Archiwum dla Czerwiec, 2005

NOC ŚW. JANA WALPURGA

Rok temu zdarzył sie jeden z tych wierszy, których nie trzeba wymyślać bo się przyśniły. Nie ma ich wiele, ale jak juz się zdarzają, to wyglądaja jakoś tak dziwnie. Każdy ma takie sny na jakie sobie zasłużył, nie?

NOC ŚWIETEGO JANA WALPURGA KTÓRA NIE BYŁA SNEM
Jestem na nią wściekła bo miała z ciebie coś czego ja nigdy nie będę miała
Ka

groźba nadciągających preobrażeńskich pułków błyskawic,
cumulonimbusów pełnych ołowiu jak wiropłaty federacji
nad kaukazem, była realna. inaczej nie krylibyśmy się
przed nimi w trawach twardych jak umocnienia linii zygfryda,

gotowi poddać się sobie bez walki. nocą zaatakowały dybuki
wśród zgrzytu arkuszy wietrznej blachy aż wściekły azot
zapienił się w załomach dreszczy papilarnych; oszronione
modlitwy odchodziły z łopotem od linii oddechu. z nich

jak nagły wypał węgla drzewnego na puszczy wyczerniło się
proroctwo: drogą jest studnia z powietrza budowana od ziemi
ku odbiciom drzew otrzepujących się z deszczu, ku szaleństwu
ryb mieszkających w brzuchu wyrobiska po żwirowni. świtem jest
prostujące się źdźbło w miejscu odcisków po ciałach waszych,
których nikt nie miał i nie będzie mieć przed tobą.

Co za chora noc, pełna głuchych telefonów, szaleństwa rojącego się za progiem. Rok temu było tak samo. W tym roku jest podobnie jak rok temu. Ta noc nie jest snem. Nie jest snem. Nie. Nie. Nie.

PORANNY PRZYPAŁ PRASY

Jadąc rano do roboty czytałem sobie „Politykę” bo to ostatni w miarę niestabloidziały tygodnik, który miejscami daje się czytać. I tamże kolega Jot Pilch, który wygląda mniej więcej tak:

pilch.jpg

Spełnił swe pogróżki i za wypowiedzi Mariusza Sieniewicza w wywiadzie, który mozna przeczytać PO NADUSNIĘCIU TEGO LINKA, napisał o piewcy Olsztyńskie Zatorza .m.in. tak:
„Miała byc wielka zadyma, huragan i trzęsienie ziemi, a wyszły wiatry. Tak bywa, jak sie szumnie zaleca skracanie dystansu, a nie wie, jaki jest skrót od słowa pierdolnąć. Doprawdy przykra, ale wielce wymowna, trafiła się Sieniewiczowi literówka. Biednemu witr w oczy. Adorowanie nędzy ma swoje koszta.” Pomimo takiego dictum Mariusz Sieniewicz niewzruszenie wygląda tak:

DSC02625.JPG

Będzie łomot?

W tej samej „Polityce” niezbędnik inteligenta a w nim zaskakująco mądry i wyważony [wow-und-sic!] artykuł o współczesnej poezji autorstwa Katarzyny Janowskiej [wow-und-sic!] z dobranymi przez Piotra Śliwińskiego wierszami Romana Honeta, Asi Mueller, Edwarda Pasewicza, Marty Podgórnik, Krzysztofa Siwczyka i Tomasza Różyckiego. Bardzo sensownie dobrane cytaty, bez wiekszych wtop tak charakterystycznych dla dziennikarstwa próbującego się brać za hermetyczne (niewpuszczające łatwo) zjawiska. Zdaje sie że wykopana trzy lata temu kosa złości zawiśnie na ścianie tymczasowo. Pani Katarzyna (i redakcja „Polityki”) solidnie odrobiła lekcje z poezji po popisie swojego redakcyjnego kolegi Zdzisaława Pietrasika, a tymczasem miłego dnia
Jad
P.S. kumple i kolesie jeszcze spią… nie maja tak smacznego tematu, na nieszufladzie też cisza.

PROZA UMOCZONA?

Po przerwie wracam do polskiej prozy współczesnej. Tym razem w ogień poszła książka Andrzeja Horubały „Umoczeni”, nie powiem, że zainspirowała mnie do tego wysiłku wizyta w warszawskim studiu TV PLUS, (w której twarz Pietrucha niebawem się pokaże na kilka minut –emisja 24 czerwca) gdzie autor Horubała Andrzej nie za bardzo chciał przyznać blogom jakiekolwiek autonomiczne prawa jako osobnemu rodzajowi wypowiedzi artystycznej powtarzając niestety z grubsza sloganową opinię, że Internet to śmietnik. Tym bardziej głupio by Pietruch napisał coś teraz niepochlebnego o książce „Umoczeni”, bo wyjdzie że się odgrywa a nic takiego nie ma miejsca. Chodzi bowiem tylko i wyłącznie o powieść, a nie autora tudzież jego poglądy.
Nie jest dobrze z prozą, jeżeli od pierwszego rozdziału ogólny zarys fabularny staje się przewidywalny a do rozstrzygnięcia pozostają jedynie detale. Pół biedy gdyby chodziło o tzw. porze artystyczna gdzie owe detale się liczą, te opisy etażerek, ręczników, talerzyków i nocników. Jednak Horubale chodziło chyba o zupełnie inna powieść. Chodziło chyba o rzecz osadzoną w realiach politycznej, darwinistycznej dżungli, do tego aby było dramatyczniej – opisywanej od strony kulisów prawicowego sztabu wyborczego. Miała być wartka akcja, mocny seks i ostre niepokoje moralne, wreszcie niebanalne zwroty fabuły.

pd_7461.jpg

Zwroty rzeczywiście się trafiają ale dopiero przy samym końcu ksiązki i osiągają takie nasilenie na kilkunastu kartkach że stają się trochę śmieszne, mało wiarygodne. Nie mówiąc już o rozwiązaniu akcji, które wydaje się być zaczerpnięte wprost z jakiegoś amerykańskiego dreszczowca i to nie najwyższej klasy, łącznie z moralizującą ostatnia myślą księdza Pawła. Być może tak myśli człowiek zdychający w płomieniach z wyżartymi przez czad płucami, kto wie, ja nie zdychałem to nie wiem. Niepokoje moralne polityków, którzy kiedyś z bibułą i na manifestacjach a teraz jedne drugiemu wilkiem brzmią jak zaczerpnięte z gazety, wymawiane Są językiem drewnianym a co najgorsze nic nie wnoszą odkrywczego do rozważań. Zostają wypowiedziane na poziomie na jakim mniej więcej każdy przeciętny obywatelem jest w stanie je pomyśleć i tutaj następuje zatrzymanie. Nic też nie ma niezwykłego w opisach zakulisowych manipulacji politycznych, nic nowego nie ma we wspomnieniach weteranów.
Jedyna postacią która posiada jakąkolwiek głębię jest ksiądz Paweł, i nietrudno zauważyć że z jakichś względów ta postać jest autorowi najbliższa. Z drugiej strony, jak się poznało takie postaci nowej polskiej prozy jak Izajasz Anioł – trudno tego Pawła brać na poważnie.
Jakoś dziwnie „seria z żurawiem” nie wychodzi dobrze, jedyne co jak na razie w niej odbiegało od standardu słusznie zaangażowanej acz słabo lub wręcz fatalnie (jak Krystyna Lubelska) napisanej prozy to nominowana do Nike „Lenora” Jerzego Łukosza, której z tego tu miejsca jak i autorowi życzy szczęścia,
Jad.

ANKIETY MOJE WAM ZOSTAWIAM. SYFON FYSON.

Skoro tak fajnie leci z ta ankieta o pismach to pomyślałem przed wyjazdem na kilka dni że wstawię zespół ankiet, żeby było w co klikać i z czym się męczyć. Chodzi mianowicie o to, że Syfon 2006 czyli VIII Konfrontacje Literackie w Brzegu za jakieś 9-10 miesięcy i Zarząd „Stowarzyszenia” pewnie chciałby wiedzieć co i jak, w którym kierunku kształtować w imprezie, żeby było demokratycznie, czyli tak jak głosi lud i chce Zarząd. Czego nie ma w ankietach można zawsze wpisać pod komentarze. Co to „Syfon” można sprawdzić po kliknięciu na ten tekst
Pietrucha znika w odmętach otmętu a jak wróci to popisze znowu cos o książkach których przemierzając setki kilometrów szyn kilka znowu przeczyta. Głosujta mili i walta z grubej rury.

Na początek zapytamy tak:

i jeszcze takie pytanie:

a na koniec sonda wielokrotnego wyboru:

Pozdro, uprasza sie o niefałszowanie wyników głosowania i wstrzymanie sie od sztucznego nabijania głosów. Bo w ryj.
Jad.

SONDA WIELB-BŁĄDA.

Dawno nie było żadnej sondy, któraby sprawdziła sądy czytelników tego bloga. Po wyraźnych dysproporcjach w ilościach komentarzy pod poszczególnymi notkami, wnioskuje, że prowadze bloga środowiskowo-literackiego w bardzo wąskim rozumieniu tego słowa. Zatem pewnie pomysł sondy jest troche nietrafiony, skoro głownie będzie głosować srodowisko niezdolne od lat do swtorzenia przyjaznego pisma literackiego, które juz nie do końca wie gzie sie podziła czytelnik i czy w ogóle kiedykolwiek istniał jakiś czytelnik. Poniższa sonda jest zas skierowana głownie do hipotetycznych odbiorców jakiegos tam hipotetycznego pisma literackiego. Test jest wielokrotnego wyboru, ale proszę nie nabijac sztucznie odpowiedzi, jezeli moge o to prosić. Do tej pory – a było sond łącznie 6, taki układ pracował. Proszę głosowac i hierarchizować co ważniejsze.

Ewentualną dyskusję nad punktami, wynikami i głosami – z założenia są niekompletne, bo to sonda a nie ankieta – poproszę w komentach.
Chyba że wszyscy zaznaczą odpowiedź ostatnią, wtedy ch. w bombki strzelił.
Pazdar!
Jad

TOLKIENOWSKIE POLA KATALAUNIJSKIE?

Histeria tycząca Tolkiena już się przetoczyła przez media zatem pora na Historię. Właśnie ukazała się w języku polskim książka czyniącą kapitalną glossę do dzieła J.R.R. Tolkiena. Utarło się bowiem wśród historiozfujących dziennikarzy i publicystów zajmujących się fenomenem Tolkiena, że kolega Tolkien połączył sobie stare mitologie z aktualiami historycznymi i nietuzinkowy talent narracyjny i tak powstał „Władca Pierścieni” i dlatego, taki żywotny, do dzisiaj poruszający. Zostawiając te rozważania no boku przypomnę tylko, że przebiegły Bryt czytał znacznie więcej i rozumiał niż czytali jego interpretatorzy.

61603.jpg

Owóż nową pozycję z bardzo cenionej przeze mnie serii Domu Wydawniczego „Bellona” – „Bitwy Historyczne” – mianowicie książkę Daniela Gazdy „Pola Katalaunijskie 451 r.n.e.” proponuję czytać poprzez Tolkiena, co zapewniam jest świetną zabawą.
Oczywiście jak najlepsze pozycje z tej serii o samej bitwie w książce jest niewiele, znacznie więcej o okolicznościach które do niej doprowadziły, o jej pierwszo – i drugoplanowych aktorach a wreszcie o obyczajach i klimacie epoki. A ten klimat był wprawdzie mroczny ale zarazem pełen heroizmu, nagłych zmian sojuszy, intryg, raj dla poszukujących niebanalnych narracji. Wydaje się, że właśnie z tych dziejów najwięcej Tolkien czerpał, a sama bitwa jako figura bardzo pasuje do tego co się dzieje we „Władcy Pierścieni” oto stare rasy (Rzymianie) sprzymierzają się z lekko pogardzanymi nowymi rasami (Wizygoci, Alanowie, Germanie, Frankowie) pod wspólna wodzą ostatniego Rzymianina – Aecjusza, by pokonać o wiele gorsze zagrożenie – Attylę na czele Hunów. I pokonują go, co po prawdzie nie powstrzymuje, a może nawet przyspiesza destrukcję starego świata.
Po prawdzie jednak ówczesne czasy przejściowe (bitwę na polach Katalaunijskich od ostatecznego upadku cesarstwa zachodniorzymskiego dzieli raptem 26 lat, tyle co nas od powstania „solidarności”) – owe czasy powiadam, zawierają w sobie skarbnicę podobnych użytecznych prefiguracji rozmaitych narracji. Bo za pierwowzór bitwy na Polach Pellenoru równie dobrze może służyć Bitwa na Polach Katalaunijskich jak i Bitwa nad Nedao gdzie Ardaryk mający pod wodzą zbuntowane plemiona do tej pory podległe Hunom ostatecznie złamał ich potęgę. Dla ciekawskich pytanie – gdzie odnajdujecie bitwę w Helmowm Jarze? A jest, jest! Tak podobna, że hej. I za to lubię tez historię. Wystarczy sobie dogadać kilka narracyjnych fatałaszków i suche książki się czyta jak „Władcę Pierścieni” do kwadratu.
Pozdro.
Jad.

KACZKA PADACZKA

wiosna.jpg

Powiedziała mi Kaczka w czasie spotkania folklor-terrorystycznego z okazji 50 nocy poetów, że książkę jej mam cyt. : „zjebać na blogu”. Powyższa fraza cechuje się niewątpliwą urodą brzmieniową i kryje w sobie tyle dwuznacznych, że pozwolę sobie tego nie czynić, bo nie wiadomo co by było gdyby kaczki jadły grzyby. Powodów dla których nie mam zamiaru ksiązki Macieja Kaczki cyt. „zjebać na blogu” jest więcej. Na przykład taka, że Maciej Kaczka jest honorowym invaderem na tym blogu, gdyż odwiedził go od początku istnienia co najmniej 558 razy . Tyle w każdym razie wchodził ktoś z adresu firmy Kaczki oveq-tj.biuro.net.pl (do innych bloggerów – sprawdźcie czy nie jesteście przez Kaczkę monitorowani). Kaczka tymczasem jako bohemiarz (co znajduje też odbicie w jego twórczości) wierzy w środowisko jako plątaninę wzajemnie podmywających się, zatem czemuż miałbym mu zabierać te złudzenia? I czyż należy podcinać gałęzie na jakich się siada? Poza tym książka Macieja Kaczki jest bezpretensjonalna, czyli nie próbuje być czymś czym nie jest. Jest taką sobie radosną zgrywą i bardzo dobrze się nadaje na imprezowe klimaty kiedy ręcyma udaje się zagrać na gitarze coś jak G-dur na przemian z E-dur i ewentualni A-dur, albo D-dur, wówczas zaopatrzony w tomik Macieja Kaczki imprezowicz może spokojnie zaimprowizować dowolny tekst i będzie dobrze, będzie zabawnie, wiekopomnie.
Kto wie może kiedyś własnie takie łajdackie wierszyki, jak „Wiosna” będą dokumentami epoki na równi z wierszami Grzebalskiego, kobierskiego, Swietlickiego, Podisadły. Po ostatnie wreszcie – miejscami jest po prostu śmiesznie w tych wierszykach, rymowanych zlewniach, bywa że śmiesznie i niegłupio (acz głupio bywa też często, co jako Idiotę raduje mnie na równi z tymi momentami kiedy jest nie-głupio), słowem:

Gdy opuści Cię nadzieja
Czytaj wiersz Kaczki Macieja
I nie zmoże atak sraczki
Jeśliś czytał wiersze Kaczki

I tak dalej
Jad

NIEZNOŚNY CIĘŻAR MNIEMANEJ JEDYNOŚCI.

Artur Burszta w wywiadzie dla własnego serwisu Biuro Literackie powiedział:
„[...]Mam świadomość tego, jak wielkie są oczekiwania w stosunku do Biura i bezpośrednio wobec mojej osoby. To presja autorów, od debiutantów po całkiem uznanych, których maszynopisy zostały odrzucone. To również presja pisarzy, z którymi współpracujemy od wielu lat, a których oczekiwania są skrajnie różne. Gdyby Biuro Literackie miało w Polsce kilka odpowiedników, gdyby duże wydawnictwa mogły choć częściowo zaspokajać potrzeby młodych poetów, gdyby była jakaś alternatywa, ta sytuacja byłaby inna. A tak większość młodych i nie tylko młodych poetów w Polsce skazanych jest na Biuro Literackie. Dlatego daleki jestem od tego, by się z wszystkimi zaprzyjaźniać i być za pan brat z każdym poetą i redaktorem; jestem od tego, by wydawać dobre książki.”
A chwile później odpowiadając na pytanie:
„Arturze, przyznaj nam się do jakiegoś wyrzutu sumienia. Kogo nie wydałeś i żałujesz? Kogo przegapiłeś i wydał gdzie indziej?
- Nie żałuję żadnej z wydanych książek.
Ale my pytamy o te nie wydane…
- Zastanawiałem się, jak to się stało, że Tomek Różycki, który był zaproszony na Fort w 1998 razem z Marcinem Hamkało, Radkiem Kobierskim i Jackiem Gutorowem, nie opublikował potem żadnej książki w Biurze. Nie jest to chyba jednak ani jego zaniechanie, ani też do końca moje, bo dostał propozycję wydania książki od Pawła Dunina-Wąsowicza i potem lojalnie współpracował z nim przez kilka lat. Z tej czwórki związaliśmy się potem z Jackiem Gutorowem, a może warto było też pomyśleć o Tomku Różyckim.”
Link do całego wywiadu znajdziecie Tutaj a na blogu Pietrucha możecie nawet na gorąco skomentować.
Pozdro
Jad.

Z NOTATEK RUSOFILA 6.UZNAJCIE SWOICH ZABITYCH

Książka Gawriła Popowa „O Wojnie Ojczyźnianej 1941 – 45” to zbiór kilku szkiców, pisanych najwyraźniej w emocjonalnym odruchu tuz przed niedawną 60 rocznicą zakończenia działań wojennych w Europie i kapitulacji III Rzeszy. Jak każdy zbiór szkiców grzeszy w wielu miejscach uproszczeniami, nadmiernymi skrótami, trudnymi dla nieprzygotowanego czytelnika. Całkowicie jednak niweluje jej ewentualne wady niezwykła odwaga publicystyczna, jak na dzisiejsze czasy i ton stosunków Rosji ze światem (nie oszukujmy się stosunki z Polską są zaledwie wąskim wycinkiem stosunków Rosji ze światem).

83-207-1786-8.jpg

Można się natrząsać, z delikatnie mówiąc, nierozsądnych wizji zakończenia wojny ojczyźnianej na granicach sprzed 1939 roku ( i co potem? Łaskawe danie oddechu Hitlerowi żeby zdążył dorżnąć resztę europejskich żydów i jeszcze trochę Słowian a przy okazji dopracował się w końcu bomby atomowej i jej użył?) czy nawet drażniących zapewne polskiego czytelnika lekko imperialnego języka (polska jako drugorzędne burżuazyjne państwo międzywojennej Europy utworzone z łaski mocarstw zachodnich jako kordon sanitarny dla Rosji).
To wszystko jednak nieważne o tyle, że to Popow mówi wprost, jako o swoim oczekiwaniu jako Rosjanina by rząd Rosji zaczął obchody od przeprosin dla narodów ZSRR oraz Europy Wschodniej; widzi w pomniku zwycięstwa miejsce dla poległych żołnierzy niemieckich i co ważniejsze – najbardziej tragicznych żołnierzy ostatniej wojny światowej – rosyjskich formacji w służbie niemieckiej.
Lektura książki Popowa wskazuje jeszcze na jeden szalenie ważny aspekt stosunków polsko-rosyjskich, niby możliwy do pomyślenia, ale wcale nieoczywisty. Domagając się uznania naszych zabitych, pomordowanych, zamęczonych i wzdragając się na to że Bracia Moskale nie chcą tego zrobić, że kręcą, zapominamy o jednej ważnej sprawie. Aby przyznać nam nasze cierpienie – Rosjanie muszą się zmierzyć ze swoim, o wiele większym. Zamiast obnosić się z naszym cierpieniem czas zrozumieć i uznać, że Nasi Bracia maja problem ze sobą, nie potrafiąc zróżnicować miedzy ZSRR a Rosją (co to w końcu było to ZSRR?), nadal czcząc własnych morderców. I trzeba by ich wspomóc, zamiast machać im przed oczyma naszymi zmarłymi. Wspomóc zmarłych z tamtej strony. Zmarłych, posłanych na śmierć karbatach. Gdyby mój prezydent zechciał zaakcentować mocniej fakt że oddaje także hołd milionom Rosjan i narodów wcielonych do ZSRR którzy ginęli często bez sensu w łagrach po wojnie wracając z niewoli – może byśmy mieli z kim rozmawiać z tamtej strony o historii i jej ocenach.
A tak? Głos Popowa na puszczy.
Jad

DANIA. EUROPEANA.

Pazdar wszystkim, którzy jeszcze to blożysko czytają. Kilka dni spędziliśmy z Ka. w podróży, tutaj ukłony w stronę rodziny Brzóz z AARHUS w Danii. Zawsze jakaś zawiść bierze mnie kiedy jadę przez kraj spokojny, w którym nienaturalne przyczyny zgonów obejmowały głównie zatrucia śledziami, dorszami, z rzadka jakąś większą drakę, z której powodu nikt na pewno nie wyburzał całych miast. I tak niedaleko Polski Wikingowie przedzierzgnęli się przez wieki w spokojny i życzliwy lud rybacko-rzemieślniczy bez wielkich ambicji, pokorny i zgodzony ze swoim miejscem w dziejach i geografii – zatem w przewadze swojej szczęśliwy.
Ta wędrówka północnym obrzeżem kontynentalnej Europy skojarzyła mnie zarazem z książką Patrika Ourednik’a „Europeana – zwięzła historia XX wieku”.

ourednik-europeana.jpg

Czytałem jednym tchem, tę napisana zinfantylizowanym językiem kronikę zbrodni i gwałtów w której ogół miesza się ze szczegółem a wnioski i interpretacje z faktami, a jeszcze gdzie indziej filozofia miesza się z historią i wszystko zdaje się od siebie zależeć, czyli w gruncie rzeczy nie ma siły, żeby określić co od czego zależy, a zatem jest tak jakby nic od niczego nie zależało, czyli był chaos, brak sensu i tylko strzelić sobie w łeb. Więc czytałem to a potem asfaltami, robotami drogowymi, betonem hitlerowskich autobahnów ku Flensburgowi (kartka z Flensburga Maliszewskiego się znowu przypomniała) i ku granicy, i potem kiedy z powrotem jechałem to nadal z jednej strony ucieszony, że taki ładny ten kraj ta Dania, że fajnie, z drugiej jakże oni się uchowali i jak niewiele brakowało przecież. Ostatecznie Polska Marynarka Wojenna w czasach układu Warszawskiego miała przerost jednostek desantowych nad liniowymi głownie dlatego, że była przeznaczona do desantu na Danię. Kurt mówił, że jako żołnierz rezerwy widział mapy z celami z tamtych czasów.
I ta cicha zawiść, poczucie niesprawiedliwości, że im się udało. Ze są takie nacje, zbiorowości, które czczą każdego zabitego. Indywidualnie. My tylko tych wyróżniających się, niezwykłych. Tak jakby zwykli nie byli warci pamięci. Czci się Powstańców, ale już cywilów zamordowanych jako „verfluchten polnische banditen” mniej – jeżeli – to zbiorowo, hurtem. I refleksja ostatnia – czy powyższa refleksja nie jest aby produktem swoistego zdziczenia myślenia o historii, skrajnego sarkazmu, cynizmu podobnego do tego stojącego za „Europeanem” Ourednika. A cynizm jest ponoć trucizną, od jakiego uchowaj Boże mnie dobra, otwarta Danio, co masz od kilku dni rysy Kurta, Ewy i Marianny.
Zatem jeszcze raz. Pazdar.
Jad