Archiwum dla Maj, 2005

W STRONĘ BANAŁU CIEMNOŚCI

wstro120.jpg

W liceum rozmowy z Katem warszawskiego Ghetta, niejakiego Jurgena Stroopa autorstwa Moczarskiego to jeszcze mógł być wstrząs. Czytane w ciągu ostatnich dwóch dni rozmowy Gitty Sereny z Franzem Stanglem już takiego wstrząsu nie przyniosły. Przypomnę tylko, że Franz Stangl to oddany pracownik zakładu mordu eugenicznego w Hartheim a potem komendant obozów zagłady w Sobiborze i Treblince, skazany na dożywocie, zmarł w więzieniu.
Nie ma wstrząsu bowiem kaci-wykonawcy okazali już wielokrotnie swoją przeciętność umysłową, w zasadzie swoją miernotę wyrażającą się np. w proletariackim podejściu do swoich zadań. Stang nie mówi o tysiącach gazowanych przez siebie ludzi inaczej jak „ładunek”, o samym gazowaniu mówi jako o „robocie”, przez cały czas utrzymuje że usiłował się uwolnić od niewygodnej roli, jaką mu przeznaczono, powołuje się na strach przed eksterminacją (sic!), nie wie co się stało z więźniami o których opowiada, podtrzymuje wiarę w istnienie Boga, dopatruje się nawet jego interwencji we własnym losie. Stangl kochał i kocha żonę, ona kocha jego, dzieci w niego wierzą, a on w dzieci, nawet nie był ideowym nazistą, tylko jak twierdzi „dopisał sobie pochodzenie”. Był dobrym policjantem a przed 1938 nawet tropił nazistów i ich składy nielegalnych materiałów w Austrii. Jeżeli coś poraża to banał.
Książka nie jest jednak czystym zapisem rozmów, ale zawiera wiele dodatkowych informacji zdobytych przez Sereny w ramach badań dodatkowych, wywiadów z więźniami Treblinki, esesmanami podległymi Stanglowi, ludźmi, którzy wiedzieli lub mogli wiedzieć wiele. Na przykłd z żołnierzem polskiego podziemia, Franciszkiem Ząbeckim, który prowadził jdyną w swoim rodzaju buchalterie transportów do Treblinki. Ząbecki opierając sie na swoich wyliczeniach podaje, że w Treblince zginęło nie 750 tys. ani 900 tys. ludzi, ale 1,2 mln ludzi. Przeliczał swoje meldunki wielokrotnie. Jest ich pewien. Z postaci niby pobocznych na pierwszy plan wysuwa się jeszcze inny rozmówca Gitty Sereny – Franz Suchomel, który chociaż był szeregowym esesmanem z obsługi Totlager, zwanego też obozem górnym, ma lepszą pamięć od Stangla. Czy tylko dlatego, że dostał od niego niższy wyrok? Sereny zajmuje się też zagadnieniami pochodnymi, takimi jak kanały przerzutu byłych nazistów po wojnie w tym tzw. „szlak watykański”, milczenie Piusa XII. Nie do końca wówczas wiadomo na jaki temat jest to książka, czy to na pewno rozmowy ze Stanglem, czy co innego? Trzeba też przyznać, że najlepiej Gittcie Sereny wychodzi bycie rozmówcą i najlepiej pisze kiedy relacjonuje wypowiedzi innych. Zdania własne są nzbyt łatwo rozpoznawalne. Tak na przykład kiedy pisze o listach biskupa Lwowa, zastanawia sie dlaczego nie ustosunkował się do cierpien ludności rosyjskiej [sic!]. Ano dlatego, że Lwów jeżeli uż to przed 1939 był przez moment sowiecki, ale tak to raczej było polsko-ukraińsko-żydowski a nie rosyjski.

Najbardziej porusza chyba – o ile to scena autentyczna – ostatnia rozmowa Sereny ze Stanglem, kiedy Stangl po wielu tygodniach rozmów wykrztusza z siebie „to moja winna, nie powinno mnie tu być”. Dziewiętnaście godzin potem Franz Stangl umiera na zawał serca w więzieniu w Dusseldorfie.

TRZY DNI NOCE POZA DOMEM. FLOKLOR TERROR.

Trzy dni poza domem. Literacki folklor terror. Najpierw w Porcie Praskim, w Galerii Bębnów jubileuszowa 50 noc poetów w zacnym gronie, w czasie której wyglądałem tak:

112.jpg

A konterfekt ów zawdzięczam Gilowi Gillingowi. Impreza była niezła, chociaż o jakości wierszy trudno było się wypowiadać. No coś tam szemrało, ja też szemrałem, ale w ludycznym tumulcie trudno było cokolwiek powiedzieć, co by się nie rymowało biesiadnie. Tak się bawi bohema i taki to miejscowy folklor terror a ja się chyba starzeję. No nic. Poznałem przy okazji Maro de Cyrano, która okazała się zwolenniczką LPR-u, zaobserwowałem starcia naziemne z cyklu damski boks i rock na bębnach zakończone seria bohaterskich zniknięć i wizytacją organów ścigania; wracałem po drugiej w nocy rozrzucona tyralierą, śpiewając pieśni harcersko-legionowe, w bardzo zacnej kompaniji przez całe miasto i most taki podwieszany na linach, co już nie wiem jak się nazywa, bo Warszawa jest jakby coraz mniej moja, chociaż z niej pochodzę. Nie ma już w ogóle tego miasta jakie pamiętam. Nie mówię tego z rzewnością, bo ani to które pamiętam z lat 80-tych ani to nie budzi już żadnego sentymentu. Jeszcze ta widziana z okna mieszkania Jakuba (pierwszy raz byłem za friko na takiej wysokości w Warszawie), coś mi przypomina. Ale to wszystko. Poza tym coraz mniej punktów stycznych. Stranger in the strange land.
Następnego (sobota) dnia po raz pierwszy od lat wielu byłem na targach książki w Pałacu Kultury i Nauki. Poprzednio byłem jako dziecko. No nie powiem, miła impreza, ucząca pokory wobec własnej osoby, roli i miejsca w szeregu. Na poniższym zdjęciu Gillinga właśnie się ustawiam w szeregu:

IMG_0003.jpg

Niestety z kupionych książek wobec fatalnych warunków sanitarnych w ekspresie z Wawy do Opola nie dało się czytać. Dzisiaj warsztaty w Brzegu z Ryszardem Chłopkiem i Łucją Abalar i ich autorskie przy niskiej frekwencji, ale za to ciepłej pogodzie. Tak oto trzy po trzy się plotąc przepędziłem ten weekend. Dziękuję Beacie Guli i Tomkowi Świtalskiemu za zaproszenie, Pana Kaczkę proszę o dosłanie mi ewentualne ksiązki, bo bałem się podchodzić do stoiska Dunina Wasowicza. Obok zaraz było stoisko Ha.Artu i strasznie dużo ważnych osób, poza tym co miałem mu powiedzieć? Że ma mi dać książkę bo Pan Kaczka tako orzekł… Gupio jakoś tak.
Jad.

POWSTANIE WARSZAWSKIE Z PŁOCKA. SŁUCHAJĄC LEGALA 7.

okladka_powstanie.jpg

O zespole „Lao Che” bym nie usłyszał nigdy, gdyby nie Powstanie Warszawskie płyta zespołu Lao Che „Powstanie Warszawskie”. Nie spodziewałem się, że można taką płytę nagrać, że w takim stylu, że punk będzie pasował do Powstania, że uda się legendę opowiedzieć z punkowym z ducha wydżezem, że będą się w tym kotle mieszać cytaty z Jasieńskiego, Baczyńskiego, Szczepańskiego, Czahorskiego (w. XVI)z Siekiery, Chłopców z Placu Broni, z Izraela a w przerwach zsamplowane przemówienia Generała Sikorskiego ( „Polacy! Gdziekolwiek się znajdujecie…” ). Że zrobią to kolesie z mojej kohorty wiekowej i młodsi oraz że zdecydują się przede wszystkim na emocje a nie akademijną poprawność, na gitarowy łomot a nie na jopkowo-kukulskie zawodzenie. Wiek autorów daje tej płycie wiarygodności, bo to trochę tak, jakby kumple kumplom śpiewali do snu.
We mnie się rwie, szczególnie przy „Starym Mieście”:

„jest sto tysięcy dusz
i ledwie jedna rura
żołnierze wychodzą
cywilom i rannym się nie uda

jest jeden wielbłąd
do jednej igły ucha
nieliczni zbawieni
licznych Bóg nie słucha”

(i chóralne)
„Dostępu do włazu my żądamy!”
Ta płytę powinno się dołączyć do programu nauczania historii współczesnej. Trwa akurat czterdzieści parę minut i więcej by dzieciakom powiedziała, bardziej nimi wstrząsnęła niż omawianie uwarunkowań, linii frontów
I przy końcu płyty „Polacy! Gdziekolwiek się znajdujecie” z Sikorskiego zawisa w próżni. Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie.

Jad

Z NOTATEK RUSFILA. ODCINEK PIATY CZYLI CZWARTY.

Na tym kończymy nasza krótką opowięśc w odcinkach. Jak sie komu nie podobało, to może to napisać w komentach. A jak sie podobało, to pare takich rzeczyw docinkach jeszcze leży i kwiczy.
DUSZOSZCZIPATIELONST’ I RUŚ, KTÓRA ODCHODZI. BYŁO, MINĘŁO.
4.

Słuchasz piosenek weterana z Afganistanu, odtwarzanych z przepalonych płytek od przypadkowych gości spotkanych kiedyś w Warszawie. Bo to jakby kto rwał cęgami kłębki nerwów. Przekąszasz Rachmaninowa Nieszporami, bo to jakby Pan odwracał swoje oblicze ku każdemu stworzeniu na ziemi, i łkając z nim w bólu, jak brat, wyzbywał się wszechmocy na rzecz wszechmiłosierdzia. I pomnisz tadejowe słowa o tym, że Ruś odchodzi, wypowiedziane na skraju cmentarza starowierców w Holi. Jej ślady jeszcze widać, ale coraz częściej lilie tylko porastają zsiniałe z żalu, nie pamiętając imion jakim patronują, sosny się rozsiewają rozsadzając korzeniami resztki obwałowań leśnej nekropolii. Czy to Ruś odchodzi na zawsze, czy po prostu my odchodzimy od niej zapatrzeni we wrota Zachodu a ona zapada się jak te groby wyczuwalne jeszcze, jeżeli latem pójść w las bosą stopą. Bo ginie śpiewna mowa babć przyrośniętych do ławeczek przed chałupami krytymi gontem, najczęściej już eternitowym, mowa która nie wie sama z jakich deszczułek jest pozbijana. Bo jeszcze są wsie, gdzie gdy kogo zapytać tam po jakiemu mówi, to odpowie:
- po naszymu
Próchnieją krzyże przydrożne, chylą się cerkiewki nieogrzewane ludzkim ciepłem, umiera powoli na starość Hrybowszczyna w Puszczy Knyszyńskiej. Ruś jako przestrzeń duchowa, tak jak dawny Śląsk, jak pamięć o naszych zmarłych staje się wstydliwa, nie-trendy. Odchodzą przestrzenie pewnej narracji, wyzbywamy się ich jakby były niechlujnie streczącymi z garnituru nitkami, czymś co nie przystaje do normy salonowej. Stajemy na ubitej ziemi wolni od przeszłości i naleciałości, tacy swojscy. Bez niej, bez cyrylicznej smuty snującej się polami, łąkami, wzgórzami – będziemy silni, bardziej uniwersalistyczni, zrozumiali dla salonów w Nicei czy gdzie tam jeszcze. Zarazem nadzy, okaleczeni, jakby ktoś odarł brzozę z kory i zostawił w nagim polu. A to u nas zachowała się przecież ostatnia cerkiew unicka, chociaż gdyby archimandryta Roman usłyszał, przeczytał te słowa, szturchnął by Cię jak to robił co rusz pewnego lipcowego popołudnia i śmiejąc się rzuciłby:
- Nie ostatnia – jedyna
A ty z gardłem wywichniętym na lewą stronę pomyślałbyś jednak, że w Twojej językowej intuicji coś jest, może nawet coś większego, bardziej duszoszczipatielnego niżby ktokolwiek pomyślał. Nawet gdyby ktoś się pochylił na łożem śmiertelnym tej Rusi co wyprowadza się od nas powolnym, nieubłaganym krokiem, znika za Bugiem, gdzie też jej nie kochają, to przecież i tak by jej nie zatrzymał. I nikt nam nie uwierzy, że to my, że to my właśnie. Bo zaparci jesteśmy przed braćmi swoimi, w pogardzie z nimi żyjemy a oni z nami. A przecież powiedziane jest w Dobrej Księdze – Idź, najpierw z bratem swoim się pojednaj. Było, minęło?

CD już nie będzie. jutro o tej samej porze coś z zupełnie innej beczki.

Jad.

Z NOTATEK RUSOFILA. ODCINEK CZWARTY CZYLI TRZECI

sądząc z ilości wejść w ostatnich dniach forma opowieści w odcinkach bardzo odpowiada odbiorcom tego bloga. Zatem odcinek trzeci.

DUSZOSZCZIPATIELONST’ I RUŚ, KTÓRA ODCHODZI. BYŁO, MINĘŁO.
3.

Zwróciliśmy się twarzami na zachód. Nie tylko politycznie, nie tylko gospodarczo, ale chyba także duchem. Metodycznie kilkanaście lat skalpujemy siebie z Rusi, ze wszystkiego co Rusią pachnie. Idiota celowo używa pojęcia „Ruś”, które na jego własny rachunek oznacza bardziej przestrzeń wrażliwości, stanu ducha, niż geograficzne krainy, konstelacje ziemskich rządów. W mowę odświętną, opus sacrum języka – poezję – wkradły się tony jakich nigdy nie używaliśmy, jakich nie było i zanikły te, które były w niej zawsze. Nikt nie powie, że źle czy dobrze, tak się po prostu stało. Władimow przemknął u nas niemal niezauważony. „Gazeta Wyborcza” napisze w nekrologu, że głównym bohaterem książki ”Generał i jego armia” jest generał Własow i szlus. Gdyby ktoś z redakcji napisał, że głównym bohaterem książki Hellera „Paragraf 22” jest Havermeyer, pewnie ktoś by zarżał ze śmiechu a redakcja by przeprosiła za błąd, sprostowała. Niestety, ale głównym bohaterem „Generała i jego armii” w warstwie powierzchniowej jest fikcyjny generał Kobrisow, a Własow występuje daleko w tle, na przykład w dniu kiedy 20 Armia rusza do kontruderzenia pod Moskwą, a ten stoi pod cerkwią i zamiast uwagę skupić na bitwie pyta, pod czyim wezwaniem ta cerkiew? Bohaterem właściwym jest jednak Rosja, która wkładała w usta łagierników idących prosto z zony na front patetycznie brzmiące słowa pieśni Armii Czerwonej, których i dzisiaj słucha się ze ściśniętym gardłem. Bo zekowi wierzyli, tak, wierzyli w to co się im mówi, gdy Wielki Bart mówił do nich per „bracia i siostry”. Ta Rosja Władimowa wyrzuciła z kraju pochodzenia i nie dała mu wrócić gdy rozsypał się komunizm. Rosja Putina, Jelcyna nie chciała Władimowa, bo obrazoburczy, pokazywał pęknięcia pomników wielkiej ojczyźnianej. Umarł na wygnaniu, w Niemczech, tylko kto tam rozumiał to co on próbował powiedzieć? Ale ten jeszcze został zauważony a ile się rozgrywa poza obiegiem naszej świadomości? Dlaczego w imię pojednania polsko-niemieckiego łatwiej dzisiaj o jakieś tłumaczenia wierszy i prozy – niestety obracającej się coraz bliżej technicznej finezji i treściowego banału zza Odry niż te bliższe, będące dla nas całkowitą enigmą? To pytania nie tylko do polityków, bo oni sobie a ludzie – wiadomo – muszą jakoś żyć. Gdzie te tłumaczenia ukraińskich poetów, skoro już wolno? Gdzie te wspólne przedsięwzięcia, nasłuchiwania się po nocach? Owszem, i my i oni uczymy się teraz zapalczywiej niemieckiego, angielskiego, ale czy zrozumiemy się lepiej między sobą gdy już posiądziemy tę umiejętność? Dlaczego polskie uniwersytety tak ochoczo walą honorowymi doktoratami po głowach coraz bardziej zasłużonych i niepodważalnych depozytariuszy jednego pojednania, gdy nie ma na ten przykład nagrody literackiej, która braciom Moskalom, Zaporohowcom byłaby przepustką w lepsze życie? Czekamy aż zaczną być nagradzani – jak Wiktor Pielewin – w U.S.A., Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii? A żal, bo i nas byłoby na to stać, a nagroda tutaj pewnie milsza by była, bo serdeczniejsza, prawie braterska. Czy jeszcze się słyszmy, czy jeszcze coś o sobie istotnego wiemy? Żal, żal dziewczyny, żal zielonej Ukrainy. O’Hara, Ashbery, Wharton, Heller rulez. A tłumaczeń Babla pióra Woroszylskiego już nie uświadczysz nigdzie indziej jak w antykwariacie. Idiota nie ma nic przeciwko anglosasom, giermańcom – bardzo proszę, dla wszystkich będzie miejsce na rozległych połaciach słowiańskiego serca, tylko dlaczego nie mogę przeczytać antologii młodej poezji – niech będzie – wschodniosłowiańskiej. Dlaczego słyszę, że nie ma różnicy między Bułgarem, Ukraińcem a Rosjaninem, skoro chociaż z jednego pnia, ale jednak tak różni.

CDN i osmętniczy finał – jutro o tej samej porze.

Z NOTATEK RUSOFILA. ODCINEK TRZECI CZYLI DRUGI

Przepraszam, że wieczorem nie wyrobiłem, ale morfeusz mnie dopadł. Drugi odcinek felietonu z 2003 roku. Pozdro.

DUSZOSZCZIPATIELONST’ I RUŚ, KTÓRA ODCHODZI. BYŁO, MINĘŁO.
2.

Ruś odchodzi a my nawet tego nie widzimy, pomyślisz. Skoro zad358 (wiek średni, wieloletni członek Związku Literatów Polskich, oddział wielkomiejski) nie wie już kto to był Władimow, a jego pogardliwy bełkot o człowieku który w 1967 roku podpisał list za zniesieniem cenzury w ZSRR, że to niby wielka strata dla literatury Bułgarskiej, zyskuje poklask wśród ludu, który uważa się za literacki. A zatem Ruś w nas umiera, jak uśmiech na twarzy Michała, z łagodną rezygnacją. I co komu po wiedzy, że wówczas, w 1967 roku w ZSRR, groziło za podpisanie takiego listu znacznie więcej niż celny strzał w mordę z lewego, jaki się należał zadowi358 (było, minęło). Pomijając refleksję z zakresu nauki o dobrym wychowaniu i manierach przy stole, że naśmiewanie się tak ze śmierci kogokolwiek, jak i z literatury mniejszych liczebnie od siebie nacji jest tancbudnym chamstwem.
W zasadzie Idioty nie powinno dziwić, że zad358 nie zna, nie wie, i że wcale to go nie martwi, i że buczy sobie pewnie teraz do ekranu, że nie ma nad czym się zatrzymywać. Ot, jakiś Ruski wywalił w kalendarz. Było, minęło. Bo mówimy Rosja, a myślimy co? Step, równina, dzicz, mafia; wielkie torby w pasy – których przeznaczenia już nie znamy, pełni dumy Jewropejczycy z awansu; Stadion Dziesięciolecia – nazwa wypowiadana przez mieszkańców stolicy zapewne z pogardą tym większą, im częściej zaopatrują się tam w pirackie płyty z oprogramowaniem Microsoft Office i pochodnymi; naleśnikopodobne czapki żeglujące nad kolczastymi drutami, zdobiącymi szczyty płotów w dawnych miastach garnizonowych; dławiący miętowy aromat czekoladek od kolegów pionierów z Biełgorodu (około 80 kilometrów na południe od Kurska, łatwo zapamiętać). Jakby Bułhakow, Rachmaninow, Szostakowicz, Czajkowski, Dostojewski, Gogol, Achmatowa, Cwietajewa byli z zupełnie innej Rosji. A podobno były czasy kiedy rządy robiły swoje a wódkę się wspólnie piło na pohybel czerwonym, bo blok był jak ze stali kształtowanej w wieże czołgów T-55, a ludzie – wiadomo – ludzie jakoś żyć ze sobą musza, chociażby mieli zaraz do siebie strzelać. I były czasy, gdy tam, kryjąc się przed wszystkowidzącym okiem Wielkiego Brata ludzie uczyli się białopolskiej mowy. Bo Rosja – samą siebie odrzucająca; wsadzająca samą siebie do łagrów; sama siebie upadlająca; sama siebie aresztująca, przesłuchująca w aresztach w Twerze, Mińsku, Charkowie; sama siebie gwałcąca, wysyłająca na emigrację; fingująca powody by samą siebie trzymać w domach wariatów; wreszcie – sama sobie strzelająca w tył głowy uprzednio związawszy sobie ręce drutem kolczastym – ta Rosja, Ukraina, Białoruś, w polskim jazyku odszukiwała siebie, ocalała jakiś rąbek prawdy, przyzwoitości, honoru i przede wszystkim smutku rozległego jak step nad Donem. Nie dlatego, żeby własny język był zbyt ubogi. Dlatego, że języki same się zakneblowały a ten jeden jeszcze nie zdrętwiał w imadłach cenzorów. Ale – było, minęło.

CDN – jutro o tej samej porze.

Z NOTATEK RUSOFILA . ODCINEK DRUGI CZYLI PIERWSZY.

Mały eksepryment. Dwa lata temu napisałem tekst, który nie miał szczęścia do ukazania sie na papierze ani w żadnej oficjalnej oficynie internetowej. Bedzie sie ukazywał w ciagu najbliższego tygodnia w formie notatek rusofila. Najwyżej część z Was umrze z nudów. Dzisiaj odcinek pierwszy, czyli inwokacja.

DUSZOSZCZIPATIELONST’ I RUŚ, KTÓRA ODCHODZI. BYŁO, MINĘŁO.

1.
Warszawa zdaje się lekko dymić, chociaż to mgła, nie pogorzeliska. Jest październik. Impreza literacka jak to impreza, niebawem będzie dogasała przy jakiejś wódeczce, w mniej lub bardziej geriatrycznym towarzystwie. Wpadasz na Mariankę ze Lwowa i Michała z Nowosybirska na środku zblakłego mocno chodnika na piętrze w Domu Literatury, co jak rimbaudowski statek pijany zdaje się rozcinać spienione marmury, asfalty, połyskujące nieistniejącym deszczem dachy taksówek. W zasadzie, że oni są stamtąd, dowiadujesz się po chwili rozmowy. Niby to przypadek sprawia, że mówisz o balladach jakie niedawno dostałeś od przypadkowo spotkanych handlarzy, w jednym z hipermarketów Warszawie. Słuchali przy swoim stoisku pieśni Chóru Armii Czerwonej Aleksnadrowa i jeden powiedział:
- puść „dawaj tawariszcz zakurim”, to chyba trójka
A ty przecież znasz te płyty na pamięć, więc mówisz, że nie, że czwórka. Okazało się, że trójka, bo tamta płyta była piracka. I od słowa do słowa, od Aleksandrowa, po cerkiewne nieszpory; po adresy i obietnice nie bez pokrycia jak się okazało, gdy któregoś dnia na okienku nad skrzynka pocztową listonosz zostawił pakunek, który nie mieścił się w wąskim przesmyku na listy. Rzeczywiście, o dziwo, odwzajemnili się i za trzy płyty, wysłali też trzy płyty. Wśród nich ta jedna, gdzie wbrew opisowi nie ma bandyckich ballad Petersburga, ale coś innego. Nie rozumiesz już języka wpychanego natrętnie jako język wroga w podstawówce, który zapomniałeś zaraz po ukończeniu szkoły, ale tyle pojąłeś, że do bardzo plastikowego podkładu facet śpiewał o tym, że ojczyzna znowu kładzie w mogiły dwudziestoletnich gierojów. I nawracające słowo „Afganistan, Afganistan” i jakby przeprosiny, usprawiedliwienie, pytanie, na które nikt nie odpowiada „szto my diełali w Afganistanie”? Michał uśmiecha się ze zrezygnowaniem, ale już jesteście w jednej bańce o ostrych krawędziach. Marianka zaczyna mówić o zdumiewającej ją polskiej poezji, że ona taka inna od ich wierszowanych piosenek, a przecież wciąż słowiańska z ducha; jakby może chciała powiedzieć, że u nich cały czas rządzi rym i śpiewność mowy, którą należy schować do kieszeni jako coś wstydliwego, jak naftalinowe kulki. Kiedy Ty właśnie tej swobodnej śpiewności właśnie szukasz i radośnie witasz ją, odpowiadasz natychmiast, wskrzeszaną czasem u tego czy innego poety. I niemal jednym głosem, że ta polska śpiewność jest już inna. Jakby przemielona, pozbawiona zasad, może nawet mądrzejsza, bo nie terkocząca automatem katarynki.
A dlaczego Michale, zapytasz, tak dobrze mówisz po polsku, bez naleciałości, niemal bez akcentu, skoro ty z Nowosybirska. A Michał uśmiechnie się znowu smutno i powie, że jeszcze w czasach jego średniej szkoły uczyli się z kumplami polskiego, bo wiele dzieł rosyjskich pisarzy było dostępnych i owszem, ale po polsku. Matuszka Rosija wciągnęła ich na indeks i nie pozwalała im do swoich, ich własnym językiem gadać. Marianka kiwa w tle głową twierdząco. I wspominasz wręczenie doktoratu honoris causa Brodskiemu w Katowicach kiedy ten, chociaż swoje wystąpienie przygotował po angielsku, poza protokołem mówił po polsku. A jeszcze wspomnisz w milczeniu świętej pamięci, nieświętego żywota – Władimira Wysockiego, który w latach siedemdziesiątych napisał piosenkę o czołgu który w sierpniowym upale nie rozumie dlaczego stoi nad brzegiem Wisły i „łyka tłusty dym z drugiego brzegu”. Było, minęło?
Kilka dni później wpadnie mi w ręce lekko zdezaktualizowane wydanie „Gazety Wyborczej”, a tam gdzieś na entej stronie informacja o tym, że zmarł Gieorgij Władimow. Na czatach serwisu „nieszuflada.pl” spróbujesz się tą informacją podzielić, no bo przecież po to wymyślono te netowe hocki-klocki, żeby ludzie sobie przekazywali ważne rzeczy. Ale uczestnik czata o pseudonimie zad358 zapyta:
- Kto umarł? Jakiś Bułgar?
Zaczniesz coś tłumaczyć, ale zmilkniesz szybko gdy zad358 wyraźnie da do zrozumienia na kanale ogólnym, że najzwyczajniej drze z Ciebie (?) łacha:
- Byłeś z nim blisko związany? To straszne, taka strata dla literatury bałkańskiej…
A zawtóruje mu serią netowych uśmieszków człowiek o pseudonimie „Andaluzyjski_Podkuchenny” dorzucając też i lapidarne podsumowanie:
- Brawa dla tego Pana…
Pewnie, że brawa.

CDN – jutro o tej samej porze.

RODAKÓW WĄTPIA.

Mój ulubiony krytyk z programu „Dobre Książki”, zahibernowanego a potem skazanego na kanał, kanał kultura – Tomasz Łubieński, wydał kilka miesięcy temu cztery szkice trącające pamięć o Powstaniu Warszawskim pod zbiorczym tytułem „Ani tryumf, ani zgon”. Książka jest napisana w zamierzeniu jako zdroworozsądkowa przeciwwaga dla Normana Daviesa, który w „Powstaniu ‘44” w znacznej zaskakująco dobrze pisał o Polakach, zaskakująco źle o aliantach, czego nikt po nim, jako po Brytyjczyku raczej się nie spodziewał. Książka Łubieńskiego to przeciwwaga krajowa, wpisująca się w nurt odwiecznego dylematu, który chyba jeszcze wielu pokoleniom nie będzie dawał spokoju, przynajmniej jako mentalne natręctwo. Bić się czy nie bić. Mam nadzieję, że nie przyjmie postaci realnego dylematu, ż pozostanie na poziomie rozważań coraz mniej licznej garści pasjonatów.
Łubieński nie stawia jednoznacznych tez. Podrzuca wątpliwości i zadaje niewygodne pytania. Na przykład takie oto, że być może stosujemy jako społeczność podwójny standard, oburzając się o wykorzystywanie dzieci jako żołnierzy w Afryce i czcząc Antka Rozpylacza, najmłodszego powstańca, który ma nawet swój pomnik. Czy aby fakt dopuszczenia do tego, że w bój poszła gównażeria nie obciąża dodatkowo dowódców? Mówimy z lekkim obrzydzeniem o wcielaniu do volksstrumu trzynasto- i czternastolatków a wzruszamy się dzieciakami po „naszej” stronie. Zastanawiam się jednak na ile oceny formułowane dzisiaj są uprawnione w odniesieniu do ludzi, którzy wówczas byli zmuszeni podejmować decyzje. Tutaj mam na myśli próbę moralnej oceny samego Powstania. Na ile na naszych ocenach ciąży to co wiemy – jak to się potoczyło, a czego ówcześni decydenci nie wiedzieli. Pytanie na ile mogli przewidzieć taki rozwój wypadków, na ile mieli prawo mieć nadzieję, że niekorzystna karta się odwróci? Na ile prawo mieli przypuszczać, że wszystko potoczy się wedle scenariusza tak ponurego, że i dzisiaj czytając opracowania historyczne – trudno w nie uwierzyć?

tryumf.jpg

I jeszcze nie byłbym sobą, gdybym nie przyczepił się do miejsc, w których publicystyczna pasja, moim skromnym zdaniem, autora nieco poniosła. Na str. 18 niejako w drodze usprawiedliwienia Francji w 1939 pisze Łubieński, że nie było wcale łatwe w 1939 roku złamanie linii Zygfryda, skoro aliantom piec lat później zajęło to pół roku i kosztowało ich 250 tys. Ofiar. Po pierwsze prosta analogia jest nietrafiona. W 1939 Niemcy na froncie zachodnim nie mieli ani jednego czołgu, na przełomie 1944 i 45 mieli ich sporo więcej, bo każda liczba jest większa od zera. Po drugie w sensie substancjalnym linia Zygfryda była czym innym w roku 1939 a czym innym w 1945. Po drugie mamy tu do czynienia z niejasnością faktograficzną – bo nie wiadomo (takie prawo szkicu, że nie jest praca naukową a luźnym zbiorem przemyśleń na temat) co w zasadzie ma na myśli Łubieński mówiąc o pół roku i ćwierćmilionowych ofiarach? Bo jeżeli mówi o całokształcie walk między wrześniem a marcem 1945 roku, to trudno tu mówić o tym by liniia Zygfryda była centrum wydarzeń wojennych tego okresu. Do listopada 1944 roku Alianci koncentrowali się głównie na walkach na terenie Luksemburga, Belgii i Holandii co się ma do linii Zygfryda jak pocisk do nacisku.
Kolejna wątpliwość dotyczy wpływu Powstania n sytuację 9 Armii niemieckiej. Łubieński sugeruje, że straty jakie by nie były, nie miały w ogóle wpływu na sytuacje na froncie. Nie miały i owszem tylko z tego względu, że Sowiecie zdecydowali się podreptać czas jakiś w miejscu. Miałyby gdyby było inaczej, bo przewaga w ludziach na odcinku Wisły wynosiła 1:10 na Koszyc Sowietów, więc łatwo wyliczyć, że każdy batalion skierowany do Warszawy, Kampinosu, w Góry Świętkorzyskie wydatnie osłabiał 9 Armię. Właśnie i 9 a nie IX Armia. W nomenklaturze Wehrmachtu armie oznaczało się cyframi arabskimi a korpusy rzymskimi.
Tyle tytułem drobiazgów. Książka warta lektury. I to uważnej.

Jad

CZY WŁODEK P. OBRAZIŁ POLAKÓW?

Zastanawiam się nad tym od dwóch dni. Że udział mojego Prezydenta w tych uroczystościach to był obciach, to niestety jest dla mnie jasne. Ale czy Włodek obraził mnie jako Polaka?
Z jednej strony, ze względu na pamięć mojego pradziadka dobrego szwejka z komendy K.O.P.-u w Kołomyi i potem oficera Policji Państwowej w Łapach, który umarł, zginął, został zamordowany nikt nie wie gdzie, poza tym, że gdzieś na wielkim wschodzie; przez pamięć ś.p. wujka Janusza, żołnierza batalionu A.K. „Miotła”; przez pamięć całej mojej rodziny ze strony matki, która zwiedzała wiele lat Syberię w okolicach Tobolska, za to że byli Polakami; przez pamięć brata mojej babci Stanisława, który wstąpił do Armii Andersa a potem do Polskiej Marynarki Wojennej i został odznaczony Krzyżem Walecznych; przez pamięć wielu, podobnych rodzinnych historii – powinienem powiedzieć, że Włodek obraził Ich wszystkich a zatem i mnie zbywając ich milczeniem, a honorując antyfaszystów z Niemiec i Włoch.
Zastanawiam się tylko, czy ktokolwiek z wymienionych chciałby być uhonorowany przez Krwawą Jutrznię Kaukazu, Wężowy Język Morza Barentsa, Dmuchany Pysk Karpia, Dobrego Kagiebowca?

z2693064N.jpg

Nie wiem tego, ale nie sądzę by miał być to dla tych o których mówię szczególny honor. Jeżeli nie mógł wyświadczyć honoru to czy mógł obrazić?

ALLENSTEIN – BRESLAU i NAZAD

Pociąg z Wrocławia do Olsztyna jedzie około siedmiu godzin a to dobra okazja by odrobić braki w wykształceniu. Siedem godzin i słabo uczęszczana trasa to razem czternaście w obie strony. I tak skończył Pietruch czytać JP2. „Pamięć i Tożsamość”.

pd_17995.jpg

Dla wszystkich którzy chcieliby udowodnić paru dziennikarzom, że „JP2 Generation” jednak istnieje – to dobry przewodnik na wejście. W zasadzie można by powiedzieć, że to myślenie papieskie w pigułce, uwolnione zarazem od – nie wszyscy to musza lubić – żargonu filozoficzno-teologicznego, jak i od aktualnych wątków jakie musiały trafiać się w Homiliach zależnych w sposób oczywisty od kontekstu w jakim były głoszone. Wnikliwego czytelnika, który nie miał do tej pory do czynienia z nauczaniem JP2., wiele uproszczeń i skrótów będzie drażnić, ale też to nie jest wykład, tylko autoryzowany zapis rozmów, ze sfingowanymi pytaniami. W kilku miejscach przyjemna dla lektury precyzja myśli o jaka trudno dzisiaj nawet wśród myślicieli.
Do kupna ksiązki Roberta Ostaszewskiego „Dola Idola” przyznaję, że nakłonił mnie w znacznym stopniu jego publiczny występ w Olsztyńskim M.O.K. i czytany przez niego fragment o badaczce średniowiecza która postanawia kupić szorty na promocji w „Realu”.

83-08-03724-0.jpg

Wróżę tej książce wielu wdzięcznych czytelników, aczkolwiek już nie nagrody bo media jednego antykonsumpcjoniste już mają, który wprawdzie gorzej pisze, ale ma do zaoferowania wiele więcej niż inteligentne pisanie, tym bardziej że inteligentnego pisania nie umie uprawiać. No to było o kim innym. Robert Ostaszewski jest krytykiem a to zapewne daje mu błogi dystans i zdolność do zabaw i ćwiczeń warsztatowych. Jego Głowna metoda jest ponura kpina i ze śmiechem przy lekturze jest trochę tak jak ze komediowością „Dnia Świra”. Granica absurdu którym bawi się Ostaszewski w swoich mikro-frasach ustawiona jest niebezpiecznie blisko rzeczywistości, a momentami każe się zastanowić czy to w ogóle jest kpina, czy nie jest to już pseudoreportaż. Podobieństwo do ludzi i sytuacji bywa zatrważające.

6359.jpg

W podróż zabrałem ze sobą też zbiór wierszy Anny Tomaszewskiej „Wiersze do czytania”. Długo wyczekiwany debiut, bardzo elegancko wydany i podany do czytania. Zbiór wierszy poruszających się na granicy ryzyka. W kilku miejscach nie wiem czy nie przekracza granicy ryzyka w nazbyt wyjałowionych sformułowaniach. Taka moja uroda, że to mnie najbardziej drażni co gdzieś już słyszałem albo czytałem i autor nie daje mi o tym zapomnieć. Ale jest spora lekkość tych wierszy jeżeli chodzi o odbiór, zwiewność i je się po prostu dobrze czyta, mózg nie pęka, czacha nie dymi. Dla mnie to zaleta.

muza.jpg

Wracając z Olsztyna postanowiłem wczytać się uważniej w Kazimierza Brakonieckiego, bom dostał od przyjaciół zbiór Kazimierza Brakonieckiego – „Muza domowa”. Tytuł trochę dorzuca. Jakby pretensjonalny lekko, myszka trącący. Niesłusznie. Poezja Brakonieckiego to pasja i szaleństwo a zarazem mistrzostwo. Nie tyle mistrzostwo stylu, bo zdarzają się momenty słabsze formalnie, fraza bywa nieokiełznana, rozlewna aż po brzeg kartki a napór słów zatrzymuje się jak w poemacie po kilkuset wersach. Ale jest to mistrzostwo życia i śmierci. Poezja Brakonieckiego widzi mi się jako jeden z bardziej jaskrawych przykładów na to, jak potrafi wylśnić się poezja doświadczenia. Nie tylko głowa (ratio), nie tylko ręka (techne) do poezji jest potrzebna jak się okazuje. Trzeba też coś przeżyć, wpuścić w siebie kawał świata i życia i zbratać się z nim.
Tyle z lektur wartych wspomnienia.
Jad.
P.S. A występ Piotra Siweckiego w Olsztynie upewnił mnie, że nie warto kupować jego książek ani tez czytac i w ogóle słuchać. No sory, ale to co pokazał autor to był obciach nad obciachy. Po pachy.