Archiwum dla Październik, 2004

CZASOWO NIECZYNNE.

Z powodu choroby zatok oraz innych przypadłości obrzydłych.

KOSZMARNIK PORANNY

Ostatniej nocy bardzo dobrze się spało, w tym sensie, że głęboko i bez przerwy. Ale co tam się działo, to ech. Sniło mi się że siedziałem w jury konkursu znacznego w Krakowie albo Gdańsku o liść Klonu czy innego Jawora. I tak siedzieliśmy w kilka osób, ale kogo tam nie było w tym jury, sami szanujący się ludzie patrzący sobie na ręce jakby te ręce były naprawdę ważne, jakby wszystko nie chodziło pod stołem. No i siedzimy a tu na stół w takich plastikowych korytkach wjeżdżają wiersze w równych stosikach. To zaczynamy przeglądać a tu nagle widzę po ujrzeniu siódmego zestawu, że tam, jest coś takiego, że myśle najpierw „qrwa” a potem jeszcze „o ja pierdzielę”. A tam są moje własne wiersze! I kurde patrzę przerażony po czołach jurorów, a oni widzę też się pocą i wpatrują się w jeden zestaw. I nagle jeden mówi:
-ekhm, koledzy ja tu widzę wiersze opublikowane wcześniej w jakimś debiutanckim tomiku, ekhm, ekhm
A ja czuję, skóra mi cierpnie na karczychu i chcę coś powiedzeić, że koledzy, że sie przeprasza, to jakaś wredna dziennikarska prowokacja jakich ostatnio cała masa dookoła, ale ten siwy i bardzo szanowany literat mówi:
- ekhm, koledzy chciałbym abyśmy się bliżej przyjrzeli zestawowi opatrzonemu godłem… – Zrobiło mi się ciemno, bo ujrzałem swoje wiersze a pod nimi godło. I to godło… – ekhm, yhyhy – przewdoniczący jury zaczynał się pomału krztusić – godło… Sir Galahad zwany C
Czystym…
I nagle rozdzowniły się dzwonki alarmowe, zupełnie jak z mojej komórki a w uchu przez sen odebranego telefonu zdźwięczał głos Szamana
- Te no kurna stoje od pięciu minut pod domem, jedziesz do tej pracy czy nie.

Chwała Blogu

Wasz

Jadosław

GLIWICE. DAWID KOTEJA. ŚWIATŁO

Więc weekendowo zasiadałem w jury turnieju jednego wiersza w Klubie „Perełka” w Gliwicach. Pełna sala, prawie 70-ciu uczestników i miejsce które tak sentymentalnie się nazywa a jednak jest dla Gliwic jak sie okazuje ważne, kultowe. Konkurs rozgrywany już po raz XVIII. I jak bardzo czesto się zdarza jury, chociaz zróżnicowane nie miało wątpliwości co do czołówki. I byli to po kolei od wyróżnień: Krystyna Borkowska, Anna Pojda, Agata Nosal, Jacek Strzałkowski, Roman Knap, Jolanta Kogut, Marysia Chłopek; potem dwie III nagrody – Adam Grzelec znany powszechniej jako Grzelu, Mirka Pajewska, II nagroda – Paweł Kobylański i wreszcie pierwsza – DAWID KOTEJA. Kiedy odbierał nagrodę potrafiłem tylko powiedzieć coś o świetle, że go ma. A teraz jego wiersz.

Nieznany Portret Edwarda Muncha

Przypuśćmy, że Edward M. jeszcze nie umarł,
że wciąż ma dość czasu na zaparzanie sobie herbaty,
że gdy nikt nie patrzy, wystawia
sztalugę na balkon i pisze na płótnie wiersz
suchym jak patyk
palcem

przypuśćmy, że Edward M. ma lat dwadzieścia pięć
i rozróżnia jeszcze kolory miasta,
że to miasto jest niemą żebraczką, której
na chleb powinno się rzucać ot tak, bo nie poprosi
a Edward M. nic sobie z tego nie robi
i gra
głośno na akordeonie

przypuśćmy, że
to wszystko potoczyło się trochę inaczej, że Edward M.
właśnie podkrada lizaki z cukierni na rogu
a już za chwilę, w parku, jego dziecięca ciekawość
uniesie dziewczęcą sukienkę
wtedy, między tymi smukłymi nogami
dostrzeże
łyżkę aluminiową
strąconą ostatnim oddechem

I Edwarda M.
w otoczeniu córek wnuków bogów
kłócących się o niedojedzoną porcję rosołu

Ten to przedruk czynię bez zgody autora, więc jak coś, niech mi powie żebym zdjął, ale bardzo się ucieszyłem. Ze ktoś młody, zupełnie nie znany, w każdym razie nieznany w środowiskowych rankingach popularności, tajnych asów z rękawa.
Pzdr
Jadosław

UNDERGRUNT RESSUREXIT!

PO wielu miesiącach czy nawet latach nieobecności wraca na łącza „UNDERGRUNT”! Po prawdzie jestem zawieszonym na własną prośbę członkiem rady redakcyjnej, ale witam ten fakt z radością, że jak na razie to pismo wywinęło się spod kosy. Niebawem tez ma się pokazać zaległy od wiosny numer papierowego „U”, który w szacie graficznej ma miec coś wspólnego z tym zdjęciem jak rozumiem.

markoff.jpg

I dobrze, że sie uratowali, bo w ostatnich latach, powiedzmy 3 lub 4 lista poległych czasopism kulturalnych jest zbyt obszerna by zbyc ją milczeniem. Przypatrzymy się pobieżnie: Arkusz, Nowy Wiek, Meglaopolis, Strony (dawne „Opole”), Magazyn Literacki, Metafora, Arytmia, Pismo Artystyczno – Literackie, Dykcja, Przez Czerń, Literatura, ARTyleria. Na granicy egzystencji jest chyba Pracownia, Kresy, Opcje, Protokół Kulturalny, Pomosty, Kultura (bia łostocka)…

Może to tylko początek takich obiecującycy zmartwychwstań. Przypomniec wypada że w takim imponującym stylu jakiś czas temu ponownie odrodziła się KURSYWA . I oby więcej takich newsów na tym i nie tylko na tym blogu.
Chwała Bogu,

Wasz Jadosław

PODSTĘPY BIURA czyli o TYM JAK MNIE KOPŁA

To było tak. Czekałem na publikację tej mojej śmiesznej wypociny na stronie Biura Literackiego pod przewodem Artura Burszty, nie licząc już nawet na uzyskanie potwierdzenia terminu przyszłorocznego Portu Literackiego. Wiedziałem że Biuro i tak zapomni do kiwetnia co powiedziało jakiemuś tam ex-animatorowi życia literackiego z Brzegu. Tak jak zapomniało o rozmowach z redakcją „Odry”, że środy to może by oddało jednak na Wrocławskie Studium Literackie. Więc luuuu, wywaliłem tekst na mojej ulubionej nieszufladzie i zrobiła się zadymka, którą można podczytać po naduśnięciu tego linka. W czasie gdy impreza się nakręcała – pierwszy wpis o 10:51, po 12 godzinach o 22:23 mój głos w dyskusji wisiał już na stronach Portu Biura czy też Biura Portu.
I to jest straszna zdrada! Teraz wszyscy będą myśleli, że zostałem wykupiony przez Biuro, żeby mieszać na nieszufladzie i napędzać wątki na stronach Portowego Biurokractwa!
Protestuję.

A żeby było śmieszniej to było jeszcze tak:
Idziemy sobie z Ka ulicą, wrocław prycha deszczem i wiedziemy spór dogmatyczny o coś tam szalenie istotnego a zdania jesteśmy różnego, więc spór narasta. W końcu żeby załagodzić mówię do Ka tak:
– Kochana pogadajmy rozsądnie, kulturalnie i konkretnie jak Ojciec Dyrektor Biura Literackiego z autorem, powiedzmy takim, który chce się wedrzeć na jego strony dyskusyjne – zawiesiłem głos, żeby dotarło, bo jeszcze brzęczały w nas wiersze Tomka Różyckiego jak ta lala (wiersze, nie Tomek), a Ka łypie na mnie oczętami przeciwpancernymi typu Bella Donna, no to jadę dalej w deseń bo ona jest dobra, bo nie jest ze środowiska, to myślę punkt dla mnie teraz już ją mam, już wygrałem:
- Dla ułatwienia umówmy się, że ja będę Arturem B. a ty autorem… – Ale nie dokończyłem bo poczułem ból w udzie, gdyż Ka wykonała wykop w kierunku moich pośladkow, ale jak to się mawiało w podtsawówce na boisku – zeszło jej.
I tak oto odniosłem pierwsze uszczerbki fizyczne w walce o poezję.

Wasz Jadosław

PRZEGL ĄD PRASY. BECZKA WESELA

Nie robiłbym tego, ale zauroczyłem się, więc to zrobię – polecę tygodnik opinii „Polityka”. Jak wiadomo tygodnik opinii to taki folder reklamowy gęsto przetykany tekstami o większym pozioie trafności i rzetelności niż w dzienniku. Niby się go nie lubi, żżyma na niego, ale się go czyta. No to się czyta i w tym numerze dwie okoliczności skłaniają do radości. Jedna to taka, że Tomek Różycki obecny podwójnie – w recenzji wierszy zebranych pióra Herr Jaroslava von Kleinbauma i w felietonie kolegi Pilcha Jerzego. Tutaj się cieszyć potrza.
Inaczej jest w wypadku wywiadu sir Jacka Żakowskiego z Naomi Klein – aletrglobalistką, która sama o sobie mówi że jest wolna od ideologii i interesuje ją tylko jak się żyje zwykłym ludziom (ach, skąd my to znamy, wolną od ideologii troskę o zwykłego człowieka? Zwykłego czyli jakiego?). Napisała ta Pani książkę „No logo” i po tym wywiadzie już mi się ksiązki czytać nie chce. Dodajmy Pani jest z Toronto w Kanadzie co nieco wyjaśnia, chociaż nie tłumaczy do końca bredni jakie ta pani wygaduje. Kilka cyctatów jest jednak uroczych. Oto one:

[o zmianach między 1999 a 2004]
Po marazmie lat 90. historia ruszyła do przodu, potem był 11 września i media przestały się zajmować wyłącznie głupotami [...]

Dla Pani Naomi, to między 1989 a 2001 w historii był marazm a media zajmowały sie głupotami? Z perspektywy Toronto nie zauważyła Pani zapewne wojny w Czeczenii, Ruandzie i Burundi, Liberii, obalenia Czerwonych Khmerów, serii wojen w Jugosławii. Chociażby taka Srebrenica i 7 tys. trupów bośniaków to głupota, co innego gdyby zamiast masakrować Srebrenicę Serbowie z Toronto zabili ulubionego szympansa w Torontońskim Zoo. Ale co się dziwić, w roku 1998, latem cała Kanada żyła odejściem Wayne’a Gretzky’ego z NHL. Jesienią 2001 gdy w Afaganistanie toczyła się wojna w telewizji poświęcano jej 20 sekund a 3 minuty np. trwał materiał o tym, że Vancouver okryło się żałobą bo zmarła ukochana orka w oceanarium.

ale lećmy dalej:

„…Już nikt rozsądny nie wierzy, iż demokratyczny Irak jest możliwy w przewidywalnej przyszłości. Wystarczy popatrzeć, jak trudno jest zbudować demokrację w Rosji czy na Ukrainie.”

Pytanie – czy argumentem w sprawie Iraku jest Rosja i Ukraina? Czy te dwa kraje są porównywalne wobec trzeciego? I czy z faktu że i w jednym i w drugim demokracja kuleje, można wyciągać ajkiekolwiek rozsądne wnioski dla Iraku? Czy z faktu, że armia Kanadyjska ma cztery niesprawne okręty podowdne do ochorny swych morskich granic wynika, że Polska Marynarka Wojenna powinna się zredukować o 97%?
i jeszcze jeden dla smaku na koniec cytat z totalnie nieideologicznej alterglobalistki:

… Fundamentaliści islamscy są w Iraku problemem, ale większym problemem są fundamentaliści rynkowi.
To może Kanada, która tak super na tle sobie radzi zamieniłaby się z Irakijczykami?

” Żadne prawo nie pozwala niszczyć innego kraju, bombardować miast tylko dlatego, że komuś się nie podoba władza, która w tym kraju rządzi.”

Piękna zasada, tylko co byś powiedziała Naomi gdyby jakiś kumpel-dyktator wrzucił cię do pierdla, a jego kolesie na przykład wkładaliby ci pałkę elektryczną w pochwę i włączali 220 V?
Wtedy też byś broniła suwerenności państwa, niezależnieod tego kto i jak w nim rządzi, czy może zaczęłabyś się na początku cicho, a potem głośniej modlić o interwencję, chociażby w imię wielkich korporacji?

Cała władza w ręce Zwykłych Ludzi. Takich jak Skurwiel Łukaszenko.

Miłego dnia życzy Jadosław

WISI BREGART NA KOŁKU

Naprawdę nie sądziłem że jedną z pierwszych informacji jaką zapodam na tym blogu po zimianie zarządu w Ekipie , będzie taka, że art-zine z Brzegu – „BregArt” zawiesza swoją działalność do odwołania. W praktyce, z tego co sie dowiedziałem od kolegów i koleżanek z kregów zblizonych do zarządu, oznacza to, że nie powróci już raczej nigdy w formie papierowej. Najwyżej będzie działał jako art-zine sieciowo-płytowy. I trudno dostepny

bregart18_small.jpg

numer 18 będzie ostatnim na jakiś czas dłuższy. Numer 19-ty był podobno robiony od kwietnia, ale teraz miał byc robiony od początku, czyli tak naprawde nie wiadomo czy był robiony w ogóle w jakikolwiek sposób, bo jeżeli sie mówi w październiku, że żeby cos zrobić co się robiło od kwietnia trzeba zacząć od początku – a w zasadzie się miało wszelkie materiały żeby numer zrobić na sierpień, co się zapowiadało w lipcu… to może dobrze, że nowy zarząd zawiesił wydawanie „bregArtu”.
Jak ktos chce to może napisac do nowego zarządu, byłej redakcji, że to niesprawiedliwe.
Ale tak chyba musi być.

Z LISTY LEKTUR

Nie dostałem wprawdzie listy lektur obowiązkowych z Biura Literackiego z załączonym zobowiązaniem do napisania recenzji, zapewne niejako programowo (kto nie wie o co chodzi, nie sprawdzi) . Dzisiaj jest 18 października, więc 17 października był wczoraj. Niemniej jak wiekszosc mieszkańców tego piekne kraju radze sobie na rozmiate sposoby. Na przykład jest nieźle zaopatrzone stoisko w przejściu pod peronami na dworcu PKP we Wrocku i tam Ka nabyła w prezencie dla mnie „Opowiadania Odeskie” Izaaka Babla, które radosnie sobie przypomniałem, wraz z ulubionym moim „Tak to się robiło w Odessie” a w nim przepyszna przemowa Beni Krzyka nad grobem Józefa Muginsztejna.
Dla ułatwienia dodam, że Izaak Babel

babel_d.jpg

nie otrzymał i juz nie otrzyma nigdy Nagrody Literackiej im. Alfreda Nobla.

Zapewne to ustawiło mi percepcję lektur ksiażek Piątka („Heroina”), Olszewskiego („Do Amsterdamu”), Kruszyńskiego („Na lądach i morzach”), Piotra Wojciechowskiego („Czaszka w czaszce”, „Próba listopada”) i jakichś osmiu, może dziewięciu tomików poetyckich z których zapamietałem tylko Piotra Macierzyńskiego „tfu, tfu” ale wcale nie dlatego że mi sie podobał.

Z powyższych zas ksiązek prozatorskich polecic z czystym sumieniem moge zaledwie Wojciechowskiego i Kruszyńskiego co świaczy tylko dobitnie o tym, że dobra proza się rodzi po czterdziestce.

Jadosław

KUCHNIA PEŁNA NIESPODZIANEK

Nie słabnie głeboki afekt do Biura Literackiego przeżywany przez autora tych słów. Powiedzmy usiłujemy jakoś się zgadać, napisać do A.B., prowadzącego Biuro Literackie we Wrocławiu, że widzi Pan, tutaj ten teges, terminy nam się często pokrywały, to może wyłożymy karty na stół i uznając, że gramy po tej samej stronie („Nie bądź głupi, czytaj!”) dokonamy jakiegoś rozgraniczenia. Kontredans trwał od wczesnego lata, czyli od kiedy się znało termin i more or less program Konfrontacji Literackich „Syfon” na rok 2005. A tu nic i nic. Ustalamy szczegóły, jeszcze nie wiemy, dam dopowiedź w przyszłym tygodniu. No można się wkurwić, ale nikt się nie wkurwił. No to się pisze dalej, elaboruje, monituje. W końcu ludzie w Brzegu mówią chwdbl, trzeba ustawić termin. No to, mówię misja ostatniej szansy, wyślemy termin, zobaczymy co powiedzą. Termin 19-23 kwietnia. Odpowiedź:

„no to chyba terminy nam sie nałożą bo my robimy Port Literacki w drugi lub trzeci weekend kwietnia”.

Teraz pytanie, którym weekendem kwietnia jest weekend 23-24? Brawo drogie dzieci, to jest weekend czwarty:-).

Teraz pytanie czy osoba odpisująca na mejl numer 4 lub 5 pod hasłem „dogadajmy się jak animator z animatorem” – zakładamy oczywiście, że nie był to A.B. tylko jeden z pomocników:
- kłamała co do daty nie myliła się co do liczby porządkowej weekendu,
- kłamała co do liczby porządkowej weekendu ale nie co do daty
- w ogóle nie kłamała, tylko pieprzneła byle wyszło, że ktoś musi ustapić, najlepiej na zawsze, miejsca BL
- źle policzyła weekendy
- żadne z powżyszych (czyli co?)

Tymczasem jak wiadomo Biuro Literackie pozazdrościło popularności otwartym portalom literackim i uruchomiło swój projekt – Przystań. A w nim dział „Dyskusje”. Dyskusje swoją zażartoscią i temperaturą przewyższają wszystkie mi do tej pory poznane fora wymiany myśli w internecie, zapewne za sprawą nowatorskich technik moderacji. Kto nie wierzy, niech naduśnie ten link i sprawdzi! . Dla osoby której uda się zamieścić kolejny głos w dyskusji –
nagroda w postaci Łunochoda.

Ja próbowałem jakiś tydzień temu, może lepiej, gdzieś, powiedzmy 11 dni temu. Odesłano mi mój własny głos do korekty i zapadła głucha cisza, chociaż nie przeczę, poprawiłem swoją wypowiedź. No kto następny? Forum Przystani czeka na Twój głos!

Wasz Jadosław

P.S. Ani chybi a znowu pierwszy wpis będe miał od kogoś z Biura Literackiego, tak jak poprzednim razem. Trzymajcie mnie bo się zakrztuszę goździkami.

JAKOŚ TAK SIĘ POSKŁADAŁO.

Wczoraj w rozmowach na czasie Katarzyny Janowskiej i Piotra Mucharskiego wystapił w rozmowie na temat literatury Jacek Podsiadło, Sztefen Chwin i Wojciech Kuczok. Mniejsza o program, po raz pierwszy od dawna Jacek Podsiadło sie pokazał publicznie, nie spalił się, nie oblał benzyną. A ja właśnie napisałem piąty z cyklu, odcinek dla świnek o jednym wierszu który mnie trąca. Dotychczasowe odcinki ukazywały się tu i ówdzie. Ten na razie został odrzucony, to zamieszczam go poniżej, bo w nocy jadę do Gniezna na II Festiwal Nowej Poezji Europa Srodka (fajnie sie nazywa, zobaczymy co tam jest grane), to i juz nic mądergo nie napiszę. Miłej lektury.

BLUŹNIERCZA SZTAMA

SOBIE NA 33 URODZINY
Kraków za oknem schodzi do swojego
podziemnego alter ego po dwudziestu stopniach mrozu, sztywno,
o kulach kościelnych wież, gdy ja patrzę w lustro nieudolnie
podrabiające rysy twarzy, powtarzające układ zmarszczek i pasm włosów.
Teraz, wypalony, mogę Go zrozumieć. Gównażeria wrzeszcząca:
„nie wierz nikomu po trzydziestce!” miała rację. Oto najlepszy moment,
ostatnia chwila, by dać się powiesić nago na publicznym widoku, oblać się beznyzną
i ostatni raz stanąć w ogniu samego siebie, w imię idei, zanim przestanie być ważna,
zanim stanę się zimnym wyjadaczem ciepłych resztek z wagin
coraz młodszych dziewcząt, nędzniejszym od kurwy harasymowiczem odcinającym
kupony od własnej niesławy czy małym humerkiem zasłaniającym się niepamięcią
jak tarczą. Niezdolny do Miłości staję się zdolny do wszystkiego
innego, reszta to proste mechanizmy. Gerentokracja…
I ten rozmydlony Stachura miał rację: kochać można i tak, jak się przenosi góry:
siłą woli. Na starość zostają tylko wyuczone za młodu triki,
śmieszne zapamiętane cytaty, zapamiętale powtarzane. Będę wracał przed to lustro.

Jacek Podsiadło z tomu „Wychwyt Grahama”

Miałem przerwę. Obchodziłem trzydzieste urodziny. Wracając do zajęć sennych, długotrwałych szukałem podpowiedzi na ciąg dalszy. Bracia Luteranie dla których pierwotnie zacząłem regularnie prowadzić te zapiski wirydarzowe nad cudzymi wierszami od jakiegoś czasu już nie drukują moich wypocin, ale przysyłają mi regularnie zaproszenia na wakacje z duchami świętymi, nadal jestem na liście honorowych prenumeratorów ich pisma misyjnego. Nie jestem bynajmniej tym faktem zmartwiony, bardzo się cieszę, że los nas zetknął. Pozostał mi odruch poszukiwacza. Chciałem zatem napisać, przez siebie, o buncie który się ustatecznia, i miało być o Tacie Jacka Podsiadły i o tym jak naprawił zegar. Wszystko z wiersza „Chwytanie powietrza” – str.33 „Wychwytu Grahama”. Tymczasem wracając do – jak na razie – ostatniego tomu Podsiadły, wbiłem się ponownie (niby na rożen) na ten wiersz powyżej. I wiersz zaczął (dzięki braciom Luteranom jak sądzę) gadać do mnie zupełnie innym językiem niż lat temu pięć kiedy pierwszy raz do niego podchodziłem z długopisem w ręce. Napisałem wówczas pewną ilość niepotrzebnych bzdur, bądź prawdek, tyle że płochych. Że oto bunt nie tyle się ustatecznia co uwewnętrznia. Sugeruje to chociażby zdanie wstępne, w którym miasto całe schodzi do podziemia. Symboliczny akt założycielski nowego kosmosu, ale ukrytego przed wzrokiem. I zaraz potem poddanie w wątpliwość wiarygodności podmiota (posłuchaj jak pięknie brzmi to słowo gdy je wymawiać powoli – wiary-godność) wobec własnego odbicia w lustrze. Na tym wówczas się zatrzymałem. Na tym jak niegdysiejszy buntownik, nawet taki jakim dał się poznać Jacek P. w „Wychwycie Grahama”, staje wobec siebie i z pasją równą tej z jaką kiedyś rewoltę ogłaszał – mówi sobie że to koniec. Teraz tylko spalenie, kiedy każda nowa miłość, miłostka staje się przewidywalna jak przewidywalne są kolejne stadia fizjologii, metabolizmu, wzrostu i kurczenia się życia. „Zostają wyuczone za młodu triki”. A tak jest, jest jak się tę Miłość skopie i zeszmaci, zużyje raz piętnasty czy szesnasty – to się czujesz czasem jak ta kurwa z nędzą. I proszę się nie obruszać o ten wulgaryzm, to nie pod adresem szanownej widowni. Czasem się nie da inaczej o sobie samym szczerze.

Tak z rosnącą wyrazistością myślałem o tym wierszu, trzymając się dopiętej do postaci Jacka Wagabundy Poezji etykietki „życiopisania”. I ten Stachura nawet zdawał się potwierdzać moją interpretację i tę rozprawę z Miłością na koniec tomu.

Pod spodem jednak przyczaiła się zupełnie inna perspektywa (dzięki wam bracia Luteranie, chociaż tego nie wydrukujecie, wiem, nie mam żalu, ekumenia ma swoje granice, znam je i niniejszym świadomie przekraczam). W jakim to lustrze się przegląda nasz bezlitosny, buntowniczy ale i bluźnierczy podmiot? A ściślej – kto staje się lustrem dla naszego podmiotu obchodzącego 33-cie urodziny, być może w okolicach jakiegoś kościoła, co sugeruje początek wiersza. Kogo pisanego zaimkiem z wielkiej litery może wreszcie zrozumieć nasz buntowniczy podmiot? „Teraz, wypalony, mogę Go zrozumieć”. O jakiego typu zrozumienie graniczące z utożsamieniem (naśladowaniem?) tutaj chodzi? Na pewno niewiele ma ono wspólnego z kościelną doktryną. Podmiot patrzy niewątpliwie w Tego, który – teraz mała parafraza: w 33 urodziny dał się powiesić na widoku publicznym w imię idei. Ale nie patrzy na Niego jak na Boga, ale kogoś mu bliskiego przynajmniej na jednej płaszczyźnie – doświadczenia buntu. I jest w tej relacji coś partnerskiego, zatem bluźnierczego, bardziej człowieczego niż boskiego, jakby przeczucie podobnego wypalenia i wynikających z niego decyzji. Podobnego w swoim schemacie a nie treści jaką schemat się wypełnił, bo jeżeli wierzyć w to co napisane – to treść była inna, ale przesłanie zdaje się być takie samo. Sztama bluźniercza. W jej pomroku (bo przecież nie świetle!) wydawać się może, że pozwolenie na to by zostać powieszonym na widoku publicznym było aktem rezygnacji a nie heroicznego uniesienia. Rezygnacji z siebie, póki jeszcze ma sie na to siłę i odwagę. To chyba ostatni moment, mówi podmiot. Ostatni czyli najlepszy.

Zatem bunt się u-ostatecznia a nie ustatatecznia, zostaje a nie ustaje. Odbicia w lustrze się nakładają na siebie i nie wiadomo kto jest kim. Wiadomo tylko, że przed lustro trzeba wracać. Bo może jeszcze tylko ono świadczy o tym, że pomimo przekroczenia trzydziestki, jest się wiarygodnym. I wystarczy ogień nosić pod paznokciami, nie wypuszczać go z siebie, najwyżej wciągać dym, pić dużo wody, kontrolować odruchy. Może dzięki temu jest jeszcze ważna idea dla której piszę. Dla której pisze się.

Radosław Wiśniewski