Archiwum dla Wrzesień, 2005

DER DANZINGER GEIST VON WENCEL

Mam wrażenie, że nad poezją północy zaczyna się unosić nie tyle Der Geist, taki mglisty, modlitewny, ale bardzo spersonalizowany Geist poetyki i światoglądu Wojciecha Wencla. Bo oto i Szymon Babuchowski, któremu kołatki wystukały drugi tomik jakiś czas temu, a w ślad za nim biegnie Tadeusz Dąbrowski ze swoim „Te Deum” wydanym w wydawnictwie Ryszarda Krynickiego a5. Mein Gott chciałoby się zakrzyknąć po lekturze pół setki wierszy, mających za główny cel autodemaskację autorstwa piszącego wiersze oraz nieautentyczność zapisu, który w intencjach autorstwa ma być przecież i indywidualnym świadectwem autentyku. No dobra, gdzieś tam plącze się Gott Pantokrator, ale głównie to kłopot z nim polega na tym, że etycznie dozwala bądź niedozwala na chucie uciech.
Zapewne stąd wzięła się zgryźliwość recenzji pióra-klawiatury Jakuba Winiarskiego zamieszczonej w nieszufladzie.pl, która stała się zaczątkiem, czegoś na kształt dyskusji. W zasadzie zgadzam się z Jakubem Winiarskim w emocjonalnym odczuciu i odruchu irytacji, ale podaję inne uzasadnienie.

83-85568-74-3.jpg

Podmiot tych wierszy w swojej wierze wydaje się być udający, ale jak chłopiec. I chłopięce wydają się te wątpliwości rozpisane na wersy. Chłopięce wydaja się być owe rozpisane na wersy traktaciki autodemaskacyjne. Dojrzałość polega na tym, że coś uznaje się za swoje i podejmuje się zobowiązanie wobec
idei, człowieka
(komu niepotrzebny przecinek w tym miejscu może skreślić) i się za tym idzie w siną dal. I o tym warto pisać, o tym chce się czytać. Mam silne poczucie że taką decyzję, wewnętrzny proces podmiot wierszy Dąbrowskiego ma daleko przed sobą. Na razie chłopaczkuje mi przed nosem i ładne to, może nawet przekonujące dla młodszych panien wszelakiego stanu i prowadzenia się, ale mnie to nudzi. Wyrazy co to głębie mają oddawać tych dylematów latają cos podejrzanie po powierzchni, jakby to zaśpiewał J.K. Kelus „ocierając się o banał, ocierając się o plagiat”. Kelusowi wychodziło ocieranie się, bez przekraczania granicy bo był ujmująco prostolinijny i bezpretensjonalny. Tadeusz De taki nie jest – jest inteligentny i na pewno bardziej wyrafinoany niz Kelus – i dlatego mam wrażenie banału (o paradoksie!). Nie wiem czy to już maniera czy jeszcze poszukiwanie, ale doradzałbym jedno:
Mniej Wencla, więcej z siebie Panie Tadeuszu.
Jad
P.S. Zaznaczam że do Wencla Wojciecha nic nie mam poetycko a nawet mnie przekonał kilkoma fragmentami „Imago Mundi”. Tymi czytanymi na głos.

ACH CO ZA NOC.100%. 70%. 0,01%.

100%
szacunku dla naszych siatkarek. Zdolne, skuteczne i na dokładkę ładne.. Czego więcej chcieć?
70%
Polaków nie widzi sensu demokracji. Odliczając od frekwencji głosy na LPR i Samoobronę jako głosy przeciw demokracji wyszło na to, że 70% uprawnionych do głosowania przestało czuć sens demokracji. Ta liczba – 59,5% tych co zostali w domu oraz wynik LPR-u i Samoobrony zsumowane do ok. 20% tych co głosowali na partie głoszące bełkot lub bezprawie – powinny spędzać Władykom sen z powiek. Nikt nie powinien się w tym kraju czuć za dobrze, nikt nie powinien być zadowolony.
0,01%
Obywateli Polski, licząc bardzo optymistycznie zetknęło się z twórczością ogłoszonego wczoraj laureata nagrody im. Kościelskich – Jacka von Denhela. W agonalnym charkocie, tuż przed ogłoszeniem wyników wyborów, znany krytyk Igor Stokfiszewski dał głos tutaj a tutaj i tutaj rozgorzała dyskusja czy Jacek von Denhel jest klasykiem czy nie podwójnym agentem homoerotyków, którzy są filarem europejskiej tożsamości. No ale co innego może zrobic krytyk, który chce jakos wypłynąć. Musi albo głosno zalegitymizowac albo wykonac wolte interpretacyjną na tyle ostra by sie odciąc na tle.

To ostatnie na pewno sie Igorowi udało.
A gratulacje i laureatowi i krytykowi, chociaz z diametralnie innych względów i w innych kategoriach wagowych.

Pozdrawiam,
Jad.

ps. niebawem chyba zaczne publikcje w odcinkach kawąłków krytycznych które z powodu redaktorskich entropii i atrofii zalegają w rozlicznych redakcjach tytularnych pism literackich. Niektóre sa całkiem stare, więc będzie zabawnie.

ZA KOGO KTO KOGO MA. JESZCZE RAZ Z TISCHNERA.

Włączyłem TV, żeby obejrzeć ostatnia debatę przed wyborami, bo poprzednich nie oglądałem w rozlicznych rozjazdach pozostając. Patrzę i patrzę i oczom nie wierzę. Panowie Politycy, za kogo wy macie wyborcę, powiedzmy mnie? Dedykuję wszystkim przed wyborami fragment z Józefa Tischnera, który mimo 25 lat trzyma klasę, jak to z kawałkiem fajnej filozofii bywa:

„Perswazja jest integralnym składnikiem rządzenia. Styl rządzenia przejawia się w znacznym stopniu poprzez styl perswazji. Na podstawie stylu perswazji można sobie wyrobić pogląd na to, co perswadujący wie o człowieku, ku któremu się zwraca. Można odgadnąć w przybliżeniu, jaką wizję człowieka nosi w swojej wyobraźni. Nikt nie perswaduje w próżnię. Każdy ma na widoku „człowieka abstrakcyjnego, w którym umieszcza sumę swej wiedzy o ludzkim strachu i ludzkim pragnieniu szczęścia. Czasami w słuchacz odnajduje w tej abstrakcji siebie. Wtedy wie, że o nim i do niego jest ta mowa. Bywa jednak i tak, że wie to jedno: żaba mówi do żaby.
Byłoby niezmiernie interesujące zbadać, jak wygląda „człowiek abstrakcyjny naszej telewizji i innych środków masowej perswazji. Między jaką obietnicą szczęścia i jakim strachem umieszcza go ich spojrzenie? Czego ten człowiek boi się najbardziej? Czego najbardziej pragnie? Znając przynajmniej w przybliżeniu odpowiedź na te pytania, można by zapytać dalej: czy i w jakim stopniu człowiek ów wyrasta ponad poziom odruchów warunkowych, określających zachowania pewnych miłych skądinąd przyjaciół ludzi konkretnych?
Myślę, że uderza w oczy różnica między „człowiekiem abstrakcyjnym” publikatorskiej przeciętności a człowiekiem konkretnym aktualnej rzeczywistości. „Za kogo oni mnie mają?” – oto typowa reakcja na typowy styl perswazji. Z jednej strony – wizja istoty, która żyje z odruchów. A z drugiej? Co z drugiej? Trzeba powiedzieć prosto: ludzie wolni. Po prostu i po ludzku wolni.
[...]
Zastanawiam się, czy ja muszę odpowiadać na to pytanie… Wszak nieporadność moich braci-przeciwników to moja szansa. Wobec tego mówię: znakomicie, panowie, znakomicie, oby tak dalej!”

Tyle Gazdo z Łopusznej. Ja się dołączam.
Jad.

PARAFRAZA Z TISCHNERA. NOTA SPOD SAMIUŚKICH TATER.

Będąc w urlopowych tatrzańskich ostępach, natrafiłem na fragment „Etyki Solidarności” Józefa Tischnera, który poddałem eksperymentalnemu zabiegowi parafrazy poprzez term-shifting i po tym wydał mi się co najmniej zabawny o ile nie celny i wiele rozjaśniający z myśli moich dotyczących literatury i życia literackiego oraz spraw około literackich. Poniżej pozwalam sobie fragmenty myśli ks. Józefa Tischnera przytoczyć, tutaj zaś nadmienię jedynie, że ów podmieniający zabieg polegał na zamianie słowa „nauka” i pochodnych na słowo „literatura” i pochodne. Ponieważ nie jest to cytat, ale parafraza pomijam również zaznaczanie niektórych skrótów poczynionych w oryginalnym wywodzie i poddaję ten fragment uwadze.

1588.jpg

„Uprawiając literaturę, uprawiamy wielostronny dialog z innymi ludźmi. Dwie płaszczyzny owego dialogu wydają się istotne – jedną określa słówko „dla”, inna słówko „z”. Literaturę uprawiamy dla kogoś i z kimś. W dzisiejszych jednak czasach sprawy literatury niezmiernie się komplikują. Dlatego musimy do wymienionych dwóch płaszczyzn spotkań z człowiekiem dodać płaszczyznę trzecią – relację z „organizatorem” życia literackiego. Organizator nie jest ani mistrzem ani uczniem, mimo to wpływa on na życie literatury, decydując o jej organizacji o środkach materialnych, a niekiedy o celach badań literackich. Literatura potrzebuje organizatorów, chociaż okoliczność ta wiąże się pewnymi niebezpieczeństwami dla literatury.
Zogniskujmy naszą uwagę przede wszystkim na niebezpieczeństwie płynącym z działalności organizatora literatury. Postawmy kluczowe pytanie: na czym polega wyzysk literatury szczególnie od strony jej organizatorów? Pytając tak, nie wykluczamy istnienia także na innych płaszczyznach literackiego dialogu. Sprawa organizatora wydaje się jednak bardziej aktualna i trudniejsza do ujęcia.
[…]
Zdarza się, że do roli mistrza w literaturze uzurpuje sobie prawo sam organizator literatury. Ma on w swych rekach siły stojące na zewnątrz literatury: obietnicę zaszczytów, groźbę utraty stanowiska i warsztatu pracy literackiej, ma pieniądze na literaturę i życie. Z jakichś powodów nie wystarcza mu zewnętrzne rządzenie literaturą, pragnie również władzy wewnętrznej. Jego celem jest najczęściej poddanie literatury pod władze ideologii, która sam reprezentuje. Aby osiągnąć cel w miarę niespostrzeżenie, podszywa się pod postać „mistrza”, działając jednak bardziej przemocą niż perswazją. Zaczyna narzucać literaturze własne metody, dyktować pytania i odpowiedzi, określać kierunki.
Moralny wyzysk literatury przybiera tutaj postać „ucisku literatury”. Literatura jakby dusi się w ciasnym pomieszczeniu. Szczególnie ostro odczuwa to sam literat.
[…]
Odbiorcą owocu literatury jest również jej organizator. Zdarza się, że to właśnie jemu chodzić będzie o to, by literatura owocowała takimi osiągnięciami, które potwierdzają jego władzę. Organizator czyni z siebie właściciela literatury – kupuje ją, jak się kupuje kapelusze. Wprawdzie nie wpływa on bezpośrednio na produkcje kapeluszy, le odpowiednio przebiera w gotowych. Sam decyduje o zastosowaniach technicznych, o publikacjach, o reklamie. Szuka jedynie takich dzieł, które usprawiedliwiają jego interesy. Jego entuzjazm dla owoców literatury jest z góry określony.
Tutaj mamy do czynienia z moralnym wyzyskiem ludzi literatury. Wyzysk ten przybiera postać „nadużycia literatury”. Nadużycie to jak wiemy, niedobre użycie tego, co dobre. Zaczyna się ono od zafałszowania pierwotnego obrazu owoców literatury. Bierze się część i części tej nadaje się charakter czegoś absolutnego.”

Tyle term-shifting na bazie tekstu Tischnera z roku 1980. Mam silne poczucie, że niezależnie od drobnych śmiesznostek, nietrafionych wszędzie stuprocentowo analogii (literatura potrzebuje na przykład nieporównanie mniej pieniędzy niż nauka, dorozumiana najczęściej jako badania podstawowe nauk ścisłych) mam, powiadam, poczucie, że tekst ten dotyka bardzo celnie rzeczywistości naszego życia literackiego. Zarazem tenże problem jest spychany na bok – zapewne w szczytnych intencjach, izby się skupiać na tym co tanowi hard core literatury. Tyle, że na ten hard core ma wpływ coraz częściej ten, którego Tischner nazywa „organizatorem”. Proszę zatem ten eksperyment traktować jako mój suplement do sporu o rożne fikimiki nagrodowe, nominałowe.
Pazdar

Jad

PO UPADKU AUSWEISSÓW EKLIPTYKI TERAZ MIKI.

W styczniu Ausweiss Ekliptyki dostał Słabomir Skuty a Jadosław dowiaduje się właśnie, że obecnie w przedbiegach do nagrody literackiej Miki, po miesiącach czekania aby wszyscy zasiadacze w Kapitelu mogli poczytać co potrza, ogłoszono siedmiu Filatelistów, którzy zawalczą o Mikę (przedzielająca okładki kondensatora tej samej grubości), a oto owi ostateczni Filateliści z Miki:
1. „My z Jedwabnego” Anna Bikont, Wydawca: Prószyński i S-ka
2. „Wyjątkowo długa linia” Hanna Krall, Wydawca: Wydawnictwo a5
3. „Podróże z Herodotem” Ryszard Kapuściński, Wydawca: Znak
4. „Goldi” Ewa Kuryluk, Wydawca: Twój Styl
5. „Jadąc do Babadag” Andrzej Stasiuk, Wydawca: Czarne
6. „Cała w piachu” Dariusz Suska, Wydawca: Czarne
7. „Wyjście” Tadeusz Różewicz, Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie.

Pięc razy reportaż, dwa razy wiersze najszcersze oraz wielkie zasługi. Szkoda, że z takim kluczem pojechała w pole zbierać owoce morza Kapustuła Orderu Miki, wielka szkoda oktawia. Lista nominałów była o wiele ciekawsza.
A wyszło , niestety, jak zwykle

Jad

SŁUCHAJĄC LEGALA 11. 1944 REPRYZA.

No cóż, kiedy to był ten podniosły 1 sierpnia? Teraz jest drugi września, zatem został jeszcze równy miesiąc. I ciekawe czy ktoś będzie w jakikolwiek sposób obchodził upadek Powstania Warszawskiego? Takie Zaduszki, przed Zaduszkami. Tymczasem będąc przy okazji bycia na manifestacjach zaopatrzywszy się w Muzeum PW w płyty i te płyty już przesłuchawszy.

18_06_05_18.jpg[fot. www.laoche.art.pl]

Pierwsza płyta to singiel „czerniaków” wyprodukowany na 61 rocznicę Powstania Warszawskiego przez „Lao Che” który zawiera cztery utwory – tytułowy „Czerniaków” w skrajnie innej wersji niż ta melorecytowana na płycie, „Groźbę” do słów Jana Romockiego ps. „Bonawentura”, „Astrologa” z pierwszej płyty „Lao Che” oraz siekankę „Ludzie wschodu”. Z tych czterech utworów, ten ostatni najmniej przekonuje i nie za bardzo wiadomo ku czemu i po co zespół go umieścił na płycie. Może dlatego, że była taka ścieżka w rozporządzeniu? „Astrolog” to haczyk dla tych, którzy nie słyszeli pierwszej płyty „Lao Che” czyli „Guseł” aczkolwiek można do złudzenia uznać, że to jakiś kasandryczny fragment płyty „Powstanie Warszawskie”. Najlepiej na pewno brzmią „Groźba”, która na płycie powinna wejść niejako w środek utworu „1939/przed burzą” i „Czerniaków”, który chociaż jako samodzielny utwór broni się znacznie lepiej niż ten znany z albumu, ale klimatem nie pasowałby chyba do konceptu. Wszak na płycie „Czerniaków” jest utworem pozbawionym niemal melodyki, tylko zakłócenia na wszystkich liniach, lamentacja w tle i melorecytacja z trudem przebijająca się na plan pierwszy jakby szept rannego. Akcent emocjonalny w oryginale położony jest na bezradność, poczucie beznadziei, zmierzchu. Tymczasem „czerniaków” z singla to utrzymana w rytmie reggae ironia, cynizm, gorycz na granicy szyderstwa. W samplach pojawia się znowu Sikorski, ale także cytaty z Bułata Okudżawy („Prastitie piechocie, szto tak nierozumna bywajet’ ana”). „Groźba” pokazuje – słuchana dzisiaj w aranżacji „Lao Che” – oblicze El Che, to znaczy brzmi niemal jak manifest młodych lewaków. W sumie jak za 5 złotych polskich kilkanaście minut porządnej muzyki. Komu się podobało „Powstanie Warszawskie” powinien sobie sprawić i singiel.

wolnosc-w-sierpniu1.jpg

Druga rzecz była droższa, bo była to płyta Tomasza Stańki do ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego pod tytułem „wolność w sierpniu”. Niestety odsłuchałem kilka razy i mam nieustające poczucie, że entuzjastyczne recenzje pozostają mocno przesłodzone. Płyta wydaje się być pozbawiona wyrazu, szczególnie gdy zna się ostatnie solowe dokonania Mistrza („Suspended night” niechże tutaj zajaśnieje!). Owszem, gra Stańko, nie ma żadnych wątpliwości, ale płyta w zasadzie mogłaby się nazywać jakkolwiek, na przykład „ptaszki w marcu”, albo „deszcze w grudniu”. Pomimo wysiłku i dobrej woli oraz nieskrywanej atencji dla Mistrza, po wielokrotnym odsłuchaniu ucho ześlizguje się z ładnych, eleganckich, układnych fraz i nie zostaje nic, albo prawie nic.

Nie zmienia to faktu, że samo MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO warto odwiedzić nie tylko ze względu na naprawdę tanie okazje w księgarence tej instytucji, ale dlatego, że to jedno z ciekawszych i lepiej zorganizowanych muzeów. Szczególnie obelisk żeliwny w centrum budynku głównego, który wypełnia wszystkie sale, wszystkie miejsca biciem serca… Jeszcze …. Nie zginęła, póki my …

Jurod