie może być to zarzut, ale wiadomo, że każdy człowiek jak mówi do kamery to robi jakieś miny, więc może być to zarzut do dowolnego człowieka występującego przed kamera. Równie dobrze można by pryncypialnie krytykować Pawła Dunina Wąswoicza że włosy mu się przetłuszczają i nader często wygląda w Telewizji nietwarzowo. Rozsądnie brzmi krytyka katolickiej gadżetomanii, ale znowu pytanie dzwon – co to ma do zjawiska nazwanego JP2? Wartościowy był artykuł „Ikona popklutury” czyli o tych pomysłach artystycznych, które przez autorkę artykułu zostały uznane za ciekawe pomysły artystycznych realizacji wykorzystujących wizerunek JP2. Wartościowy bo coś objawiał, co nie było wcześniej powszechnie znane. W sumie zawód i rozaczarowanie powierzchownością. Nie ma nawet za bardzo z czym polemizować, na co się wściec.
Jeżeli ten blog tematyczny miał nawiązywać do przedstawionej nieco dalej przez Igora Stokfiszewskiego „Pragmatycznej krytyki kultury”, to jest trochę strzałem w okno, bowiem istotą stanu rzeczy który mógłby podlegać w naszym kraju krytyce nie jest szczery fundamentalizm katolicki, zagrażający jakimś niezdefiniowanym Innym (homoseksualistom, ateistom, towarzystwu świadomości kriszny).

ha21.gif

Mnie bardziej ciekawi fundamentalizm hipokrytyczny w ramach którego wszyscy płaczą po Papieżu ale 112% par współżyje przedmałżeńsko, w tym nie zawsze z narzeczonym/narzeczoną. Nie mówię tego bym coś miał zamiar jednoznacznie wartościować, na pewno tego nie zrobię na tym poziomie uproszczenia. Wydaje mi sie że obyczajowa krytyka norm społeczeństwa katolickiego jest o tyle mało atrakcyjna, że panuje tutaj ewidentna podójność. Z jednej strony 98% Polaków to deklaratywni katolicy a z drugiej strony 179% społeczeństwa wie i robi swoje. Wydaje mi się, że gdy się powierzchownie rozpoznaje problem, to i diagnozy i krytyka pozostaje powierzchowną, najczęściej chybioną. I tak się trochę czuję po lekturze „papieskiego numeru ha.artu, że para poszła w gwizdek. Poza tym we wnętrzu jeszcze kilka wierszy re-edytowanych z tomików i prózek w bibliotece ha.artu, trochę dopisków do maglowanej przez ha.art. wątków gejowsko-lesbisjkich i kawałki nowej literatury z czech – i to ostatnie jest warte uwagi.

Jad.

P.S. Chciałem z tego tu miejsca zaznaczyć, że „Ha!Art.” dostałem dwakroć poczta wraz z książkami, zatem potencjalnie redakcja dała mi zaoszczędzić gdzieś około 80pln, za co jestem jej wdzięczny tym bardziej, że nie zaliczam się grona jej współpracowników, sympatyków, akcjonariuszy czy klakierów.

P.S. Dublety trafią niebawem do nieoficjalnej biblioteczki Stowarzyszenia w Galerii BCK w Ratuszu.

REDAKCYKCYKYZM.

To się zdarza, że redakcje, szczególnie młode maja liczne problemy, szczególnie finansowe, które ograniczają ich możliwości działania, a przecież mogłyby oj mogły. Bywa że na przykład zabawa trwa rok, dwa a potem młodzi kończą studia i pora jest zająć bardziej zdecydowane stanowisko wobec licznych małych próz życia. I wtedy pisma literackie, kulturalno-społeczne, artystyczno-werystyczne padają jak muchy. Ostatnio jednak zauważam, że nie padają, ale się hibernują, zaś jak muszki unoszą się nad nimi redakcyjne zespoły.
Zasypiając wczoraj zerknąłem na to co tam basista może powiedzieć o polityce (Pospieszalski z którym podobno warto rozmawiać) i patrzę a tam redaktor „Krytyki Politycznej”.
Przebóg, toz ja myślałem że „Krytyka Polityczna już dawno umarła a ściślej przeniosła się z tekstami redaktorów na łamy „Polityki” oraz „Gazety Wyborczej”.
Ale widać – nie, żyje, bo kilku młodych ludzi lubi mieć to błogie poczucie mrowienia w koniuszkach palców, które odczuwa kiedy słyszy jak dzierlatki krzyczą spazmatycznie „ach panie redaktore!”. Tymczasem jako żywo, numeru „Krytyki Politycznej” we placówkach handlu uspołecznionego we wsi Wrocław nie widać było od roku.
Najbardziej upierdliwy w swoich dywagacjach jest Sławomir Sierakowski który już tak bardzo się przywiązał do swojej funkcji, że nie umie o sobie w notce napisać niczego istotnego jak tylko to, że jest REDAKTOREM NACZELNYM (w tle spazmatyczny szloch sekretarki „och mein oberredaktore!”). Dodajmy że te same artykuły jego autorstwa maja wiele adresów w Internecie, zaś od sierpnia na stronie internetowej „Krytyki Politycznej” pojawiały się w zasadzie wyłącznie artykuły jego autorstwa.
Ten syndrom chorobowy dotyczący pewnej postaci urojeń wielkościowych jest wspólny nie tylko byłemu zespołowi „Krytyki Politycznej”, ale także wielu pismom, które istnieją jiż nie ogłoszony był ich formalny pogrzeb, ale są jak mój zespół bluesowy z którym grał po knajpach: istnieją do końca świata najwyżej już ani razu nie zagrają, albo są też jako gitara „defil” która jest świetnym instrumentem póki się na niej nie próbuje zagrać. Zgadnijcie o jakie pisma tutaj chodzi i jakich redaktorów dmuchających w usta edytorskich trupów po to tylko, aby wciąż móc doznawać spazmów, chociaż to tylko echo prawdziwego doświadczenia. To tylko redakcykcykyzm.
Jad.
PS. Powiedzieć o sobie że się jest młodym redaktorem nowego pisma literackiego to niebawem będzie jak się zelżyć, zbesztac i oblac pomyjami, jiz sie jest nieproduktywnym nieudacznikiem.

Z CYKLU – Z CZELUŚCI WOŁAM DO CIEBIE PERSONELU…

PAP 10:35
„Pewien sklep sieci marketów budowlanych Home Depot w amerykańskim stanie Colorado został zaskarżony przez klienta, który przykleił się w sklepowej toalecie do muszli klozetowej posmarowanej mocnym klejem. 57-letni Bob Dougherty oskarżył personel sklepu o to, że nie okazano na czas pomocy klientowi, który padł ofiarą niewybrednych dowcipów. Dougherty utrzymuje, że gdy uświadomił sobie, że nie może oderwać się od sedesu, całkiem stracił głowę. Zaczął bardzo głośno krzyczeć, jego zdaniem, tak głośno, że nie sposób było go nie usłyszeć. Mimo to, przez długi czas nikt nie nadchodził z pomocą. Zostawili mnie na pastwę losu - mówi poszkodowany, który – jak wynika z pozwu – w chwili incydentu był świeżo po operacji by- passów i sądził, że doznał ataku serca.
Po około 15 minutach personel sklepu wezwał pogotowie. Sanitariusze oddzielili sedes od – jak napisano w pozwie – biodrowo-miednicowej części ciała klienta. Incydent miał miejsce w roku 2003, lecz dopiero teraz ujrzał światło dzienne, bo poszkodowany postanowił jednak w końcu zwrócić się do sądu.”
To sie dopiero nazywa mieć przesrane.

DROBNY SELFLANS JESIENNY

Zapewne w ciągu dwóch tygodni pojawi się w końcu po wielu miesiącach rozlicznych perypetii intersubiektywno-finansowo-organizacyjnych & numer antologii WIR, pod tytułem „Pasażerowie na gapę/Blinde Passgieren”. Zaraz po ukazaniu się odbędą sie trzy spotkania promocyjne z udziałem redaktorów i autorów. Antologia powstała jako podsumowanie warsztatów translacyjno-literackich w Berlinie w latach 2001-2002 jakie we współpracy ze Stowarzyszeniem zrealizował PNTL „WIR”. Jest tam trochę prozy i sporo poezji, teksty oczywiście w wersjach dwujęzycznych tłumaczone i redagowane w niewielkich grupach o dwunarodowym składzie. Efekty czasami zabawne, czasem ciekawe.

wir7_okladka.small.jpg


Aleksander Gumz, Martyna Starosta, Agnieszka Dębska, Christian Fischer, Lena Jedlicka oraz [selektywnie i miejscowo] Szymon Goriaczko, Ola Goriaczko, Piotr Czubryt, Radek Wiśniewski, Aneta Kamińska, Katarzyna Hagmajer wystąpią po kolei:
16.11.2005 ok. 17:00 we Wrocławiu – w ramach Turnieju Jednego Wiersza im. Rafała Wojaczka
18.11.2005 ok. 19:00 w Opolu w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej przy ul. Powstańców Śląskich
19.11.2005 ok. 20:00 w Warszawie w Straomiejskim Domu Kultury,

się zaprasza serdecznie już teraz (się przypomni niebawem).

Niebawem też w pocztowej oraz personalnej dystrybucji druga transza nakładu tomu Radka Wiśniewskiego i Dariusza Pado „RAJ/JAR” wydanego przez wydawnictwo „Mamiko”.

mini_raj.JPG


Tym razem wersja z okładką matową. Kto by chciał nabyć może się porozumieć z jednym z autorów, WYDAWCĄ
albo zjawić się 4-6.11.2005 na Nadnyskich Spotkaniach Literackich w Zgorzelcu. Będę tam i ja i książka.
Pazdar.
Jad.