Archiwum dla Październik, 2005

JAN KRZYSZTOF KELUS – ZA DUSZKI.

W alejach niezasłużonych
na grobach znanych żołnierzy
zapalmy raz w roku światełka
kupione u bab i harcerzy

ktoś poustawiał dzieci
parami na miejscach straceń
ofiarę składając ofiarom
jak miedziak rzucony na tacę

zmarznięci kontrolerzy
każdemu kto ma trzy złote
sprzedadzą bilet na cmentarz
za drugie trzy także z powrotem

* * *

Raz w roku: zaduszkowy tłum – cmentarze
wejście pierwszą bramą – wyjście czwartą bramą
dla wszystkich dziś! (Kaziu kup ten kwiat!)
Po drodze można patrzeć w lewo – w prawo
co mu postawili – co mu napisali
ile miał lat
ile miał lat

Dzień zmarłych: dla wygody nas – żywych
wstrzymano pogrzeby by nie popsuł święta
zbyt świeży ból (Tutaj postaw kwiat!)
wracając można patrzeć w lewo – w prawo
co mu postawili – co mu napisali
ile miał lat
ile miał lat

A potem: znów przez cały rok – cmentarze
mała grupka ludzi przestraszy wiewiórki
ktoś będzie łkać (Postaw w nogach kwiat!)
i znowu: płyta pomnik murowanie
żeby zobaczyli co mu postawili,
żeby przeczytali co mu napisali
ile miał lat
ile miał lat

DESZCZE NIESPOKOJNE, FANTAŚCI IDĄ NA WOJNĘ.

Próbowałem tę książkę polubić. Proszę mi wierzyć, brnąłem przez bitych ponad 600 stron jedynej w swoim rodzaju, jak chciałem wierzyć, antologii opowiadań fantastycznych inspirowanych II Wojną Światową i próbowałem ją polubić. Sam jestem pasjonatem amatorem, hobbystą, więc ciekawiło mnie co też fantaści, jak przekonuje lead na okładce, sama pierwsza liga fantastyki ma do nabajania w zbiorze pod tytułem „Deszcze Niespokojne”.

83-89011-72-7_68728_F.jpg

Książkę wydało lubelskie wydawnictwo „Fabryka Słów” i ta nazwa powinna mnie ostrzec, że może nie być dobrze. Jak ktoś produkuje przemysłowo słowa, to te słowa raczej nie są artystyczne, one są raczej fabryczne.. Opowiadań jest 12, niektóre z nich (np. „Wilcza zamieć” albo „Der Totenkopf”) mają ponad 100 stron i są w zasadzie nowelkami, jakich by się i Shuty nie powstydził (gdy idzie o objętość i treść) a niektóre są nader krótkie (np. „Odniemcy”). I jedne i drugie niestety nie grzeszą ani oryginalnością fabuły ani tym bardziej dopracowaniem stylistycznym. Niektóre z nich wręcz rażą nieudolnością językową („Szkarłatna fala”). W niektórych do końca nie wiadomo na czym polega ów element fantastyczny („Olaf i buty Guntera” „Stille Nacht”). Nade wszystko jednak kłamią te opowiadania nieudolnie i mało wiarygodnie. Trochę tak jak niektóre filmy batalistyczne, gdzie czołgi T-34 powojennej produkcji obudowane kartonem udają „Tygrysy” i „Pantery”, na dokładkę najlepiej jesienią 1942 roku na pustyni libijskiej, kiedy „Tygrysy” i „Pantery były jeszcze w stadium projektów. I podobnie jest w wielu opowiadaniach ze zbioru „Deszcze Niespokojne”. W „Szkarłatnej Fali” zostaje zatopiony amerykański niszczyciel „Storm”, który nigdy nie istniał. W „Wilczej Zamieci” , której akcja dzieje się w roku 1944, na Atlantyk wychodzi U-250 typu XXI, sęk w tym, że typ XXI wszedł do służby próbnie wiosną 1945 i jednym okrętem tego typu w linii był U-2511 wysłany na patrol w kwietniu 1945, ale autor nie wyjaśnia skąd to cudowne rozmnożenie U-bootów przed czasem, co skądinąd byłoby ciekawszym może tematem do opowiadania. Dla informacji autora oraz ewentualnych czytelników dodam, że prawdziwy U-250 był U-bootem typu VIIC i został posłany na dno przez radzieckie patrolowce na wodach Zatoki Fińskiej latem 1944 roku. Nie ma w zbiorze ani jednego opowiadania którego akcja toczyłaby się np. w Chinach, Birmie, Libii, Egipcie, Iraku, Alasce, Australii, Mandżurii. Które byłoby napisane z perspektywy Czerwonoarmiejców, politruków, dworu Cesarskiego Japonii. Za to jak na dwanaście opowiadań znaczna przewaga opowiadań o Ahnernebe – hitlerowskiej grupie badań antropologicznych obmawianej o praktyki okultystyczne i magiczne. Niemce nam najbliższe. Nie ma żadnego eksplorowania tajemniczych historii i miejsc z czasów IIWW . A przecież takich miejsc i historii jest ogromna ilość – chociażby sztolnie kompleksu „Reise” w Górach Sowich nieznanego do dziś przeznaczenia. Ale żeby dobrze wyeksplorować takie tajemnicze historie i miejsca trzeba je dobrze znać. Innymi słowy żeby dobrze bajać – trzeba sobie zadać wiele trudu żeby dobrze poznać realia i wiedzieć w którym miejscu można odgiąć rzeczywistość. W sumie jestem zawiedziony i nie polecam. Bardzo słaba ta polska fantastyka. Słaba i leniwa. Taka wytrząśnięta trochę z rękawa, bez troski o bardziej wymagającego czytelnika. A kto wie, może nawet do takich należę?
Jad.

CIENKI LÓD, KRUCHE SZKŁO. PODSIADŁO WRACA.

No więc stało się. Po sześciu latach milczenia można za 19 złotych nabyć wydane przez wydawnictwo znak 21 nowych wierszy Jacka Podsiadło pod tytułem „Kra”.

1598.jpg

Jak łatwo policzyć wychodzi to około 90 groszy za jeden wiersz (a kilka jest bardzo krótkich!) albo 50 groszy za stronę (nie licząc okładki), przy czym 2 są zupełnie ale to zupełnie puste! Na okładce zaś nie wiedzieć czemu jest przęsło otoczone woda a nie krą.
To tyle ściemy, dalej w las tomiku jest już bez ściemy, jest sensownie i poważnie. Gdyby nie rozmiar arkusza, bo tak chyba trzeba to nazwać, czy też maxisingla Jac-Po-nia – powiedziałbym, bardzo udany tomik. Węźlący się, tonujący język, obsesyjna zabawa rymami i rytmami i goryczka, nuta cierpkości na języku. Wiele podań w tył, wskazujących na kontynuację pewnych motywów – na przykład „Borther Death Blues”, jeden z najbardziej o ile nie najbardziej poruszający tekst z maxisignla, na przykład wiersz, fraza bez tytułu ze strony 23, w której widzę odbicie wiersza „sobie na 33 urodziny
[ patrz tutaj ] Krew się burzy, ale wybiera drogę do wewnątrz, buntownik któremu nie dana była łaska umrzeć młodo wchodzi w większą bitwę o siebie niż być może podejrzewał że mu się trafi. A śpiewa o niej tez i tytułowa kra. Mimowolne skojarzenia z Maliszewską śpiewnością z „Inwazji i innych wierszy”.
Nie wiem czy polecać ten tomik. Zapalonym miłośnikom poezji na pewno, bo to jest dobry tomik, ale cholernie niski współczynnik opłacalności. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jednak jest coś wymuszonego w tym geście, jakby bardziej chodziło o to żeby jednak w końcu coś wydać, ogłosić światu i miasto, pokazać że się żyje i po ponad sześciu latach się powraca w dobrej formie. No i niby wszystko gra a niedosyt zostaje i nie jest to ten niedosyt jaki miałem po „Wychwycie Grahama”. Jedno jest pewne. Będę wracał przed to lustro…
Jad.

POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI. MADE IN POLAND

Postanowiłem się nieco cofnąć i nadrobić braki z prozy lat minionych. Bo przecież nie może być tak że jest aż tak źle od lat. Musiało być kiedyś lepiej. Pożyczyłem od kumpla książkę o tym że kiedyś będzie jeszcze gorzej i ku mojemu zaskoczeniu książka ta okazała się lepsza niż wiele innych książek o tym, że świat jest lub będzie niebawem bardzo niefajnym miejscem. Mówię o Włodzimierza Kowalewskiego „Bóg zapłacz!” wydanym w roku 2000, nominowanym tu i ówdzie do nagrody Myszki Miki oraz płonącego Łuczywa.

170.jpg

Świat stworzony przez Kowalewskiego ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa (tym bardziej jest przerażający), przedstawia jakiś zupełnie utopijny system socjalno-liberalny w którym funkcjonuje społeczeństwo polskie w czasie około roku 2050. Socjalny i liberalny, bardzo po polsku, obyczajowo-seksualnie frywolny, bo ludowi na wiele – jak się można domyślać – pozwala, ale zarazem trzyma się za mordę i kontroluje licznymi innymi sposobami. Intryga osnuta jest wokół nieuleczalnej choroby głównego heroesa powieści – Irka i zmagań tegoż Heroesa z bólem i pokusą świadomego odejścia. Przy okazji rozliczne postaci wypowiadają wiele słów, tyrad, esejów,. Trochę drażni ta maniera postaci, szczególnie Tubiełły-Wszechwłoga który ma zwyczaj wymądrzania się na wszelkie tematy przy okazji wizyt pacjentów. Ten jeden, najważniejszy mówca Nowego Wspaniałego Świata, jest zarazem najmniej wiarygodny poprzez swoja retoryczność. Najlepiej wypadają retorespektywy z lat 80-tych, z końcówki gnijącego ustroju i monolog niejakiego Cmona. Wydaje się że w kilku miejscach pisarz poszedł trochę na skróty, trochę tak jakby reżyser w Teatrze postawił ileś rekwizytów przed aktorami na scenie a oni ograli tylko jeden albo wcale. Szczególnie rozwiązanie akcji, zupełna końcówka ostatnie kilkanaście stron drażni, jakby komuś bardzo się spieszyło, podczas gdy tyle tutaj motywów do ogrania potraktowanych tak skrótowo i schematycznie, że w zasadzie nie wiadomo po co one w ogóle są, skoro można by było uciąć kilkanaście stron wcześnie i nawet poetycko by było.

Kowalewskiemu udała się rzecz rzadka, poprzez tę ucieczkę w przyszłość a poczynioną niewątpliwie przez dojrzałego twórcę, nie ulegającemu taniemu efekciarstwu (w jakie popadają czasem autorzy oględnie z SF) – mianowicie autor powiedział cos istotnego o lekach współczesności. I to chyba więcej niż wszystkie zaangażowane zbiory opowiadań, powieści razem wzięte do kupy. Więcej a przy tym ciekawiej, zajmująco, miejscami straszno, miejscami smieszno. I to pomimo że jest w tej ksiażce kilka potknięć które nie pozwalają mi jej z czystym sumieniem nazwać wybitną. Ale jest niewątpliwie dobra, fajna. Jak mix. W Plusie.

Jad.

Z NOTATEK RUSOFILA 8. ODSZCZEPIEŃCY.

83-89667-32-0.jpg

Do dzisiaj nie wiem ostatecznie kto wygrał Drugą Wojnę Światową. ZSRR czy Rosja? I jeżeli ZSRR to co ma wspólnego ZSRR z obecną Rosją? Czy jednak nie jest tak jak twierdzą rozliczni historycy, że ZSRR bardzo szybko o ile nie z założenia stał się po prostu inna formą carskiego imperium? Za tą teza zdaje się optować Jarosław W. Gdański w niezwykłej monografii poświęconej tzw. „jednostkom wschodnim” w siłach zbrojnych III Rzeszy wydanej niedawno pod tytułem „Zapomniani żołnierze Hitlera”.
Autor pokazuje tragiczną ciągłość niektórych ruchów autonomicznych, niepodległościowych na terenach b. ZSRR, które odnajdywały swoje szanse na kontynuację i realizację w III Rzeszy. Tragizm sytuacji większości z grup dążących do uzyskania naturalnych, jak im się zdawało praw polegał bynajmniej nie tylko na tym, że ostatecznie owe nadzieje okazały się fikcją z powodu upadku III Rzeszy, ale także na tym, że Rasa Panów nie miała w planach chociażby fasadowej współpracy ze słowiańskimi podludźmi. Jak pokazuje Gdański, owszem od 1942 roku każda wielka jednostka, np. dywizja na Ost Froncie miała na etacie do kilkuset nawet tzw. Hiwisów (Hilfwilllige) ale bardzo dbano o to, aby nie występowali w zbyt wielkich grupach razem,. Dopiero przy końcu wojny zaczęto tworzyć większe jednostki pod dowództwem Rosjan, Kozaków, Azerów, Litwinów, Łotyszy (np. słynny IV Korpus SS). Do tego czasu ost-truppen i ost-legionen były używane nader często w rozproszeniu, głownie do zadań pomocniczych o charakterze wartowniczym, policyjnym a także eksterminacyjnym. Bardzo często więc obywatele ZSRR różnych narodowości byli kierowani do walki przeciwko sobie.
I liczba która dla mnie była mimo wszystko szokująca – w latach 1942-45 przez siły zbrojne (w tym SS) przewinęło się ponad 1,5 miliona obywateli ZSRR, najczęściej służących dobrowolnie. Wielu z nich walczyło do końca i nawet dłużej – do 11 maja 1945. Przytłaczająca większość z nich która zdołała się przebić do alianckich stref okupacyjnych została następnie przez aliantów zachodnich wydana aliantowi wschodniemu który zrobił z nimi porządek po swojemu.
O tym a także o tym jak różne i skomplikowane drogi wiodły ludzi w szeregi wojsk III Rzeszy, jak różne im przyświecały motywy, jak różnie dawali im wyraz lub zaprzeczali, jak często zmieniali fronty – o tym a także o wielu innych sprawach jest ta książka. I może warto ją zakupić, przeczytać i zadumać się nad historiami tych lub innych dziadków. Nie żeby usprawiedliwiać. Żeby zacząć cokolwiek ze świata rozumieć.
Jad.

SZPITAL NA PERYFERIACH 1. CZŁAPU CAPU Z KSIĘŻCÓW.

Nie wiedzieć dlaczego powszechne jest mniemanie, że co widać i co słychać albowiem jest głośne i co jest dane wszem i wobec to zapewne jest najlepsze i dlatego jest dane wszem i wobec. Szczególnie w dziedzinie poetyzacji społeczności naszej tak się wydaje, że jak widać na powierzchni trzy czy cztery oficyny, albo dwa-trzy serwisy literackie, to znaczy że tylko te są wartościowe, ważne i że poza tym łatwo rozpoznawalnym układem odniesienia z zasady nic ciekawego nie może się ukazać. A już na pewno nie drukiem. No więc nie jest ani tak jak opisano to powyżej, ani też nie jest odwrotnie. Jest po prostu inaczej. Stąd pomyślałem o nowym cyklu notek poświęconych rozlicznym przejawom fajnej twórczości na zadupiach Rzeczypospolitej, wartych polecenia, docenienia. Nie wierze po prawdzie w to, że jakoś strasznie, dramatycznie & diametralnie cokolwiek się zmieni, ale przynajmniej zrobię sobie i ew. autorom kulturalnych zajść peryferyjnych trochę frajdy. Zresztą blog Pietrucha był już kilka razy cytowany całkiem poważnie tu i ówdzie, więc może nawet coś się stąd przebije dalej. Kto wie.

Pretekstem do pierwszej noty jest tomik Mirki Szychowiak „Człap Story”. Książczyna solidna i schludna edytorsko, wydana przez Strzeliński Ośrodek Kultury, wydrukowana w Oławie, sygnowana przez autorkę mieszkającą w m. Księżyce k. Wiązowa. Bardziej znana Mirka jest w serwisie nieszuflada.pl jako mia_mia i głównie tamże wykuwała swój talent. „Człap story” udowadnia że na daremno tych miesięcy w rozlicznych serwisach internetowych nie spędziła. I nie chodzi mi o słowa otuchy, zwane często nieżyczliwie „spadochronami” od Romana Kaźmierskiego (ps. Normal Ramol), Adama Pluszki, Edwarda Pasewicza. Mnie by te spadochrony zapewne rozdrażniły tylko, gdyby były zupełnie puste a całe szczęscie nie są. Temperament jaki wyłania się z tych wierszy, skłonności do człapania w różne rejestry języka, czupurność, młodzieńczość i świeżość – to zapewne naturalne cechy liryki Madamy Szychowiak Mirki, ale zdolność do trzymania tych cech na wodzy, panowania nad nimi, to rzecz wtórna, nabyta i solidnie zakorzeniona. Bez uzdy i zapewne wielu godzin pracy te same cechy, które świadczą „za” tą wersją poezjowania – zwróciłyby się mimo woli przeciwko niej.
Tytuł tomu wydaje mi się mylący. „Człapanie” to czynność kojarząca się z powolnością, niezdarnością – a tego u Szychowiaczki Seniorki nie ma, wręcz przeciwnie, raczej małpia zręczność w przełączaniu kanałów i rejestrów nadajnika, do którego z trudem bo z trudem ale dostosowuje się odbiorca. Ta językowa witalność i przekorność wydaje się być główną zaletą „człap story”, czegoś równie błyskotliwego, wolnego od maniery dawno nie czytałem. Więc nawet jeżeli czasami nie wiem o co chodzi Mirce i o czym do mnie rozmawia (poza tym że życie, życie jej się podoba jak cholera) – to bardzo fajne to literackie człapu capu po dykcjach, dobrze się czyta, dobrze się wraca, Warto kupić, zdobyć, zapotrzebować u autorki czy wydawcy. Z takimi autorami jeszcze nie zginęły zadupia literackie.
Nader ruchliwe te tereny nieboszczykowskie, żywotności tej liryki wystarczy by ożywić niejedno zmartwiałe pole. Się poleca q lekturze.

Kto by chciał nabyć – podaję e-mail wydawcy i telefon doń, się proszę kontaktować i działać:
sokstrzelin@poczta.onet.pl, tel. 071 39 21 543
Jad.

NAUCZYCIELE OK.

Pierwszy raz w życiu z własnej woli postanowiłem pamiętać o Dniu Nauczyciela będąc już starym dziadem 13 lat po maturze. Swoim znajomym nauczycielom i wykładowcom już życzenia złożyłem, ale teraz chciałbym złożyć wszystkim porządnym nauczycielom wyrazy szacunku. Jesteście naprawdę OK., pracujecie ciężko za psi grosz od Państwa Polskiego ale nie blokujecie torów, nie przykuwacie się do kaloryferów w budynkach użyteczności publicznej, nie wysypujecie klasówek z wagonów, nie biegacie ze świniami po korytarzach kuratoriów, nie blokujecie dróg, nie bijecie się z policją, nie demolujecie Sejmu. Bądźcie pozdrowieni, jeżeli na kimkolwiek jakakolwiek Nowa R.P. się buduje (mniejsza o numerki) to na Was w stopniu znacznym. Szacun szacun i jeszcze raz szacun. Oraz Respekt. Wszystkiego dobrego a szczególnie podwyżki.

PROZA SPECJALNEJ TROSKI. PŁASKOWNICA.

Wpadł mi w ręce kolejny kawałek z cyklu „proza słusznie społecznie zaangażowana”. Nie mam nic przeciwko zaangażowaniu jakiemukolwiek, nie sądzę żeby musiało ono szkodzić literaturze. Nie sądzę tez jednak że powinno ono przesłaniać i niwelować niedociągnięcia literackie. Książeczkę Doroty Korwin-Piotrowskiej Pt. „Witajcie w Realu!” wydana przez firmę Prószyński i s-ka w ramach serii „Literatura nowej generacji”.

witajciewrealu.jpg

Trochę statystyki. Ksiązka liczy 69 stron i mieści w sobie 16 opowiadań, co daje średnio 4,31 strony potencjalnej, bo faktycznie pod tytułem opowiadania jest trochę powietrza i przy zakończeniu jest trochę tzw. powietrza. Pytanie: czy przy takiej objętości można powiedzieć coś ładnie, sensownie i nie poślizgnąć się na zdawkowości? Teoretycznie można. Literatura zna takie przypadki albo bardzo podobne. Dorota Korwin Piotrowska pracuje na UJ, wykłada poetykę i retorykę więc trochę się boje napisać, żeby mnie nie rozjechała retoryczno-poetycznie… ale nie udało się Pani Doroto. Gdybym miał prozę polską traktować jako prozę specjalnej troski, to może bym napisał o pomysłowości – bo rzeczywiście z tą nie jest najgorzej, nienajgorzej jest ze stylem. Ba,z nim jest świetnie na tle tego co to ostatnio w prozie się wyprawia. Ale w prozie bardzo się liczy jeszcze to co się mówi, a tutaj sloganizm literacki trochę. The scent of a traumatised woman. Ale ta trauma, ech. I ten głod jakiejs narracji, jakiegoś bohatera, kogoś kogo dałoby się polubić, znienawidzieć. A tutaj nic, wycinanka z tabloidu i takież zdania mające ilustrować coś. Ale co? Że niedobrze jest bo faceci to świnie, szefowie to kawały sukinsynów, ale jednego sukinsyna z nich nie złożysz. I niewiele więcej zostaje. Książeczka, można powiedzieć, jest cienka (gdy ja ustawić na sztorc na półce), albo że jest płaska, gdy ją położyć na blacie stołu. Niewiele odstaje od podłoża. Taka… hm… Płaskownica.
Jad.

NIKITA WSZYSTKICH POLAKÓW

Tak się składa, że pewien event poetyczno-polityczny zbiegł się z trzecimi urodzinami kota mojego Nikity, zwanego także czasem świętym a czasem męczennikiem, chociaż chyba z tego powodu że zamęczył niemało ptactwa i myszy w swojej karierze. Nikita generalnie to facio, którego niełatwo poruszyć. Wczoraj jednak wyraźnie był poruszony tym co się działo w dzień jego urodzin. Prosił mnie abym ogłosił, że on ogłasza się w łaskawości swojej Nikitą Wszystkich Polaków, dodał, że uważa za Polaków wszystkich, którzy się uważają za Polaków i że nie przewiduje odwołań, donosów i zaskarżeń. Nadmienił także, że do aktu Ogłoszenia nakłoniła go antypatia do drobiu, którego obecność akceptuje wyłącznie pod postacią dobrze sprasowanych brykietów i wszystko jedno mu czy Kaczka ma postać krajową (i nazywa się swojsko, dajmy na to Leszek) czy importowaną (na przykład swojski Donald). Generalnie Nikita ostrzega przed Ptasia Grypa i uprzedza, że niepotrzebna jest żadna aktywność wyborcza. On i tak pozostanie na swoim stanowisku dożywotnio. Wszystkie osoby pragnące udzielić Nikicie wsparcia proszone są o niezabieranie głosu oraz dokarmianie bezdomnych kotów, opiekę nad kociętami oraz zwalnianie podczas przejeżdżania przez obszary zakocone (niebawem zostaną ustawione znaki wyznaczające takie obszary wzdłuż dróg krajowych i międzynarodowych, drogi powiatowe i gminne są przeznaczone do zakocenia w całości).

img_11934.1.JPG

Z wysokości podołka z całego serca Nikita mruczy na pomyślność naszej polskiej krainie.
Drugiej tury nie przewiduje.

DALEKIE KRAJE . WSZYSTKIE MAŁPY AGNIESZKI KUCIAK.

Jesień, przydałoby się trochę ożywienia. Na przykład zmartwychwstanki jakiej posłuchać by się zdało. Około połowy roku pokazała się druga poetycka książka gościówy tegorocznego „Syfona” – Agnieszki Kuciak

Ksiązka nosi tytuł „Dalekie Kraje – antologia poetów nieistniejących” i jest jak na dzisiejsze realia sceny poetyckiej książką sporą, licząca ponad sto stron, aczkolwiek nie czuje się tego. Wchodzi bez bólu. Nie wiem czy to wada, że wchodzi bez bólu. Dzieje się tak pomimo zabawnego wymyku, ramach którego autorka przypisała swoje wiersze licznym nieistniejącym (?) poetom, którym przydała nadto krótkie rysy psychotroniczne na końcu ksiązki. Teoretycznie powinno nadawać to książce rys pewnego postmodernistycznego, tekstualnego konceptalbumu, łamigłówki dla literaturoznawców. Jeżeli się jednak bliżej przyjrzeć tomikowi to za przesłonką, maską „antologii” traci ową konceptualność, wielogłosowość. Mam raczej wrażenie, że to trochę autorskie zagranie na nosie krytyce, która dostaje co najmniej trzy-cztery siatki współrzędnych a każda z nich jest raczej drogą donikąd, w dalekie kraje właśnie, w kraje odległe od intencji, od percepcji od dziania się poezji. Ta glossa z sylwetkami autorów dodaje pieprzu a jakże ale nie ona jest istotą. Istota jest próba afirmatywnego ogarnięcia świata, wraz z jego wszelkimi plugawymi przypadłościami, złamanie klasycznych metod, współczesnym idiomem (twórcze rozwinięcie debiutu). Brzmią tu ach brzmią fascynacje odległe raczej od współczesności tłumaczki Dantego i Petrarki, zmieszane zabawne archaizmy z kolokwializmami. Nie jest może język dziki, ale kapryśny, leniwie nieprzewidywalny. Powodu owej maskownicy pseudoantologijnej Igor Stokfiszewski w razie przyznania Kuciak nagrody im. Kościelskich powie, że Agnieszka Kuciak wytworzyła to zupełnie nowy idiom postmodernistyczny, i natychmiast ogłosi odczytanie Post-Derridowskie a „Dalekie Kraje” objawi jako kpinę z klascyzymu (ach te natrętne skojarzenia ze Świetlickiego „zimnymi krajami”!). Ba, może dopatrzy się tam nawet fundamentalnego dla kultury europejskiej homoerotyzmu.

1565.jpg

Mam silne przeświadczenie (w krytyce gadamy przecież o mniej lub bardziej uzasadnionych przeświadczeniach) że imiona nieistniejących poetów to maski tego samego podmiotu, który podobny jest do Borgesowskiego Innego Tygrysa. Szuka swojej tożsamości pomiędzy światem tekstu, światem pojęć, języka a światem samym w sobie Zadomowienie przechodzi w obcość, Tożsamość wyjawia się w równoważeniu obcych języków, obce postaci. Obcość czyjaś – a nie moja nie ma mnie juz w pełnym posiadaniu nie jest aż tak dotkliwa – nieprawdaż? Nawet jeżeli ta obcość „czyjaś” staje się tylko pozornie, a ten ktoś kto dziedziczy ową obcośc po mnie – jest nieistniejący – to jednak mimo tego, realna obcość – przestaje być moja, umniejsza się. Zupełnie tak jakby ktoś jednak się pojawiał. Na przykład małpa. Wiele małp. Wszystkie małpy Agnieszki Kuciak.
Pazdar,
Jad.