Archiwum dla Lipiec, 2005

GRODNO. WARSZAWA …

Myslałem, że do pierwszych dni sierpnia nic, ale jednak jest jedna sprawa, która jak uznałem powinna się znaleźć na tym blogu.
TOK FM 28-07-2005, ostatnia aktualizacja 28-07-2005 13:25

Działacze Związku Polaków na Białorusi będą teraz potrzebowali pomocy prawnej w związku z szykanami ze strony władz białoruskich. Organizacją tej pomocy zajmie się Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Oto numer konta, na które można wpłacać pieniądze:
HELSIŃSKA FUNDACJA PRAW CZŁOWIEKA
PKO BP S.A. I o/Centrum 58 1020 1013 0000 0502 0002 9165

tytuł wpłaty: Polakom na Białorusi

To pewny adres, pewni ludzie.

DECYZJA – ZACZYNAĆ.

ŻONA MÓWI DO MĘŻA

Nie pójdziesz z nimi, tam śmierć.
Nie puszczę cię na śmierć.
Niech wszyscy idą, nie pójdziesz,
niech wszyscy umrą, nie pójdziesz.

Nie patrz tak na mnie
tymi oczami.
Ja mam prawo. Ja walczę
o swoje życie. Nawet pies
ma prawo walczyć o życie.

Nie odpychaj mnie,
nie szarp drzwi.
Nie pójdziesz, nie pójdziesz, nie pójdziesz.
Niech wszyscy umrą,
nie pójdziesz.
Do nóg ci padnę,
nie pójdziesz.

Zabij mnie,
nie przejdziesz przez ten próg.

Anna Świrszczyńska
(z tomu „Budowałam Barykadę”)

Widzisz tylko fragment, jak przez wziernik aparat z kiepsko ustawioną ogniskową, zapaskudzony sadzą obiektyw (Warszawa już płonie od jakiegoś czasu). Słyszysz ten monolog jak zza ściany (To nie u mnie, to u sąsiadów – myślisz nikczemnie, egocentrycznie, po ludzku). Doświadczasz tej sceny pomiędzy dziesiątkami wyszarpanych z pejzażu płonącego miasta obrazów. Układają się w coś na kształt kroniki filmowej: zdjęcia kręcone z ręki; brak montażu; nie do końca udźwiękowione, epizody zawisłe w próżni. Żadnego szerszego oglądu, który pozostawiony jest domysłowi, wyobraźni. Dopiero przy tym wierszu zacząłeś dostrzegać, że w chaosie jest metoda na oddanie pojedynczego losu; pokazanie, że to nie były tylko linie na mapach, zakreskowane obszary w kolejnym wydaniu historycznej monografii Powstania, strzałki, krzyżyki. Wstrząsnąć Tobą jeszcze raz – o to chodzi. To nie barykada – to krzesło z czyjegoś domu, to tramwaj, którym ktoś jeździł na randki. Dlatego mówi się bez upiększenia, dbałości o wyższe rejestry. I stąd ta nagła ludzkość wyzierająca z pozornie niedbałego obrazu, porażająca w zderzeniu z obowiązująca hagiografią, która – nie Tobie oceniać – zawiera zapewne znaczną część prawdy, ale nie całą. Nie wszystkie kobiety były Barbarami, żonami Krzysztofów Kamilów, nie wszystkie przypominały tę smutną postać z obrazu Grottgera, przypinająca mężczyźnie kokardę do munduru powstańca.
Poetycka notatka, składa się głównie z powtarzającego się zaklęcia „nie pójdziesz”, niby to mającego postać zdania rozkazująco-zakazującego a w gruncie rzeczy – będącego skowytem. Skowytem który jest próbą zatrzymania kołowrotu zła, próbą równie beznadziejną jak ta – ledwie zasugerowana – dokonująca się za oknem (oknem sutereny? mieszkania na piętrze jeszcze stojącej kamienicy? domku na Czerniakowie? Willi na Żoliborzu?). Jego oczy mówią wszystko, chociaż ma zaciśnięte usta. Tylko człowiek, który podjął decyzję tak patrzy. Wiesz, chociaż nikt tego nie powie, że On nie zostanie przy niej tylko dlatego, że tam, za oknem, giną ludzie. On właśnie, dlatego musi wyjść, jeżeli chce jeszcze kiedyś móc spokojnie spojrzeć w lustro. Ona, musi go zatrzymać, bo wiedząc, że mogła go ocalić od śmierci a nie spróbowała, nie będzie mogła spojrzeć w lustro. W rozdarciu zapomniała, że do zatrzymania używa tego argumentu, który nakazuje jemu wyjść i z butelką z benzyną stanąć na ubitej ziemi przeciw czołgom. Czołgi niosą koniec jego świata, dlatego chce je zatrzymać. Dla niej końcem świata jest śmierć ukochanego mężczyzny. I oto już widać, że żyjąc na tej samej planecie, w tym samym czasie znaleźli się na dwóch biegunach tej samej sytuacji granicznej – sytuacji walki, która jest wieczna, niezmienna, gdy chodzi o jej naturę, nieprzenikalna dla człowieka, jak poucza Jaspers. Można w zetknięciu z nią wywieść to, co człowiecze z siebie. On, nieobecny już w wierszu, już jedną noga na ulicy, musi wyjść, bo nie każde życie jest warte by je zachować, tylko życie godne. Ona zasłania sobą cały kadr, chociaż kurczy się do rozmiarów psa, ludzkiego bluszczu przy nogach, wreszcie części progu, drzwi. Stoi na drodze, bo nie każde życie jest warte by je przeżywać, tylko życie oparte o miłość drugiego człowieka, która potrafi znieść każde upokorzenie i jest ponad wszystko, nawet tę wojnę, którą nie oni przecież wymyślili.
I bez znaczenia staje się finał tej sceny, której świadkiem się stałeś. Pewne rzeczy trzeba umieć przyjąć, bo nie mają, dobrego rozwiązania. Nie mają go w ogóle. Ten dramat jest bezczasowy, bezpłciowy, bezosobowy, o tyle, że wchłania czasy, osoby, miejsca, używa ich i toczy się dalej. I nie ma żadnej pewności, że służy ustanawianiu jakiegokolwiek porządku, że jest jakaś władza nad tym obłędem. I zostaje Ci widok tych dwojga zwartych w klinczu w drzwiach. Czy zatem wrażenie, że spod tego obrazu w drzwiach przebija coś ponad chaos, jest tylko infantylna iluzją, choroba wyobraźni uśpionej poprzez zobiektywizowane prace historyczne, filmy dokumentalne?
Zostaw ich tam. Zostaw już. Nawet jeżeli to nie jest naiwna iluzja – to i tak trudne jest do zniesienia cokolwiek więcej ponad prawdę tych dwojga. Zostaw ich czyli pozwól im przejść przez inne drzwi. W Tobie.

JUŻ W SIERPNIU. HALF- SELF- LANS.

mini_raj.JPG

Więcej o książce po naduśnięciu tego linka

Książka będzie oczywiście dość trudno dostępna. Szczegóły wkrótce.

Jad

EPITAFIUM DLA WŁODZIMIERZA WYSOCKIEGO

To moja droga z piekła do piekła,
w dół na złamanie karku gnam.
Nikt mnie nie trzyma, nikt nie prześwietla;
nie zrywa mostów, nie stawia bram.

Po grani! Po grani!
Nad przepaścią bez łańcuchów, bez wahania!
Tu na trzeźwo diabli wezmą,
zdradzi mnie rozsądek – drań
W wilczy dół wspomnienia zmienią ostrą grań!

Po grani! Po grani! Po grani!
Tu mi drogi nie zastąpią pokonani
Tylko łapią mnie za nogi,
Krzyczą – nie idź! Krzyczą – stań
Ci, co w pół stanęli drogi
I zębami, pazurami kruszą grań

To moja droga z piekła do piekła
W przepaść na łeb na szyję skok
„Boskiej Komedii” nowy przekład
I w pierwszy krąg piekła mój pierwszy krok

Tu do mnie, tu do mnie -
Ruda chwyta mnie dziewczyna swymi dłońmi
I do końskiej grzywy wiąże
Szarpię grzywę – rumak rży,
Ona – co ci jest mój książę? – Szepce mi

Do piekła! Do piekła! Do piekła!
Nie mam czasu na przejażdżki wiedźmo wściekła!
- Nie wiesz ty co cię tam czeka -
Mówi sine tocząc łzy
- Piekło też jest dla człowieka,
nie strasz, nie kuś i odchodząc zabierz sny.

To moja droga z piekła do piekła
Wokół postaci bladych tłok
Koń mnie nad nimi unosi z lekka
I w drugi krąg kieruje krok

Zesłani! Zesłani! Naznaczeni, potępieni i sprzedani!
Co robicie w piekła sztolniach
Brodząc w błocie, depcząc lód?
Czy śmierć daje ludzi wolnych
Znów pod knut!?

- To nie tak! To nie tak! To nie tak!
Nie użalaj się nad nami – tyś poeta.
Myśmy raju znieść nie mogli
Tu nasz żywioł, tu nasz dom,
Tu nie wejdą ludzie podli
Tutaj żaden nas nie zdziesiątkuje grom

- Pani bagien, mokradeł i śnieżnych pól,
Rozpal w łaźni kamienie na biel
Z ciał rozgrzanych niech się wytopi ból
Tatuaże weźmiemy na cel
Bo na sercu, po lewej, tam Stalin drży,
Pot zalewa mu oczy i wąs
Jego profil specjalnie tam kłuli my
Żeby słyszał jak serca się rwą

To moja droga z piekła do piekła
Lampy naftowe wabią wzrok
Podmiejska chata, mała izdebka
I w trzeci krąg kieruję krok:

- Wchodź śmiało! Wchodź śmiało!
Nie wiem jak ci trafić tutaj się udało
Ot jak raz samowar kipi, pij herbatę
Synu, pij
Samogonu z nami wypij, zdrowy żyj

Nam znośnie! Nam znośnie!
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie
Pożyjemy i pomrzemy
nie usłyszy o nas świat
A po śmierci wypijemy
za przeżytych w dobrej wierze parę lat

To moja droga z piekła do piekła
Miasto a w Mieście przy bloku blok
Wciągam powietrze i chwiejny z lekka
Już w czwarty krąg kieruję krok

Do cyrku! Do cyrku! Do kina!
Telewizor włączyć – bajka się zaczyna
Mama w sklepie, tata w barze
Syn z pepeszy tnie aż gra
Na pionierskiej chuście marzeń
Gwiazdę ma

Na mecze! Na mecze! Na wiece!
Swoje znać, nie rzucać w oczy się bezpiece
Sąsiad – owszem, wypić można
Lecz to sąsiad, brat – to brat.
Jak świat światem do ostrożnych
Zwykł należeć i uśmiechać się ten świat

To moja droga z piekła do piekła
Na scenie Hamlet, skłuty bok
Z którego właśnie krew wyciekła -
To w piąty krąg kolejny krok

O Matko! O Matko!
Jakże mogłaś jemu sprzedać się tak łatwo
Wszak on męża twego zabił
Zgładzi mnie, splugawi tron
Zniszczy Danię, lud ograbi
Bijcie w dzwon!

Na trwogę! Na trwogę! Na trwogę!
Nie wybieraj między żądzą swą a Bogiem!
Póki czas naprawić błędy Matko, nie rób tego – stój!
Cenzor z dziewiątego rzędu:
- Nie, w tej formie to nie może wcale pójść

To moja droga z piekła do piekła
Wódka i piwo, koniak, grog,
Najlepszych z nas ostatnia Mekka
I w szósty krąg kolejny krok

Na górze! Na górze! Na górze!
Chciałoby się żyć najpełniej i najdłużej
O to warto się postarać, to jest nałóg, zrozum to,
Tam się żyje jak za cara, I ot co!

Na dole, na dole, na dole
Szklanka wódki i razowy chleb na stole.
I my wszyscy tam – i tutaj
Tłum rozdartych dusz na pół,
Po huśtawce mdłość i smutek
Choćbyś nawet co dzień walił głową w stół.

To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok

Tam milczą i siedzą
I na moją twarz nie spojrzą – wszystko wiedzą
Siedzą, ale nie gadają
Mętny wzrok spod powiek lśni
Żują coś, bo im wypadły
Dawno kły.

Więc stoję! Więc stoję! Więc stoję!
A przed nimi leży w teczce życie moje
Nie czytają, nie pytają -
Milczą, siedzą – kaszle ktoś,
A za oknem werble grają -
Znów parada, święto albo jeszcze coś…

I pojąłem co chcą ze mną zrobić tu
I za gardło porywa mnie strach
Koń mój zniknął a wy siedmiu kręgów tłum
Macie w uszach i w oczach piach
Po mnie nikt nie wyciągnie okrutnych rąk
Mnie nie będą katować i strzyc
Dla mnie mają tu jeszcze ósmy krąg
Ósmy krąg, w którym nie ma już nic.

Pamiętajcie wy o mnie co sił! Co sił!
Choć przemknąłem przed wami jak cień
Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył -
Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień.

Jacek Kaczmarski
1980
Włodzimierz Wysocki (wł. Владимир Высоцкий, Władimir Wysockij) (ur. 25 stycznia
1938 – zm. 25 lipca 1980
)

SŁUCHAJĄC LEGALA 10. ŚWINIA W PUSZCE.

Posłuchajcie moi mili o tym jak blues powstał z martwych wydawałoby się już wykonań i dał z siebie głos ze wszechmiar nowoczesny. Stało się to w Kalifornii trzy lata temu, w wytwórni o nic do tej pory nie mówiącej mi nazwie „ Fedora”. Panowie Harmonica Slim, John Wilson oraz Chris Millar, Riley Riggins wraz ze spora grupą sidemanów nagrali dwa albumy, jeden lepszy od drugiego sygnując je nazwą zespołu PIG IN A CAN.

8002.jpg

To płyty jakie należało wymyślić, mieszanka brzmień elektronicznych, midi, loop i może i czasem techno (nie znam się na tej tłuczni) z oryginalnymi kawałka mi starego bluesa jakby wyrwanego z korzeniami z Delty Mississipi. Harmonica Slim brzmi momentami jak John Lee Hooker, mrukliwie i medytacyjnie, momentami jak Lightin’ Hopkins, Howlin’ Wolf – agresywnie i z chrypą od której wypadają płuca („Slow down train”, „Coal Balck Mare”). Podkłady jak wspomniałem – niby plastikowe, syntetyczne, ale na tym tle chropawe, siarczane brzmienia gitary, mięsiste harmonijki (mikrofon hohnera ressurexit?). Podkłady rytmiczne czasem wpadają w funky, momentami zaś w zupełnie niespotykane rejestry – kiedy w tle „Lester Parker’s Farm” – na pierwszej płycie brzmi… kwartet smyczkowy.

8001.jpg

Powiedzieć bowiem, że to techno-blues byłoby zbyt prostackie, Nu Blooz kojarzy się za mocno z Nu Metalem, chociaż jest zapewne coś na rzeczy w tych porównaniach. Coś, czyli tęsknota za utraconą niewinnością, autentycznością i świeżością grania. Potrzeba zachowania Ducha Wie lkiej Delty z której wód narodził się blues a kiedy pękła tama ( mury ghetta czarnych) – także i rock. Czy „Pig In A Can” stanie się rzeczywiście nową perspektywą bluesa, zespołem pionierskim, czy tylko eksperymentalnym, znanym z dwóch-trzech udanych, niszowych albumów – tego nikt nie wie. Na razie jest to jedyne w swoim rodzaju połączenie futurystyczno-prymitywistyczne. Neo-progress-delta-blues. Miłośnicy etykietek do dzieła – Świnia w Puszce czeka!
Po naciśnięciu tego linka, można sobie nawet posłuchać tego i owego. Jak pogmeraci e w merlinie, to znajdziecie i płyty o jakich była mowa.
Pazdar.
Jad.

Z NOTATEK RUSOFILA 7/SŁCUHAJĄC LEGALA 9. HOROŃKO ORCHESTRY. REPRYZA.

Wiosną z Lemur byli my na koncercie w ramach OPPA we Wrocławiu, który był świętem każdego początkującego Rusofila w okolicy jiż grał Horońko Orchestr, zespół zza barchanowej kurtyny. Wtedy też za 20 PLN zakupili my płytę „Strasznyje Pijesni” i to nawet niespecjalnie nie licząc się z kasą, której nie było.

album-strashnie-pesni.gif

Wiedziałem, że przyjdzie czas na powrót. Ze napisać cos po koncercie to mało, bo Horońko to chudzina, ale by sparafrazować Poetę Gabryela: w jego ciele mieszka wielu, a wygląda tak:

xo_1094038493.jpg

Gdybym miał szukać analogii do tego co wyprawia ze znanymi sobie motywami muzycznymi Horońko i jego muzykanty, to powiedziałbym że to Dave Matthews Band. O ile jednak Dave Matthews wedruje po tym co jemu bliskie, więc po folku i rocku – Horońko ma inne inklinacje bo inny kraj i w innej kulturze wychowany. Na albumie w jedenastu kompozycjach
Słychać bluesa, jazz (np. “Take Five”), cytaty z musicali („New York, New York”, “Jesus Christ Superstar”). Spoiwem jest instrumentarium swojskie, słowiańskie – sekcja dęta z saksofonem i klarnetem (smaczki dixielandowe), akordeon (smaczki biesiadne), gitara (raz rockowa, raz w stylu a’la D’Jango Reinhardt, raz a’la Lee Ritenour). Na tym tle Dimitrij może sobie na wiele pozwolić, w tym także na wokalizy od pijackiego zawodzenia jakby z Tomem Waitsem burbon razem chlał, po podrabianie brzmienia perkusji na krtani w stylu McFerrina.
Są zespoły lepiej wypadające na żywo niż w studiu, są takie które znakomicie wypadają na scenie a źle w studio. Horońko dobrze wypada i w studio i na scenie. Po pół roku słuchając jego płyty, ciągle wracam pamięcią do tamtego koncertu, w czasie którego wrocławska publika pokazała znowu że jest jedną z najgorszych na świecie. Ona potrafi na koncercie muzyki dawnej czy chórów cerkiewnych klaskac bez opamiętania a na koncercie Horońki siedzieć sztywno jak w filharmonii. Ale mniejsza z tym
KILKAJĄC TUTAJ można wejść na stronę Horońki, co jest polecane. Tamże muzyka klipy, zdjęcia co kto chce.
Pazdar.
Jad.

DZIECI TARZANA.

Zatem o tle prozatorskim Masłowskiej, proszę bardzo. Bo czytam. Najpierw imienniczka Masłoskiej – Dorota Szczepańska, „Zakazane po legalu”, ideowa siostra Jana Sowy, piewczyni zalegalizowania wszelkich dragów oraz wolnego ruchania. Kto się z autorka nie zgadza w paru miejscach książki może odnieść słowa o pierdolonych nazistach, jebanych faszystach, zakłamanych hipokrytach którym chuj w dupę do siebie.

zakazanepolegalu.jpg

Książka nudna jak flaki z olejem a jedynym jej motorem są kolejne imprezy, z udziałem coraz to kolejnych didżejów i coraz bardziej rozegzaltowane monologi autorki, ops, przepraszam, narratorki. Niby jest jakaś próba kreowania swoistego, clubbingowego języka, ale – uwaga, ja Pietrucha to mówię – w porównaniu do Masłoskiej zabiegi to żałosne i żenujące. Nadto ta książka jest koronnym dowodem na to że narkotyki tak miękkie jak i twarde są jednak – wbrew temu co twierdzi autorka, ops, przepraszam, narratorka. Bo że autorka bierze to wiemy, jiż przyznała się w jakimś wywiadzie i została pozbawiona możliwości zarobkowania poprzez pracę z młodzieżą w ramach placówki edukacyjnej uczącej języków (dyrektorowi placówki się dziwimy, zrozumiały krok). Zatem narkotyki szkodzą, i to czuć po tej książce, z mózgu siano, kłopoty z poprawnym rozumowaniem i śmieszne błędy, błądki wręcz. Na przykład pomstowanie na zakup czterdziestu siedmiu samolotów przez Państwo Polskie. Autorko, przeczytaj chociaż dokładnie gazety, zanim zaczniesz pisać. Niby meritum tego bełkotu to nie zmienia, ale ośmiesza dodatkowo.

83-87391-75-1.jpg

Za to spójrzmy na młodego Mirosława Nahacza, rocznik 1984, autora wydanej pod tytułem „osiem cztery”. Entuzjastyczne zdanka o tej powieści wygłosił sam Andrzej Stasiuk, Cezary Polak, Janusz Drzewucki. Ma Nahacz plusa za jedno, że pali trawę, ale nie wciąga kresek, tylko wcina posłusznie naturalne grzybki i zapija to wszystko swojskimi alkoholami a do używania tych lub innych używek nie dorabia słomianej ideologii. Napisane też spokojniej trochę bardziej znośnym stylem, tak że nawet bluzgi jakoś uchodzą. Tylko niewiele z tego pisania wynika, kilka płaskich jak stół refleksji pseudo-pokoleniowych wygłoszonych wcześniej setki razy a cała narracja zamyka się w ramach jednej pijacko-grzybiarskiej imprezy. Bez poczucia humoru, bez pomysłu, bez żadnej sprężyny. Nuda jak w polskim kinie. Niby cos tam przy finale się mąci, ale wydaje się , że przy finale to ksiązka w zasadzie mogłaby się rozpocząć, bo tam zaczyna się jakaś intryga, zaczyna czytelnika wciągać. Ale tu Mirosław Nahacz opuszcza bezradnie ręce i mówi zza kadra „eee, nie chce mi się”. Gdybym wiedział, że to będzie takie nic, to bym też zawczasu powiedział, że łeeeeee, dzięki, pójdę na imprezę zamiast o niej czytać.

fo_okladka_varga_tequila

No i ostatnia ze współczesnych kontrkulturówek – „Tequila” Krzysztofa Vargi budzi najwięcej pozytywnych uczuć. Tutaj również strasznie męczycielskie próby podrabiania słowotoku, slangu i próba sportretowania światka szczęściarzy którym się udało (bo jak mówi bohater Vargi – wszyscy jesteśmy zajebiście do przodu) – także niezależny zespół, indipendentny jest do przodu, chociaż o godność i swój imydż trza dbać. Miejscami monolog to komiczny, miejscami tragiczny co jednak należy zapisać na plus Vardze da się z niego odtworzyć jakieś szczątkowe postaci, które maja jakieś właściwości i cechy charakterystyczne. Nadto bohater Vargi zachowuje do opisywanych zdarzeń dystans, jest lekko cyniczny i to sprawia że staje się znośny. No i najważniejsze – pije głownie piwo, ma zasadę że najlepiej sama wódka bez domieszek.

83-87859-35-4.jpg

W każdej z tych książek jest coś, ale każda cierpi na rozliczne niedowłady. Varga jest najsprawniejszy ale za nim przemawia wiek i doświadczenie. Na jego przykładzie widać, że w prozie obok talentu przydaje się jeszcze wiele innych przymiotów. Zasadniczo wszystkie (i nie tylko te książki) czyta się jak słabiutkie echa, próby literackiego przetworzenia kultowego Tarzana Michalewskiego „Mistyków i Narkomanów”, która to książka uchodzi za kultową w pewnych kręgach a raczej nie odbiła się szerszym echem ani przy swoim pierwszym wydaniu ani w przy reedycji w roku 2000. Zamiast czytać nowelki silące się na koń-trkulturowymi powieścami, pisane jednak z pozycji zbalozwania (za wyjątkiem Vargi, któremu podziękowanie za to że jego książka daje się czytać, że wchodzi w ogóle) – lepiej sięgnąć do Tarzana. Tam jest i fabuła i liczne intrygi a nade wszystko autentyk tamtej Polski i undegroundu lat 70-tych, którego z całym szacunkiem ani Nahacz, ani Varga ani tym bardziej Szczepańska znać nie mogą. I nie wiedzą, że to o czym piszą już było. Nawet jeżeli wydaje im się że nie.
Tarzana polecam
Varge umiarkowanie
Reszta – do kosza.
Jad

WIELE KRZYKU O NIC. MASŁOSKA PO TRZECH LATACH

„jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło tak wiele dla tak wielu” – myśle sobie o Pawle Duninie Wąsowiczu, Marcinie Świetlickim i Jerzym Pilchu, których – chyba słusznie – uważam za współtatusiów sukcesu Doroty Masłoskiej. Tak niewielu wmówiło tak wiele tak wielu.
Po trzech latach od głośnego debiutu zadałem sobie trud i przeczytałem „Wojnę polsko-ruską pod flaga biało czerwoną”. Akurat pokazała się nowa książka Masłoskiej, reklamowana jako druga książka autorki głośnej „Wojny polsko-ruskiej” więc warto było sobie zadać pytanie co to ta głośna wojna jest. I dlaczego ona była głośna. Od razu wyjaśniam, że po przeczytaniu książki kompletnie nie wiem dlaczego ta książka była głośna, ale jednak jest nieco lepiej napisana od „Zwału” S.Shutego, który tez nie wiadomo dlaczego zrobił się głośny. Shutego uniosło ideolo, chociaż lipne, łatwe do sfalsyfikowania i zdemaskowania. Masłoską niewątpliwie uniósł eksperyment językowy. No w każdym razie coś co okrzyknięto eksperymentem językowym a zarazem sportretowaniem jakiejś tam generacji, jakiejś tam Polski widzianej oczami tej generacji. Istny festiwal nieporozumień i blagi.

64883.JPG

Po pierwsze to co zrobiła Masłoska to nawet dla laika żaden eksperyment nie jest, tylko dosć powszechnie stosowany chwyt. Kto nie wierzy, niech sięgnie chociażby w zakurzoną, napisana językiem polskim książkę Wiesława Myśliwskiego „Kamień na kamieniu”.

83-7200-349-1.jpg

Tamże jest zastosowany dokładnie ten sam chwyt, udawanie języka podmiotu z punktu widzenia którego piszę się akcja i tło. Tyle, że u Myśliwskiego wiadomo skąd ten język i czemuś służy, coś opisuje bo tęskni. U Masłoskiej z grubsza rzecz biorąc nie ma nic. Figury pozostają nieograne. Aktorzy przewracają się po scenie, pija, pakują amfę, kreski, maryśki, rzygają kamieniami, gadają o wojnie polsko-ruskiej i co? I nic. A to wszystko podane bełkotem po spożyciu blekotu, bo mowa dresa to nie jest ni chuja, bo kto dresa raz na swojej drodze spotkał, ten wie że mało który dres tak mówi. Zatem język to korzystający miejscami z jakiegos slangu a miejscami umyślnie łamany przez Masłoską ale nie wiadomo po co. Masłoską, która zresztą też nie wiadomo po cholerę wprowadza się na koniec powieści (o patrzcie, patrzcie, jestem postmoderna!). Wiele krzyku o nic. Trochę etykietek i sloganów z cyklu „pierwsza polska powieść dresiarska” – cokolwiek by to miało znaczyć. A znaczy chyba tyle co kawałek ekranu na jakim jarzy się ten tekst. Czyli niewiele. Ja tam widzę, że Edi800 miałby wielkie szanse w polskiej prozie. Edi800 i Tarzan Michalewski.
Owszem zgodzę się że ta książka to był jakiś wykwit talentu, biorąc pod uwagę jako okoliczność łagodzącą, że napisała to osiemnastolatka. Ale chyba drugi raz do tej książki nie wrócę i będę polecał jednakowoż Normana Daviesa „Orzeł Biały i Czerwona Gwiazda”.

okl_orzelbialy.jpg

Podobna do Masłowskiej tematyka, aczkolwiek znacznie rzetelniej opracowana. Książka Daviesa napisana jest także żywym językiem, znakomicie skonstruowane postaci, szybka akcja, zaskakujące zwroty fabuły, niezwykłe zakończenie, liczne wątki poboczne (nadające się do napisania/nakręcenia sequeli). I jest jeszcze jakiś zysk poznawczy, bo można się rzeczywiście czegoś ciekawego dowiedzieć o Polsce i Rosji. A ten cały emocjonalno-zblazowany chłam, rzygowinowe ornamenciki – można sobie samemu dośpiewać jak już ktoś naprawdę musi.

SŁUCHAJĄC LEGALA 8. KARL VON DITTERSDORF. HIOB. c.a. 20 PLN [plus koszty przesyłki]

a5_jutrznia.jpg

Zapadłem ostatnio, ale usprawiedliwiam się tym, że po koncercie podupadłem znacznie na zdrowiu. Korzystając z tego że nie mogę gadać – słucham Karla Dittersa von Dittersdorf – skrzypka, kapelmistrza i nadwornego kompozytora arcybiskupa wrocławskiego hr. Schaffgotscha. Karl D.v.D. uchodził w XVIII wieku za jednego z największych konkurentów W. A. Mozarta, a za swe zasługi otrzymał nie tylko papieski order Złotej Ostrogi, ale także tytuł szlachecki. A dzięki wydawnictwu festiwalowym Vartislavia Cantans mogłem się tanio zaopatrzyć w zeszłym roku w dwupłytowy album na którym pomieszczono Oratorium „Hiob” wykonane w czasie rzeczonego festiwalu w roku 1999. Przyznam szczerze, że rok się zbierałem do tego albumu, przeczuwając najgorsze. Tymczasem okazuje się, że Karl D.v.D. napisał w 1786 bardzo ładną rzecz, stylistycznie zawieszoną po prawdzie w Baroku, ale miejscami rzeczywiście podobna do dokonań rozpoczynającego się przecież (chociaż nikt tego nie ogłosił) okresu klasycznego chociaż do lekkości i dezynwoltury Mozarta całości daleko. Pojedyncze części Oratorium rzeczywiście wyjątkowo ładne, nawet z rozmachem. Na przykład aria Ismaela „Giorno orrendo”, Aria „Quanto piu grave”, Aria Hioba „Sento novello guibilo”. Wydaje się że zawiodło zupełnie wykonanie w arii „No, non singanna”, ale przy czterdziestu ariach kilka potknięć zapewne musiało się trafić. Wówczas jeszcze Wrocław żył prawdziwą MUZYKĄ a nie jak teraz siuperprodukcjami opery dolnośląskiej a i Festiwal inny. No ale wiadomo – szefowa festiwalu ma ważniejsze sprawy na głowie niż sztuka. A szyldu i dobrej tradycji festiwalu starczy by się w dawnym blasku popławić czas jakiś. Tymczasem polecam serdecznie Dittersdorfa. Wydatek niewielki – bo 20 złotych a przyjemności wiele bo czterdzieści utworów na dwóch płytach i tłumaczenie libretta na polski.

Album CD Światowe prawykonanie rekonstrukcji oratorium Karla Dittersa von Dittersdorfa „Hiob” w wykonaniu: Chóru Kameralnego „Rheinische Kantorei”, Orkiestry Barokowej „Das Kleine Konzert”, Markus’a Schafer’a, Simone’a Kermes’a, Beat’y Duddeck, Bernhard’a Scheffel’a, Ekkehard’a Abele’a, Lind’y Perillo pod dyrekcją Hermanna Maxa.
Nagranie zarejestrowane podczas 34 Międzynarodowego Festiwalu „Wratislavia Cantans” w Katedrze Św. Marii Magdaleny we Wrocławiu. Można tę płytę mieć po naduśnięciu tego linka.

U2 – THE MIRACLE DRUG.

DSCN1749.JPG

fot:karolajnat [forum "GW"]
Wszystkim, którzy opowiadają na netowych forach, że to było trochę jak nabożeństwo – mówię tak, chociaż zachowuję raczej większy dystans, ale w rzeczy samej, jest coś takiego. Zjeżdżali się ludzie z kraju i Europy, stali w kolejkach, koczowali na płycie stadionu, stali w strugach deszczu – a potem słuchali piosenek w tym „Miracle Drug”, którą Bono zadedykował JP2. Nie umiała tego przetłumaczyć bida, którą kolega Hewson wyciągnął na scenę bo nie umiała po angielsku. Oficjalna strona U2 przechodzi nad tym obciachem dość elegancko, podobnie jak i sam Bono. Ale zacznijmy od początku.
Najpierw bura dla agencji „Oddysey” za to w jaki sposób wynajęci przez nią funkcjonariusze traktowali ludzi którzy zapłacili za właściwą organizacje koncertu. Agencji „Oddysey” zwraca się uwagę, że jest tylko pośrednikiem a właściwym podmiotem jej działań są ludzie którzy płacą muzykom za ich pracę. Z uchybień wymienię tylko tyle, że kontrola w gruncie rzeczy była potrójna a na dobra sprawę nie wiadomo czego dotyczyła, poza tym że hamowała ruch i powodowała spiętrzenia ludzi przy bramkach wejściowych.
Supporty – czyli The Magic Numbers i The Killers znośne. Przy czym The Killers nagłośnieni byli fatalnie a grali chyba nerwowo I trochę na odwal się. Kupa sopranu, bez żadnego sensu a Gibson gitarzysty prowadzącego brzmiał jak patelnia mojej babci drapana szczotką ryżową. No i do tego te organki lidera oklejone tandetnymi lampkami i brokatami, w dodatku brzmiące jak Roland z pionierskich czasów polskiego disco (nawet nie polo). Fatal Error. I te ciotowskie kreski na oczkach i garniturek jak z wyprzedaży z las vegas. Jak zobaczyliśmy z Ka. tego gościa i jego organki to wiedzieliśmy, że będzie niedobrze.
Za to The Magic Numbers byli zupełnym przeciwieństwem The Killers, tylko muzyka jakby mało oryginalna, za to w sam raz na support, kołysząca, trochę rockowa a trochę folkowa (blue grass, country&western rulez), ekipa bezpretensjonalna, elegancko zlana deszczem w którym i myśmy stali a pod koniec nawet trochę poklaskiwali i dośpiewywali frazy bez słów.

19d.jpg

fot. jedrek@onet.pl
Potem deszcze przestał padać, chmury się podniosły i zaczęła się jazda.
Staliśmy po prawej strony sceny, jakieś 20 metrów od main stage i 10 metrów od wybiegów. Słyszalność była więcej niż dobra, chociaż chyba nadal wszystko było zbyt mocno przesopranowane mniej więcej do połowy koncertu. Potem z kolei przebasowane „Love and Peace” z nowej płyty zagrane przez Mullena z wybiegu na samych kotłach i chyba tak w przebasowaniu już zostało. No i jeszcze jedna uwaga akustyczna, że przy niektórych kawałkach Bono w ogóle nikł wokalnie przy ryku 70 tysięcy gardeł ze stadionu, i to nie tylko przy starych hitach, ale także przy nowych kawałkach z „Vertigo” – w tym np. przy refrenie „The City of Blinding Lights”. Właśnie tutaj należy się generalna uwaga, że koncertowe U2 wypada zadziwiająco świeżo i mocno. Zaskakująco dobrze bronią się nowe utwory z „Vertigo”. Na studyjnych nagraniach ginął gdzieś wigor, czułość, klimat. Ale to chyba komplement dla zespołu panów po 40-tce że wypadają lepiej na żywo niż na płycie. Prawidłowość jest odwrotna. Z ciekawostek zauważyć wypada, że The Edge na stałe chyba nauczył się grac solówki, czego dowodem wcale składne frazy w „Bullet the blue sky”. Chociaż zdecydowanie wolałem pierwotną wersję z kanciastą solówką grana na bottlenecku wraz z całym brudem, sprzęgnięciami i przegłosami w której gitara osiągała stan bliski rozsypce. No ale cóż, po tylu latach grania „Bullet The Sky” The Edge miał prawo się znudzić. Było kilka poloniców od których w tłumie lekko ściskało się gardzioło a serducho rosło. Pierwszy to rzecz jasna akcja „The Flag” odnotowana na głównej stronie U2 w czasie utworu „New Years Day”, drugi moment to kiedy Bono śpiewał „Miracle Drug” o czym już było na początku tej noty, wreszcie kiedy pod koniec koncertu wyszedł zza kulis ze zwitkiem tkaniny a okazało się że to zmięta flaga „Solidarności”. Napis Coexist który wracał kilkukrotnie w czasie koncertu na telebimie, jak się okazuje jest autorstwa Piotra Młodożeńca.

186090.jpg

Fot: bocian z forum „GW”
Tyle o polonicach a łapiących za serducho, kaznodziejskich wstawek Bono było znacznie więcej, na przykład ta, kiedy na telebimie pojawiły się po kolei artykuły Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka odczytywane dodatkowo na głos przez dziewczynę z offu (kiedy to było, po „Pride”, Czy „Bullet the blue sky”?)
Zabrakło mi utworów z „Pop” („And if god will send his angels”, „please”, „wake up dead man”, „last night on earth”) zabrakło z „October” (chociażby „Gloria”) ale zdaje sobie sprawę, że gdyby tak mieli zagrać coś fajnego z każdego albumu, to by koncert musiał trwać do rana a nie do północy.
Było lepiej niż osiem lat temu, silniejsza relacja wykonawca – publika co sie czuło, mniej efektów specjalnych, animacje utrzymane w bardziej stonowanej formie.
Warto było. Jeszcze jak warto.

186311.jpg

fot: Kaytass – forum GW
Koniec i bomba a kto nie był, temu zdjęcia na blogu.

Wciaz odzyskujący głos,
Jad.