Archiwum dla Maj, 2004

NIEZALEŻNIE OD WSZYSTKIEGO

Tybetańczycy zakończyli strajk głodowy pod siedzibą ONZ. Czekaja na podjęcie pierwszych kroków. A tutaj kolejne dwa wiersze, teksty opisujące to ze strony Tybetańskiej:

Sen
Topden Cering
maj 2004

Om Mani Padme Hum
Śnią mi się trzy MiG-i
Nad Pekinem
Równające z ziemią
Cały kompleks Zhongnanhai

Trzech młodych Tybetańczyków, zaciekłych młodych Tybetańczyków
Albo dwóch Tybetańczyków i sojusznik, wierny sojusznik
Albo jeden Tybetańczyk i dwóch sojuszników, nieustępliwych sojuszników
Albo trzech sojuszników, trzech zażartych sojuszników

O świcie, gdy równiny Nowego Meksyku
Pieszczą pierwsze promienie słońca
Błękit przecinają trzy odrzutowce
Rycząc Rangzen w pustkę bez „teraz”

Nad otoczonym murem miastem
Tuż nad przerażającym kłębowiskiem biurokratów
Żywiących się losem, marzeniami i nadziejami Tybetańczyków
Nad tłuszczą spasionych czarnych garniturów, czerwonych flag i czarnych serc

Samoloty zawisają na chwilę w powietrzu
Na skrzydłach barwy srebrnych pocisków
A pod ich brzuchami rozwija się
Czerwony aksamit strzępów wspomnień

1959, tybetańskie trupy w chińskim gułagu
Trupy na ulicach, w mrocznych lochach totalnego zniewolenia
Gwałcone mniszki, wygnanie, bezdomność, odmrożenia
Umierający naród

Tenzin (a może to Jakub?)
Naciska czerwony guzik
Szepcąc Om Mani Padme Hum
Bezgłośnie sypią się bomby

Jiang, Zhu, Chao, Mao
Hurtem, ze swoimi inżynierskimi dyplomami
I liszajem kampanii mocnego uderzenia
Znikają… cyk… khallas

Śnią mi się trzy MiG-i
Nad Pekinem
Równające z ziemią
Cały kompleks Zhongnanhai

(Za dnia maluję
Ściany, parapety, okna
W palącym słońcu Nowego Meksyku
Na szyi dynda mi medalik
Czekam na chwilę wytchnienia, telewizję, pizzę, piwo
I dyskusję na Phayul.com)

Śnią mi się trzy MiG-i
Nad Pekinem
Równające z ziemią
Cały kompleks Zhongnanhai

Jestem terrorystą
Tenzin Cunde
maj 2004

Jestem terrorystą.
Lubię zabijać.
Mam rogi, dwa kły
I ogon ważki.
Przepędzony z domu,
Kryję się przed lękiem, ratuję życie.
Zatrzaskują mi przed nosem wszystkie drzwi,
Niezmiennie odmawiają sprawiedliwości,
Wystawiają na próbę cierpliwość w telewizji,
Poniewierają na oczach milczącej większości,
Przypierają do muru w ślepej uliczce,
Z której wróciłem.

Jestem upokorzeniem,
Które wciągnęliście
Spłaszczonym nosem.
Jestem hańbą,
Którą pogrzebaliście w mroku.
Jestem terrorystą.
Zastrzelcie mnie.

Tchórzostwo i strach zostawiłem
W dolinie
Spasionych kotów
I kanapowych psów.

Jestem sam,
Nie mam nic do stracenia.

Jestem pociskiem
Nie myślę
Wyrywam z blaszanej gilzy
W porywający dwusekundowy żywot
I ginę z zabitym.

Jestem życiem,
Które zostawiliście za sobą.

Tłumaczenie i miejsce mojego inteletualnego kradziejstwa to jak zwykle strona Helsinskiej Fundacji Praw Człowieka.

Na razie Tybetańczycy powstrzymują się od używania przemocy, bo to warunek jaki postawił Dalaj Lama, aby reprezentować ich interesy w tym świecie złym. Pozdrawiam na niedzielę. Coraz powazniej myślę imprezie literackiej for Free Tibet. Rockowe juz były… Ed Pasewicz obiecał pomoc. Ktoś jeszcze?

NIKT NIE CZEKAŁ NA JOE.

plakat_joe.gif

Znacie to, film niezły, ale książka lepsza? Niedawno, kilka notek niżej opisywałem swój powrót po wielu latach w Tatry oraz powrót do książki Joe Simpsona „Touching the Void/Dotknięcie pustki”. Wczoraj byłem z Ka, Ma, Zb i Te na filmie zrealizowanym na podstawie książki Joe Simpsona. Polski dystrybutor dokonał wolnego przekładu tytułu filmu na „Czkejąc na Joe” co jest zupełnie tragicznym zabiegiem marketingowym. Poza tym na Joe nikt nie czekał! Jego partnerzy przekonani że zginął w szczelinie lodowca po odcięciu liny przez Simona, spalili jego rzeczy i szykowali sie do zwijania bazy.

Byłem pełen obaw o ten film, bo jak można pokazać tę historię zachowując równocześnie jej dramatyzm i prostotę, prawdę która poraża? Przecież był już w dziedzinie filmów tzw. górskich i survivalowych było już „Alive”, było „K2″ i oba zresztą słabo udane.
Reżyser Kevin MacDonald wybrnął z sytuacji bardzo prostym zabiegiem. Historię opowiadają Joe, Simon i Richard, są pokazane ich twarze, słychac ich głos.
Ale kamera pokazuje ich twarze z rzadka, kiedy zmienia się narrator, punkt widzenia na te same zdarzenia. Ich opowieść ilustruje odegrana przez aktorów-wspinczy rekonstrukcja ich wejścia na Siula Grande z 1985 roku i całej gehenny jaką wówczas przeżyli. Gry aktorskiej jest mało, dialogów w zasadzie nie ma, ale zdjęcia są kręcone dokładnie w tych samych miejscach, w których prawdziwe zdarzenia miały miejsce. Cała ekipa z Simonem, Joe i Richardem była bowiem pod Siula Grande w 2002 roku.
Konwencja paradokumentu, w sumie zdawałoby się, że dosyc nudna, powoduje, że w filmie udaje sie uratować tę historię, udaje się ją ocalić. Równocześnie dla ludzi, którzy np. nigdy zimą nie zasuwali po wysokich górach (let’s say wyższych od Sudetów czy Beskidów) film pomaga zrozumieć. Książka,

pustka.jpg

książka, powiadam może brzmieć (chociaż z taka opinią się jeszcze nie spotkałem) brzmieć trochę pusto, enigmatycznie. Na filmie widać jak urywa się nawis grani, widać jak to jest iść przez snieżne pole w zadymce kiedy nie wiadomo po czym się idzie, widać czerń i pustkę w szczelinie lodowca, do której wpadł Joe i czuć jak straszliwą decyzją była ta o rezygancji z prób wyjścia ze szczeliny najkrótszą drogą – tą którą się wpadło – a zamiast tego decyzja o zjechaniu na resztce odciętej liny na dno i poszukiwania wyjścia. Fakt, że niby to się zna zakończenie nic nie zmienia. Film wbija w krzesło jak książka.

Jeden z lepszych filmów o górach. I gdyby ktoś wymyślił taki scenariusz na fabułę i na film, powiedziałbym że to absurd, telenowela w najgorszym wydaniu. Ale prawda, którą Kevinowi MacDonaldowi udało sie ocalić – broni tego filmu, tych ludzi i pozostaje na długo po wyjściu z kina, nie daje spać.

Polecam. Warto. Człowiek brzmi.

ALMA FRATER

Próbuję nadrabiac braki w wykształceniu i oczytaniu, więc rzucam sie ostatnio na młodą prozę. I tak wpadła mi w ręce „Alma” Izabelli Filipiak, czytana na czysto, bez uprzedniej lektury recenzji, bez lektury nazbyt uwaznej innych wytworów autorki.

alma.jpg

Literacką kobiecość zwykło się utożsamiać, nieco naiwnie, z sentymentalizmem, uczuciowością. Nic bardziej błędnego jeżeli chodzi o Izabelę F. To opowieść zimna, wilgotna, z odcieniami erotyzmu i owszem, ale destruktywnego, instynktownego. Swiadectwo nie tyle uczuć jakichkolwiek, tutaj ich raczej brakuje, ale świadomości ciemności, sensualności, opętania zmysłami. Zarazem język, język jest aż nazbyt miejscami poetycki, narracja często zerwana, umyślnie wywichnięta, umykająca powszechnie poważanym prawom jakie tak czy inaczej sperparowana całość winna podlegać. Logika dwuwartościowa, imperatyw ciagłości jest zastępowany poprzez dywergencję (chaos?), logikę opartą o surrealistyczne założenia. Prozatorski ciemny ciemny honetyzm (przepraszam za kalkę, w dodatku maskulinistyczną, tak mi sie napisało). Zaraz po „Almie” wpadłem w strumień świadomości Tomasza Vermda czyli/albo Jakuba Winiarskiego pod tytułem „Loquela”. To debiut tego autora, conajmniej ciekawski

291_rn.jpg?lm=1078921549

To z kolei książeczka bardzo męska, w trakcie czytania jeszcze więc przedwcześnie na pisanie, ale ciekawe byłoby zestawienie Winiarskiego ANIMUSA z ANIMĄ Filipiak, a ściślej, tych dwóch opisanych obłędów. Tomasz Vermd jest cieniem DeMonstry, DeMonstra jest cieniem Vermda, w sensie jungowskim.
Poleca sie lekturę porównawczą. A obie ksiązki czyta się naprawde nieźle.

ROZMOWY

Dzwonię wczoraj do Ministerstwa Kultury, własciwego departamentu, jiż firma składała wnioski na dofinansowanie antologii oraz warsztatów polsko-niemieckich w tym roku. To znaczy wniosków składała firma więcej, ale w pysio jerza trzy zostały odrzucone na wejściu. Pytam sie grzecznie kiedy będzie wiadomo czy w ogóle jakies pieniądze będą przyznane, bo wobec ludzi zaproszonych trzeba się zachowywać godnie a jak sie nie wie czy sie ma pieniądze czy nie to bardzo o to trudno. W zeszłym roku Ministerstwo w odpowiedzi na wniosek dotyczący imprezy o nazwie „Syfon” a która miała miejsce w kwietniu, odpowiedziała we wrześniu.
Pani na moje rozliczne prośby, wyjaśnienia, że na trzy miesiące przed imprezą naprawde wypada coś niecoś wiedzieć, odpowiedziała:
- Proszę Pana, po głosowaniu wotum zaufania dla rządu, będziemy coś wiedzieć…
I rzuciła słuchawkę.
Pytanie – co ma piernik do walcowni? Przecież jest maj, weszlismy do Unii, kultura naszą naczelną wycieraczką kompleksów, wnioski na dofinansowanie składało sie jesienia ubiegłego roku i w połowie roku ministerium jeszcze nie wie nawet czy przyzna pieniądze na jakiś tam projekt?

—————————————

Kilka godzin później, po skończonym majowym studium literackim, którego gościem był Jerzy Sosnowski szliśmy z Ka coś zjeść i siedliśmy w KFC, bo tam mozna zapłacic kartą a ja za bardzo juz gotówki nie miałem i ona też. I taka kobieta nas zagadnęła, że czy może, tak nieśmiało, może byśmy mogli ją zabrać do domu, bo ona by chciała jakoś godnie przetrwać, a może kogos znamy, kto by chciał za opiekę nad mieszkaniem ja przygarnąć, że ona wszystko ma i rzeczy ma i ubrania i zdrowie jej nie szwankuje. Ona nic nie chce tylko gdzieś zamieszkać, mieć swoje miejsce.
Albertynki, Elżbietanki maja tylko przytułki, a ona nie chce do takiego miejsca, że to nie dla niej. Ka wyjeła te resztke co jeszcze miała, ja też, oddalismy jej co mieliśmy w tym momencie, coś tam niemrawo poradziliśmy, powiedziałem sie że spróbuje się dowiedzieć, że w poniedziałek, między 17tą a 18tą będę czekał, że może coś będę mógł pomóc.
-Tylko proszę się nie gniewać jakbym nie przyszła…

A jak przyjdzie a ja będę miał puste ręce?

HONOR MATURZYSTY OPOLSKIEGO

z2075777N.jpg

W Opolu dramatyczne protesty. Niewinni maturzyści nie chcą sie egzaminować. Manifestuja drugi raz pod UWojem w Opolu. Widziałem i słyszałem w telewizji występ takiego, który próbował się podpierać retorycznie w darciu gęby przez megafon cytatem ze słynnej mowy sejmowej Ministra Józefa Becka z 1939 roku, tej o honorze. Temu Panu proponowałbym napisanie dodatkowej
matury z historii na temat „co ma piernik do wiatraka”, z pogłębioną analizą warunków historycznych w jakich w roku 1939 min. Józef Beck pewne ważne słowa o honorze wypowiadał. Naprawdę – smutne to jest, że z temi słowami miałaby się łaczyc obrzucająca budynki uzyteczności publicznej młódź, ta sama młódź pokazująca fucka wojewodzie, z „fuckiem” demonstrująca w Opolu. Pisałem mature nie tak dawno, ale widze, że bardzo dużo się zmieniło. Troche starszno, trochę smieszno, jak mawiają Rosjanie, na pewno niesmaczne. Trudno być po waszej stronie, maturzyści 2004.

Ale za to wszyscy opolscy maturzyści, macie piękne doświadczenie pokoleniowe, co? Jeszcze trochę okaże się , że policja kogoś zadrapała w łydkę a inny rozbił sobie kolano o błotnik radiowozu i będziecie mieli nawet swoich pokoleniowych bohaterów!

PIETRUCHA ZAPRASZA WIOSNA 2004

Sezon imprez wiosennych sie zaczyna. No tak jakos jest, że wiosna i jesień to sezony imprez literackich. Dlaczego nie zima i nie lato? Odpowiedź jest prosta, w grudniu kasy ewentualnych sponsoroów sa puste, w styczniu jeszcze nie ustalone i targi trwaja, latem zaś triumfy święci tercet egzotyczny, jiż niepisane prawo mówi, że na urlopie człowiek idiocieje. Zatem wiosna i jesień. Zatem Pietrucha zaprasza:

23 maja, godzina 12:00, Willa Caro w Gliwicach, spotkanie „POetycko o śląsku” poswięcone poezji Maxa Hermanna Neissego, organizowane przez Dom Współpracy Polsko Niemieckiej. Występ zbiorowy Stowarzyszenia , wszystko wskazuje na to,
że razem z Ojcem Założycielem zresztą.

29 maja, godzina 16:00, Nowa Ruda, Miejska Biblioteka Publiczna, Noworudzkie Spotkania z Poezją, tez występ zbiorowy z ekipą. A impreza się toczy od lat kilkunastu, obrosła swoimi legendami, rytuałami (np. wyjściem na wiadukt kolejowy nad miastem) i w zasadzie to juz chyba bardziej zlot rodzinny a nie impreza literacka.

4 czerwca, godzina około 12:00, Pietrucha w ramach krakowskiego festiwalu Literatura wobec nowej rzeczywistości poprowadzi dyskusje o literaturze w internecie „bardzo otwarty barak”. Pod okiem Pani Gabrieli Matuszek może Pietrucha się nie spali.

18 czerwca, w Cieszkowie, o godzinie do ustalenia, Pietrucha ma spotkanie autorskie w parku gminnym. To ostatnie chyba będzie najfajniejsze. Pietrucha uwielbia lokalne, swojskie klimaty. Dla tych co pytaja gdzie Cieszków – wyjaśnienie – na południe od Kritoszyna są Zduny, a na południe od Zdun, jakieś dwa kilometry jest Cieszków.

Potem zaś Walne Zebranie w firmie , zmiana władz i ogólnej strategii działania pod nową PANIĄ PREZES. Bedzie się działo. A potem w wakacje brzeska firma poetycka jedzie najpierw na integrację do Holi, do Tadeja Karabowicza (są jeszcze wolne miejsca) a potem jak Bóg da zrobi warsztaty polsko-niemieckie w Gdańsku i Pieniężnie.

Pietrucha zaprasza.

JEDEN DZIEŃ Z ŻYCIA TELEWIDZA

Pietrucha zapadła troche na zdrowiu, więc oglądała sę telewizornię. I tak około południa „Polsat” pokazał „Hair”, nienajgorszy dokument epoki, z fajnymi piosenkami, niby to manifest dogasającej ery „gdzie-ci kwiatów”, i taki bardzo przeciw bezdusznej wojnie w Wietnamie.

po.6905365.jpg

Zadziwiające jest to jak łatwo do dzisiaj wszyscy mówią o ofiarach amerykańskich w Wietnamie i o tragicznie zmasakrowanej wiosce My Lai, ale konsekwentnie ze zbiorowej pamięci zostało wypatroszone to, kto tę wojnę zaczął, czyli kto był agresorem. Łatwo też wzruszając sie losem poborowych z U.S.A. a nie mysląc o posyłanych przez Ho Chi Minha na znacznie pewniejszą śmierć i w większych ilościach żołnierzach DRW. Generalnie Wietnam to jeden z wiekszych mitów pop-kultury jaki powstał, wart badania. Bo na przykład gdyby policzyc wszystkich amerykańskich żołnierzy usmierconych w filmach o Wietnamie to wyszłaby jakas astronomiczna ilość. Ciekawe, że kosztująca Amerykanów o wiele bardziej spektakularne klęski wojna w Korei nie miała tak złej prasy. Wiadomo nie było TV, a ta uczyniła w sumie sprawnie przez siły zbrojne U.S.A. prowadzona wojne przegraną z powodu kilku powszechie znanych zdjęć, ikon.

Jakis czas później taki program publicystyczny „Czarny pies czy biały kot” i ciag dlaszy dyskusji czy mozna pokazywać zdjęcia martwego dziennikarza. Bo, że wolno trupy pokazywać to przecież wiemy nie od dzisiaj. Wszystkie wypowiedzi mniej lub bardzije pokrętne, udawały wypowiedzi ogólne, udawały że chodzi tutaj o jakąś etykę, przemawianie do serc ludzi i tak dalej. Jeden Krzysztof Piesiewicz wypowiedział sie ładnie, syntetycznie i na temat, przypominając prostestującym redakcjom, że kilka lat temu pokazały na pierwszych stronach zdjęcie zwłok dziewczynki bośniackiej, która po zgwałceniu przez Serbów poszła do lasu i się powiesiła. I nikt nie miał morlanych odruchów, nikt nie zaczynał dyskusji o granicach. Bo Panowie dziennikarze, musi najpierw zaboleć własna skóra, żeby dotarło. Ja moge przypomniec historie pewnego mordu na wrocławskich krzykach lat temu nieco więcej. Wtedy również nikt nie myślał o pewnej rodzinie. Się publikowało i dostawało wierszówki. Wtedy nie bolało. Zabolało, kiedy pokazano kolegę.
Brawo.

BO TAKI NASZ OBYCZAJ. RUSZYLI O PIERWSZEJ W NOCY.

W nawale aktualności łatwo można zapomnieć, że 60 lat temu, 12 maja o 1:00 w nocy ruszyło polskie natarcie na Monte Cassino. Warto o chłopakach pamiętać, w tym o telegrafiście Herlingu-GRudzińskim na przykład, ale także o 923 zabitych i 251 zaginionych i blisko 3 tysiącach rannych.

Ponieważ panuje moda na krytykowanie, doszukiwanie się czarnych kart w historii i mówienia że co było białe, to było czarne, pojawiają sie więć tez głosy, że ta bitwa była niepotrzebna, że można było skierować 2 Korpus na inny kierunek natarcia.
Na pewno nie można było go nie użyć. Był rozkaz i jako aliant, gen. Anders mógł ewentualnie wybrac rejon w którym korpus miał byc użyty. Pozwolę sobie przytoczyć fragment relacji szefa sztabu 2 KOrpusu Polskiego z narady w Vinchianturo. Dowódca * Armii, której operacyjnie podporządkowany był 2 korpus wezwał tam gen. Andersa i przedstawił mu plan czwartej próby przełamania linii Gotów, dając mu 10 minut do namysłu czy wybiera pas Monte Cassino czy przesuniętą na południe Dolinę Liri. Oto co zapisał płk.dypl. Kazimierz Wiśniowski:
„…W czasie rozważania propozycji dwódcy * Armii, gen. Anders przeprowadził na głos rachunek sumienia: >>MOnte Cassino to twierdza, o którą walczyło wiele narodów, to twierdza znana na cały świat. Jeśli odmówię, to korpus bedzie użyty w dolinie rzeki LIri, gdzie natarcie przyniesie również cieżkie straty, lecz rozrzucone na dłuższy okres czasu. [...] Jeśli zdobędizemy Monte Cassino, a zdobyc je musimy, wysuniemy sprawę polską – obecnie tak tłamszoną – na czoło zagadnień świata idamy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszy praw. Wydaje mi się że w obcenych warunkach dla dobra przyszłosci narodu i jego dlaszych pokoleń zesatwienie zysków is trat – przy wykonaniu zadania daje nam saldo dodatnie, i stąd tez straty przypuszczalne 3500 żłonierzy musimy wziąc na swoje sumienie.”

Podejmując decyzję, nie zna się wszystkich okoliczności, które znają eksperci w ciepłych kapciach, sądzący zazwyczaj decydentów ex-post, z wysokości swoich dat urodzin.

Dodać wypada tutaj, że straty były niższe od przewidywanych, najniższe spośród wszystkich korpusów, które walczyły pod Monte Cassino, niewiele wyższe niz np. poniosła 1 DP im. Tadeusza Kościuszki, dalece mniej liczna, w całkowicie pozbawionej znaczenia Bitwie pod Lenino.

Trzeba też przypomnieć – że decyzję Anders podejmował już po Konferencji w Teheranie, o której nie mógł wiedzieć.
Wydawało się zatem, że jest coś do ugrania. I dodać trzeba, bo pewnie mało kto czytał „Monte Cassino” Wańkowicza – że wbrew legendom, mitom i domysłom, walki nie toczyły sie o sam klasztor, ale o wszystkie skały naokoło. Sam Klasztor został zajęty bez walki przez patrol 12 Pułuku Ułanów Poznańskich.

Wbrew rozmaitym mitologiom – nie ma żadnych dokumentów alianckich czy niemieckich, które potwierdzałyby lansowane w latach 70-tych w RFN masakry jeńców wojennych jakich miałby sie dopuścić 2 Korpus POlski, znamienne, że w obronie polskich zołnierzy w latach 70-tych wystepowały organizacje kombatanckie byłych zołnierzy … Wehrmachtu.

I trzeba pamiętać, że 6 czerwca 1946 na paradzie zwycięstwa w Londynie nie było ani jednego zołnierza polskiego, chociaż z drugiej strony Wielka Brytania nie deportowała Polaków w ramiona Papy Stalina, a mogła tak zrobić, były takie naciski.

Oni czuli, że zostali sprzedani, ale szli, bo jak pieknie napisał Melchior Wańkowicz w nieocenzurowanej wersji swojej książki(Rzym, 1947r.) -”Bo taki nasz obyczaj”.

P.S. I a’propos modnych porównań, nie była to bitwa w stylu Sommosierry, chociaz nie wiadomo czemu akurat Somosierra, z punktu widzenia jedno z genialniejszych posunięć w historii wojskowości uchodzi u nas za wzór szaleństwa? Monte Cassino było dokładnie zaplanowaną operacją na jedynym wówczas drugim froncie w Europie. Skopał ją dowódca 5 Armii gen. Clarke, ale to już zupełnie inna historia.

WALDEMAR MILEWCZ. PROŚBA O ODROBINĘ UMIARU

Narobiło się szumu wokół tragicznej śmierci znanego dziennikarza Waldemara Milewicza.
Najpierw cała Polska oglądała trzy lub cztery razy dziennie długi materiał o śmierci dziennikarzy i słuchała relacji lekko (wg. wojskowych standardów) rannego kamerzysty, który nota bene, zaraz po śmierci kolegi, nie zapomniał włączyć kamery i biegać naokoło krzycząc po polsku do arabów „Ratujcie ich”. Dobra, szok, niech będzie, że to zachowanie wynikało z szoku. Reporter AFP nie zapomniał chwilkę później nacisnąć migawki, zaś redakcja „SuperEkspersu” nie zapomniała opublikować zdjęć martwych ciał. Zrobiło się z tego kastowe poruszenie klasy dziennikarskiej. Jurodiwy jednak paru spraw nie rozumie, a w każdym razie ma wątpliwości. Bo przecież:

1. Codziennie w Iraku ginie lub zostaje ciężko rannych kilku żołnierzy. Nikt się nad nimi specjalnie nie roztkliwia, materiał obejmuje od kilku do kilkunastu sekund. Widz przyca sobie myśli „Płaci się im za to, że nadstawiają karku”. Tyle, że dziennikarzom też się płaci i to chyba więcej, znacznie więcej niż szeregowemu – ochotnikowi WP, a ryzyko jest mniejsze. Zginął człowiek. Tragicznie. Ale takie jest ryzyko tego zawodu, wiedział co robi.

2. Co do pokazywania zdjęć śmierci i ewentualnego naruszania jej majestatu – kiedy kilkanaście dni wcześniej pokazywano w TVP bezczeszczenie zwłok przez tłum dzikich, jakos nikt nie protestował przeciwko pazerności dziennikarzy. Kiedy na wystawie „World Press Photo” nagrodzone zostają zdjęcia, na których jeden murzyn drugiemu rozłupuje z kałacha czy maczety łeb – też nikt nie portestuje. Kiedy w 997 pokazuje się zdjęcia rozkładających się zwłok, nikt nie krzyczy – że podtyka się ten widok bliskim pod nos.

Rozumiem smutek dziennikarzy, ż powodu smierci kolegi, ale mimo wszystko z samego faktu, że zginął im kolega nie ma chyba powodów robic głownej wiadomości dnia, czy nawet kilku dni.

Rozumiem, że mają wewnątrzśrodowiskowy problem do rozwiązania – czy wolno pokazywac zwłoki kolegów po fachu (bo wobec innych zwłok oporów raczej nie maja i afery nie robią), ale chyba cała polska nie musi przeżywać ich kastowych kłopotów.

Jest to smutne, tragiczne. Nie mam zamiaru twierdzić,że nie stało się nic. Stało się.
Ale, jeszcze raz – żołnierze, strażacy, policjanci – giną, bo pełnią służbę publiczną i za to się im płaci. Dziennikarze giną – bo także pełnią służbę publiczną i to za duzo lepsze pieniądze niz żołnierze.

Zgoda. Smutne.
Zginął człowiek. Nie pierwszy nie ostatni. Ciszej nad tą trumną. Ona stoi w szeregu wielu innych.

POWRÓT. TOUCHING THE VOID.

Ninijeszym ogłaszamy wrócenie Pietruchy z Tatr. Tak się złozyło, że pustki na szlakach jakich się nie widziało od dawna. Do tego roztopy, więc śniegu nie mało, ale wody pod nim jeszcze więcej. O tym torująca drogę Pietrucha kilka razy się przekonała. W drodze w góry Pietrucha nabyła książkę znakomicie sobie znaną, czytaną lat temu 10, „Dotknięcie Pustki”:

pustka.jpg

Kto nie czytał, temu się poleca serdecznie lekturę. Jak na autentyk, pisany pierwszo-osobowo, jest całkiem strawny literacko, poprawny. Zaś historia opowiedziana, jest taka, że autor_Joe – z przyjacielem poszli dokonać pierwszego przejścia półtorakilometrowej ściany Siula Grande w Andach. W zejściu, po trzech biwakach w śnieżnych jamach, jeden z nich złamał nogę w kolanie, co na grani 1000 metrów nad lodowcem, w załamującej sie pogodzie, znaczyło- śmierć. Przyjaciel próbował Joe’go zwozić w dół, do lodowca, ale ostatecznie niemal przy końcu na skutek nieprzewidzianego wypadku, będąc pewnym, że Joe nie żyje – odciął linę. Joe jednak żył. Spadł do szczeliny lodowca. Wyczołgał się i pełzł kilka kilometrów po lodowcu. A książka jest dedykowana przyjacielowi JOe, Simonowi, temu który odciał linę, ale przeciez wcześniej uparcie go zwoził kilkaset metrów w dół.

Znajomość akcji nic lekturze nie ujmuje, bo rzecz jest w czym innym.
W tym, że książka napisana jest do bólu szczerze i prawdziwie. Bez ściemy, lukrowania, litości. W pewnym momencie relacje Joe przeplatają się z relacją Simona. I zatyka Cię człowieku, zatyka, i zamiast uznać, że oto przestroga, to nagle zaczynasz myśleć, wracac do marzenia sprzed lat, żeby wejsc na Shisha Pangmę (8013) na ten przykład:

shisha.jpg

o.