Archiwum dla Grudzień, 2004

ZWAŁ CZYLI KUPA.OSZCZĘDZAJ KASĘ.

Może doczekamy się w końcu analizy stanu ducha prozy polskiej opartej na tytułach niektorcyh książek. Gnój. Zwał. Bagno. Jednak z nich wszystkich największa kupa to

225802.JPG

„Zwał” Sławomira Shutego. Już dostał nominację do Paszportu POlityki, ale nie wiem co musiało zajarać szacowne grono, żeby dac się złapać na książkę napisaną po prostu niechlujnie, co Wojciech Kuczok, którego nazwisko legitymizuje konsumpcyjnie książkę znanego anty-konsumpcjonisty – może brać za eksperyment językowy. Ale Pietrucha twierdzi, że to po prostu niechlujstwo, brak polotu i nadmiar chemikaliów, który utrudnia ludziom kojarzyć wątki, hamować emocje, szukać dystansu. Nie ma w „Zwale” ani fabuły ani intrygi, ani przenikliwej analizy. Analiza opiera się na kilku, może kilkunastu powierzchownie zarysowanych sytuacyjkach z życia banku i kilku sloganów wtłoczonych w bełkotliwe monologi. Językowo jest niedorobiony tak samo i ukazuje „niezwykle ubogi zasób słownictwa” jakby napisała pewnie polonistka, a inwencja pozostaje tajemniczą enigmą. Kuleje płynność wypowiedzi sprawiając, że co chwila mamy do czynienia z kulawymi równoważnikami zdań. Co kilka stron musi się pojawić ciąg – flegma, rzyg, sperma, gówno. Albo na odwrót. A w tym wszystkim cierpiący na endogenną psychozę narrator, bohater i rozbabranych kilka wątków ani zaczętych ani skończonych, kilka imion które ni chu chu nie chcą stać się postaciami. To nie „Zwał”, to zwykła kupa. Nie powiem kupa czego. Ogłoszę konkurs – kupą czego jest zbiór spiętych kartek udający książkę autora S.S.?
Dla czytelników bloga – rada: oszczędzajcie kasę. Nie dajcie się nabrać natrętnie kosumpcjonistycznemu marketingowi proroka bez szlafroka, co udaje dziwoka.

Chyba się nawrócę na Masłowską.
Wesołego Nowego Roku, jakbym już nie miał czasu tu zajrzeć.
Wasz Jadek.

S ŁUCHAJĄC LEGALA 4. PACO DE LUCIA. „CASTRO MARIN”. 31 PLN

10260581.jpg

Muzyka Flamenco, w co dzisiaj trudno uwierzyć, do poczatku lat 80-tych XX w. była wytworem bardz lokalnym, coś jak nasza góralszczyzna. Tak jak blues w latach 40-tych ubiegłego wieku. Ot taka, zmiennosc i relatywizm w sztuce i kulturze pop. Gdzies u progu wielkiego boomu na muzyke latino lub udająca latino (patrz „macarena”), były dwie w ązne płyty. Jedną był właśnie „Castro Marin” z roku 1981, i która była bodaj pierwszą tak znaczącą i rozpoznaną płyta Paco de Lucii, genialnego gitarzysty z Alegricas w Hispzanii (born 1947). Wprawdzie nagrywał od roku 1968, ale dopiero ten album przyniósł mu rozgłos, czego świadectwem winyl, w jaki zaopatrzyli się moi rodzice jeszcze w roku 1982 w czaseie saks w RFN. Druga, nieco później wydana to jeszcze słynniejszy album nagrany wspólnie z Johnem McLaughlinem i Al’em Di Meola „Friday Nght in San Franscisco”. Nota bene zwariowany John McLaughlin jest oebcny i na „Castro Marin” w jednym z utworów na gitarze 12 strunowej. Sama płyta jest zas zakomponowana bardzo zgrabnie i skromnie, aranżacja – wyjąwszy tytułowy „Castro Marin” i „Palenque” jest więcej niż skromna. Cały sekret tkwi w melodyce, brzmieniu i pasji, bo nawet nie wirtuozerskich popisach, te przyjdą później.
Tyle było na początku, o czym warto pamiętać gdy przyjdzie znowu słuchać Ryków jakiegoś Martina.

NIEZWYCIĘŻENI CZESCY KOMANDOSI.

Za forum „militaria” Gazety Wyborczej:
z cyklu czeska armia, Autor: Gość: stary mason IP: *.internetdsl.tpnet.pl, Data: 26.12.2004 19:54
Ponad 200 milionów koron (ponad 5 mln USD zapłaciło już czeskie ministerstwo obrony za spadochrony, których użycie może zagrozić bezpieczeństwu żołnierzy jednostek desantowych. Efekt: elitarne czeskie jednostki spadochronowe nie mają spadochronów. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest kontrakt, jaki na dostawę nowych spadochronów dla czeskiej armii podpisało ministerstwo obrony z firmą Anex Cirus, która nigdy wcześniej nie zajmowała się produkcją spadochronów i nie miała w tej dziedzinie żadnych doświadczeń. Ministerialni urzędnicy (z których znaczna część pracuje obecnie w firmie Anex) wybrali ją, jako głównego dostawcę w drodze konkursu. Kontrakt przewiduje dostawę 2300 spadochronów i nadal obowiązuje, mimo że – jak wynika z opinii ekspertów Narodowego Urzędu do spraw Uzbrojenia – z 500 sprawdzonych spadochronów testy bezpieczeństwa przeszło zaledwie kilka egzemplarzy.
Elitarny 43 batalion desantowy z Chrudimia od początku 2001 roku wchodzi w skład sił szybkiego reagowania NATO. Spadochronów, na których można skakać, batalion ma jednak tak niewiele, że praktycznie – jak twierdzi dowódca jednostki Alesz Opata – nie ma ich ogóle. „Te nowe, na których ze względów bezpieczeństwa nie można skakać, pleśnieją w magazynach, a starym kończy się okres żywotności” – wyjaśnił Opata. W całej czeskiej armii – jak wynika z informacji ministerstwa obrony – jest
obecnie do dyspozycji niewiele ponad 200 nadających się do użytku spadochronów OVP-80 i OVP-67. Ich żywotność powoli się kończy i liczba tych, na których można skakać maleje z dnia na dzień. Elitarna jednostka desantowa – brygada specjalna z Prostiejova, która brała udział w akcji w Kosowie, skakać nie może w ogóle. Jak wynika z informacji ministerstwa nie ma na stanie ani jednego spadochronu.

słowem – jednostki desantowe bardzo jednorazowego użytku…

KRONIKA WIDZEŃ. WINIARSKI GUT.

d580943.jpg

Powiem szczerze, że tegoroczne prozy zgłaszane do np. „Nike”. któe miałem okazję przecztać znacznie mnie rozczarowywały. Najmniej rozczarowuje „Gnój” Kuczoka, ale już „Czwarte Niebo” po niezłym wstępie, popada w dróżki na skróty. Nie są to złe kawałki, ale rozczarowujące, jak na poszumek jaki sie wokół nich wytworzył. Tymczasem zaczęła sie ukazywać nowa seria, tym razem w „Zielonej Sowie”, pokonkursowa niejako,a niej jako za pierwszą zabrałem się za „Kronikę Widzeń Złudnych” Jakuba Winiarskiego. Po „Loqueli” która z niewyjaśnionych dla mnie samego względów była dla mnie męczącą wędrówką ze strony na stronę coraz bardziej pod górę – „Kronika” idzie o krok naprzód i o wiele bardziej sie podoba niż czytani finaliści „Nike”. Przede wszystkim o wiele lepiej to wszystko wystylizowane jęzkowo, ciekawie i dogłębnie rozedrgane i rozegrane charakterologicznie, wiarygodne psychologioczne. Styl jednak jest chyba najważniejszy, o ile bowiem konstrukcja fabularna jest zaledwie pretekstem, to styl jest głownym motorem napędowym tej ksiązki. Styl obsesyjny, preseweracyjny, skrzypiący licznymi powtórzeniami. Może za wiele tam samego głownego Narratora i jego rozważań, przemysliwań, zdaje się, że najbardziej to przeszkadza przy końcu, który przez to staje się przegadany (?) a mógłby być zawieszony.
Dla porządku – w moim odczuciu nie jest to rzecz o poszukiwaniu bliskości – jak głosi dopisek p. Gabrieli Matuszek na okładce, bo w gruncie rzeczy potrójne wiązanie relacyjne Luiza-Norbert-Izajasz Anioł wydaje sie być alegorią neurtoycznej duszy poczatku wieku. Duszy, która sama nie wie czy ją coś boli, bo nawet nie wie czy istnieje, czy jest ledwie widzeniem złudnym.
Tutaj pije oczywista do Wiktora Pielewina i jego „Pustoty i Czapajewa” wydanej w Polsce jako „Mały Palec Buddy”… ale to juz osobna historia.
Pozdrawiam, polecam.

Jadosław

KONIEC ROKU. ZANIECHANIA. POCZTA LITERACKA2.BARDZO DŁUGA NOTKA 3.

Porobiło się tak, że nagle sie okazało, że ten blog jest czytany. Dziwne. Niemniej, w związku z tym, że recenzje moje czekaja teraz średnio rok na publikację, oraz to, że w międzyczasie wędrują zwykle od redakcji do redakcji od redaktora do redaktora – blog stał się moim pobieżnym, zdawkowym krytyczno-literackim oknem na świat.Recenzenckim, nie krytyczno-literackim. W zasadzie to nawet gorzej, świadczącym. Bo pisanie o czyimś tomiku to tyle, co dawanie świadectwa, że książka była między nami.
W święta, godząc rodzinne z publicznym, chciałem nadgonić zaległości. Nawet mi sie udało conieco, czemu poświęcę osobną notkę – jedna o prozie, jedną o muzyce pewnie jeszcze. Ale jakos napiety czas przedświąteczny, nienajlepsze zdarzenia i okoliczności przyrody, a potem ten cholerny Arvo Part, sprawiły, że więcej czeka wciąż tomików na przeczytanie, niz zostało chociażby pobieżnie przejrzanych. Najpierw więc lista nierozpoznanej bliżej obecności, ksiązki póki co nietknięte nawet kijem od szczotki: Eryk Ostrowski „Mięta”, Eryk Ostrowski „Ludzie, których obecnosc wystarczy”, Marcin Hamkało „wieter, weiter”, Katarzyna Hagmajer „Fuga”, Tomasz Jamroziński „Stenogramy”, Kazimierz Brakoniecki „Muza domowa”. Do tego tomiki skubnięte, draśnięte we fragmentach ale nie przetrawione jako całości: Jacek Bierut „Igła”, Tomasz Gerszberg „Ciechozimek”, Łukasz Mańczyk „służebność światła”, Marcin Zegadło „Monotonne rewolucje”, Aneta Kamińska „Zapisz zmiany”, Mariusz Tenerowicz „Poza ciemnokrąg”, Paweł Marcinkiewicz „real,-”, Krzysztof Chara „aliquando”.
Udało się w świeta z poetyckich zabawek przejrzeć dogłębniej za to:
obie ksiązki Szymona Babuchowskiego – „sprawy życia, sprawy śmierci” (biblioteka Frondy, Wa-wa 2002) oraz „Czas stukających kołatek” (Topos, Sopot 2004) i jakoś nie trafiło do mnie nic a nic, może tej nowszej ksiązki taki wiersz „Popielec”, nawet ładny i sensowny, ale generalnie po powtarzanym tu i ówdzie (poszumek informacyjny) nazwisku spodziewałem sie conajmniej drugiego Wencla. Zreszta za poezją Wojtka Wencla z tego co sie zetknałem też jakos nieprzesadnie tęsknię, wiec to może wyjaśnia. To chyba nie ten klan. Pomyliłem adresy.

O pomyłkę adresu podejrzewam się także w przypadku Adama Wiedemanna „Kalipso” ( wyd. Prószyński i S-ka, Wawa 2004). To znaczy pewnie jakby przysiadł, stłamisł swoje nieuctwo, lenistwo to bym wysmażył jakąś interpretacyjkę, mądrzejszą lub głupszą, raczej głupszą, ale po co. Lepszą pewnie by napisał Yamros, albo M.Zeg, bo oni czaja czaczę, to co, poczekam na ich teksty to sie czegoś dowiem. Ale ja mam generalny problem z Wiedemanna wierszami, że czuję, jak czytam, że zrobione to jest niegłupio, tylko ja jestem za głupi na ten szyfr. I tak od kiedy pamiętam.

Bożena Brzozowska „kompromis w oprawie” (wyd. ProSoft, Lublin 2004), ma motto z jakiegos mojego szkicu, więc powinno mi byc miło, tyle, że droga i znana mi z netowych ostępów BB – ja nie wiem dlaczego akurat ten akurat niespecjalnie zręczny cytat wybrałaś sobie na motto. A okładka nieco odrzuca sztampowością, za to w środku jest całkiem miło, bo to jednak poezja podmiotu. Więc po Wiedemannie sie odpoczywa, a niektóre zestawienia, emocjonalne notatki kobiety na skraju załamania nerwowego – bywaja frapujące.

Miłosz Kamiński „Przeszłość dla uważnych” (SPP Wrocław 2004, debiut roku 2004) – to rzecz przyjemna i wciagająca zarazem. Chciałoby sie powiedzieć klasycyzm. No ale nie, raczej poezja nasłuchująca, podsłuchjąca, tyle że przeszłość, poprzez obrazy, konterfekty odeszłych, np. naszych Niemców, dziadka. Chciałoby sie powiedzieć, że to taki herbertyzm-zbigniewizm z odrobioną lekcja indywidualizacji języka.

I tyle. Byle.
Byle do przodu

jak mawia poeta.
Jadosław

SŁUCHAJĄC LEGALA 3. ARVO PART. BERLINER MESSE. 29.99 PLN

naxpart.jpg

Co mi pokażesz moja macierzyńska, kochana telewizjo w świetą noc? Łamię się tym problemem, bo już czuje w moczu, że oprócz kolęd w wykonaniu Krawczyka, Kayi i Kasi Kowalskiej, będe miał jakieś banalne pienia przejrzałych ogórków estrady jak Piasek Piaseczny, Mietek Szcześniak, może i zadziorna gwiazdeczka medialna Edith le O’górniak?
Na to wszystko antidotum niech będzie Arvo Part (tutaj a mit umlaut). Kompozytor u którego gra cisza, jakby na przekór światu. Pauzy są długie, wybrzmeiwające, zmienność linii melodycznych i narastanie głosów chórów powolne, niespieszne. Coś jak zimowe wschody słońca między Sw. Katarzyną a Siechnicami, jak powolne obłażenie szronu z drzew w tym słońcu. Nie będąc krytykiem a jedynie słuchaczem, moge podać tylko instrukcje obsługi do wysłuchiwania Berlińskiej Mszy Arvo Parta. Trzeba usiąśc w fotelu, zgasic światło i cicho czekać. Nie mysleć o tych, którzy odeszli. Sami przyjdą.
Komu za duzo zgiełku, kogo opuscił przyjaciel, bliźni zarzucił niesłusznie skurwysyństwo – ten niech słucha tego Arvo Parta i o nic nie pyta. Tam jest wszystko. Jestesmy tutaj trzy minuty. A potem znikamy. Amen.

PARAFIALNIE. PROŚBA. REKUEST.

Świeta są, nie? No to wszystkim czytelnikom życze dobrych świąt, żeby były nagroda za pracowity lub leniwy rok.

Ale proszę – nie wysyłajcie ani mnie ani też sobie ( o ile mogę coś takiego zasugerować, pewnie nie mogę, ale cóż) tych bzdurnych automatycznych życzeń typu „undisclosed recipitents”. Napiszcie do siebie chociaż po zdaniu. od serca. Albo nie piszcie w ogóle. Kto by zaś chciał, niech się wpisze w komentach. Usuńcie Jurodiwego ze swoich skrzynek jezeli ma się z tym wiązac otrzymywanie życzeń od automatu. Ja pisze sobiste, więc czasami drodzy przyjaciele, znajomi i krewni – otrzymujecie je z opóźnieniem lub w ogóle, bo nie wyrabiam.

I za to przepraszam, jeszcze raz czytelnikom bloga, których nie znam, życzę dobrego światła na drodze do domu.

WIGILIA W DOMU WARIATÓW.

Znacie ten tekst Mirosława Czyżykiewicza ? Napisał i inne wigilijne wiersze i jeszcze inne wigilijno-zimowe zaśpiewał. Jakoś się to kojarzyło ostatnio gdy działa się Wigilia wStowarzyszeniu .
Udało się po nieduanym falkstarcie w październiku wręczyć honorowe członkostwa zasłużonym osobom dla Stowarzyszenia , niech wymienie ich, póki na stronie Stowarzyszenia ich nie ma: Ewa Lubowiecka (PR Opole), Janusz Wójcik (Ojciec Założyciel), Paweł Kozerski (Książę na Zamku w Brzegu), Brygida Jakubowicz, Małgosia Marciniak, Monika Wiśniewska, Wojtek Janczyk, Irena Armańska, dr. Maria Wojtczak (PIerwszy Przyjaciel), Dorota Herman (Teatr Dnia Niepowszedniego z Brzegu)

Z ciekawszych spraw to dostaliśmy prezent pod choinkę a nawet dwa:
- Po kilkunastiotygodniowych perturbacjach i korespondencji, Sąd w Opolu wpisał nas do rejetsru Organizacji Pożytku Publicznego. Czyli niebawem będzie można gryzipiórów wesprzeć 1% podatku. Więcej informacji niebawem.

- pewna firma z Wrocławia ofiarowała nam opórcz jednego odebranego we wrześniu, jeszcze cztery inne komputery. Vice twierdzi że trochę szrot, z czarnobiałymi ekranami, bez cd-romów i bez dodatkowych bajerów, ale co tam, moze sie z nich poskłada jeden dobry.

I tyle. Święta idą. No. Wszystkiego Dobrego, chociaż pewnie w Wigilię w nocy coś dopiszę, a co.

Jadosław

P.S. POd choinke kupiłem sobie pierwsze w życiu regularne, skórzane, wysokie z blacha w nosku GLANY. Więc chodzę i śpiewam za K.U.R.ami „Sztany, glany…”

BAR MLECZNY A SPRAWA POLSKA.

Ewa Einhorn i Terese Mrnvik ze Szwecji nakręcą film, a ścislej nakręciły juz o polskich barach mlecznych na wybranych przykładach, o czym można przeczytać duśując tenże link . O Barach mlecznych pisała już swego czasu w „Więzi” Julia Hartwig, za czasów Ministra Kołodki powstał komitet obrony barów mlecznych:

bary.gif

Dopisek 22.12.2004
Oups tutaj pono gołe baby sie pojawiają, zatem polecam tę stronkę o wdzięcznej nazwie oczywista WWW.BARMLECZNY.COM

title_bar_blue.gif

Niemniej, temat barów mlecznych a sprawy polskiej nadal wydajesię być nie do końca zgłębiony a recepcja kulturotwórczej i integracyjnej roli barów mlecznych wydaje sie pozostawiac wiele do życzenia. Wszkaże to dzieki barom mlecznym, niestety już świętej pamięci „Dworzanin” (ul. Floriańska, Kraków) oraz „Studencki” a potem „Barcelona” (róg Piłsudskiego, vis a vis Collegium Nowvum UJ) przetrwałem najtrudniejsze chwile na studiach. To tam studenctwo miało okazje porozmawiać niezobowiązująco z korpusem doktorantów a nawet i czasem habilitantów. Tamże snuło się plany podoboju świata, czując w smaku nieśmiertelnej kaszy z dwoma sadzonymi i buraczkami, że to będzie inaczej. Bar mleczny bowiem w całym swoim jestestwie obnażał przed konsumentem pierogów ruskich sfastrygowaną z trudem strukturę świata, przywoływał do pionu po zajęciach z np. analizy egzystencjalnej według Frankla, nie pozwalał lewitowac w oparach teorii.

To o barze typu akademickiego. A przecież osobną podkategoria barów, są bary dworcowe (sonet dróg wygnania i schodzenia się), stołówki internatowe (pieśń donoszonych obiadów w podstawówce), szkolne (gdzie jesteś przezgrabna drobinko z Ie co wylałaś mi na plecy ogórkową w maju 1990 roku?).

O, Gastronomio uspołeczniona, zdroju wzruszeń, jutrzenko dietetyki, żyj sto lat albo i dłużej, nie dawaj się kapitalizmowi, samorządowi miasta, powiatu i województwa, plwaj na ministerstwu finansów!

Zjadliwy
Jadosław

A JA MYŚLĘ O TYCH, KTÓRYCH SZLAG POTRAFIAŁ.

Przyszły dzisiaj zamówione wlepki z Teniznem Delekiem do lepienia gdzie się da. Z 50 sztuk, już poszło, zostało 35. Chyba to troche sztuka dla sztuki, bo jak donosi Students for Free Tibet:
„On Monday, AFP quoted a prison official in China saying „This monk has not been executed. I heard they’re considering changing his penalty to life imprisonment or a fixed-term penalty,” (see article). This isn’t an official statement, and not something we should rely on, but if prison officials are speaking publicly about the case of Tenzin Delek, we know we are making significant progress.”
Ale jak zwykle cos sie kojarzy a mnie sie kojarzy odnośny cytat z piosenki Jana Krzysztofa Kelusa. Komentarz odnośny – piosenka opowiada o tym jak w smętnych a czasem dramatycznych latach 70-tych i 80 – tych JKK jeździł po szosach PRL i zbierał jeże od zguby niechybnej pod kołami automobili. I teraz sie skojarzyło jakoś tak to szło:

” …jeże z worka chyłkiem, chowają sie w krzakach
a ja myślę o tych, które szlag potrafiał…”

I tyle.
Jadosław