Call me elvis
jurodiwyj@wp.pl
GG6691170
Inne gawra LITERNET - jeszcze jeden projekt Leszka Onaka POECI DLA TYBETU - wspólny projekt z Patrykiem Dolińskim Literackie - dużo małych stron wielu autorów, w tym Jurodiwego E-BOOK JURODA - wiersze stare Nieszuflandia tutaj się gnieżdżę także macierz moja internetowa macierz, poczciwina
Alter Ego Radek Kirschbaum tak mógłbym się nazywać.
Pietrucha lubić ich - Ich lubić Pietrucha Jerry Klejnocki porzucił wiersze, porzucił krytykę, ale nadal czujny Szycownik czyli blog Pablo Lekszyckie herbu de Giwera Wangin - albo Lucka rzecz Jaras z Koronowa albo Uliczny Sprzedawca Owoców Piotr Wiktor Sopocki intersubiektywnie komunikowalne obserwatorium kultury Steppenwolf Marek, dawniej Kleryk, obecnie Czarny
Gościniec Niedoczytalnia Nowy żwawy serwis literacki - arriva! Orliński albo Mumu humu Jerzysosnowski.pl pisarz Marcel Chyrzyński kompozer którego warto śledzić i podsłuchiwać Mariusz Sieniewicz piewca olsztyńskiego zatorza. BARD CZYLI INNY RODZAJ ZWIERZA MIrek Czyżykiewicz jest chyba ostatnim z tego rodu Bardów, ostatnim znanym i tak autentycznie dobrym
Sól ziemi Parafia na końcu świata - Blog ks. Marka Maszkowskiego z Madagaskaru WOLNY TYBET POZA TYBETEM oficjalna strona Rządu Tybetańskiego na wygnaniu TYBET serwis informacyjny Prawa Człowieka Helsinska Fundacja Praw Człowieka. Pozytywn Mafia i Centrum Rewolucji. Brzeg jestem z tego miasta
|
jurodiwy-pietruch
NOTATKI PROFANA 3. STRAJK ARTYSTÓW, GRILL OBYWATELI
Strajk artystów uważam trochę za groteskowy, tak jak strajk Kanady w jednym z odcinków „South Parku”, bo tego strajku głodowego krainy pachnącej żywicą nikt nie zauważa, aż do momentu kiedy ktoś się ze światowych przywódców się orientuje , że jak wszyscy Kanadyjczycy umrą już głodu to znowu będzie można odzyskać Labrador. Niestety, zablokowanie Galerii, oflagowanie Muzeum, cisza w Filharmonii, brak premiery teatralnej nie zostanie tak zauważony jak blokada drogi na stadion czy chociażby jakiegoś ważnego ronda w wielkim mieście. A to po prostu dlatego, że jesteśmy społeczeństwem w znacznej mierze analfabetów, w dodatku w znacznej mierze głuchych i ślepych oraz pozbawionych władz wartościujących. Bo co z tego że nawet jako społeczeństwo byśmy więcej czytali, oglądali, słuchali, skoro brak władz krytycznych zrównuje blagierstwo Stephanie Meyer z Thomasem Bernhardem. Powiadają – lepiej, że czytają niżby mieli nie czytać – a ja wtedy mówię – a właśnie lepiej niech nie czytają w ogóle (ci oni domyślni, moi bliźni), skończyć z tym zakłamaniem, udawaniem, że cokolwiek nas z kultury interesuje. A jesteśmy takim społeczeństwem, bowiem takim jest łatwiej, prościej, manipulować, łatwiej sprzedawać łatwe formy samozadowolenia, zamiast zmuszać do autorefleksji a my gremialnie – może nie jako pojedyncze jednostki ale jako zbiorowość akceptujemy ten stan. Oczywiście, że stosunek do sztuki, instytucji kultury, artystów, pracowników jest wszędzie jak Polska długa i szeroka podobny – ludzie kultury są gorzej opłacani, mniej poważani, no chyba że znajdą się na chwilę w telewizji albo zajmą się tanią rozrywką, wtedy wiadomo, bez przytupu nie ma zabawy. Nie wspomnę już o długiej i żmudnej drodze zrównywania kultury z rozrywką, ale po 23 latach prania mózgu ze wszystkich stron, rzeczywiście mało kto już rozróżnia jedno od drugiego. I jest rzeczywiście społeczny stereotyp ukryty mem organizujący myślenie o kulturze, że artysta to ma żyć z natchnienia albo szukać sponsora, co jest bzdurą. Jednak strajk i jego forma i postulaty w ogóle mnie nie przekonują a nawet złoszczą. I to z kilku względów.

[źródło: www.gazeta.pl]
Zastanawiam się kto protestuje i kto odniesie ewentualne korzyści z takiego protestu. Mam wrażenie, że głównie strupieszałe struktury branżowe, które oględnie mówiąc w rożnych dziedzinach sztuki mają czasem nikłe przełożenie realne na środowisko. Weźmy takie Stowarzyszenie Pisarzy Polskich albo Zrzeszenie Literatów Polskich, ile osób piszących i wydających dobre teksty, publikujących w czasopismach albo tworzących redakcje czasopism rzeczywiście do tych bytów należy? Na ile SPP i ZLP rzeczywiście kształtują scenę literacką w kraju? No niech będzie – w regionach? Zazwyczaj w nikłym acz ich siła przebicia w sferze publicznej nadal wydaje się duża i ogólnie przeceniana. I to oni mieliby niby potem rozdzielać wydziergane od Państwa apanaże? Wolne żarty. I na podstawie jakich kryteriów, jakich ocen i czyich ocen? Oczywiście, że irytujące jest oczekiwanie władców samorządowych, rządowych i wielu innych że artysta ma być głody aby być wiarygodny przy równoczesnym płaceniu odgórnie ustalanych krociowych honorariów wykonawcom lichej rozrywki, honorariów nie mających nic wspólnego z realną siłą nabywczą tych wykonawców. Bo kto mi powie dlaczego stawka za występ Lady Pank czy Kombi w czasach kryzysu wynosi z góry 30 do 50.000 za występ plus opłata za wynajem sceny i sprzętu zgodnie z wymaganiami wykonawcy (no bo artysta to jednak coś innego)? Dlatego, że ktoś jest tą stawkę gotowy zapłacić zamiast odpowiedzieć: „Panowie gracie komercję to proszę – komercyjne zasady, ja wam daję bilety, plakaty, radźta sobie”. A, i sa wyborcy tego kogoś, którzy w zależności od tego czy ktoś im te wygórwaną satwkę zapłaci na tego kogoś zagłosują czy nie. Tymczasem jednak artystom się wskazuje wolny rynek a komercyjnym wykonawcom płaci się horrendalne kwoty z kiesy samorządów, państwa – czyli naszej, mojej, Twojej, Pana, Pani. To jest chore, to jasne, ale co z tym wspólnego ma demagogiczne żądanie emerytur dla umownych artystów. Bo nawet nie wiadomo kto i na jakiej pdostawie za takiego artystę społecznie użytecznego będzie uznany.
Prawem anegdoty na temat– 6 lat temu kiedy zaczynaliśmy dzieje pisma literackiego „Red.” zaproponowałem współpracę pewnemu prezesowi koła ZLP w pewnym mieście, powiedzmy, że wojewódzkim. Prezes się zgodził i zamilkł na długie miesiące, przypomniał sobie jak wespół z przyjaciółmi udało nam się wychodzić, wyżebrać jakąś dotację na start od samorządu wojewódzkiego (za co dozgonne "siema" ówczesnej Pani Marszałek!). Wtedy nagle to Pan Prezes poprosił mnie o rozmowę i zapytał ile objętości pisma oddam jemu i jego kolegom oraz koleżankom z ZLP. Powiedziałem, że to zależy od jakości tekstów, które oceni kolegium redaktorów, na co on zapytał jakim prawem stawiam takie warunki będąc prezesem stowarzyszenia mającego 15 członków, kiedy on ma członków 70-ciu. Dodam, że oczywiście ten Pan nawet paznkociem nie ruszył, żeby nam w czymkolwiek pomóc. Pismo powstało, ale nie wydrukowało ani Prezesa ani żadnego z jego członków i członkiń ni literki – bez złośliwości, po prostu Ci nie przedłożyli ani pół tekstu redakcji, gdyz uważali (i to uważanie sformułowali w rozmowie z jakąś dziennikarką), że to ja, lub ktoś z moich współpracowników powinien do nich dzownic i proponować im druk w piśmie. No ale pismo w kolejnych latach nie dostało już dotacji samorządu wojewódzkiego a wojewódzkie wolne i niezależne dziennikarstwo używało sobie po piśmie w tonie – „co to za pismo, co nie drukuje miejscowych twórców a bierze pieniądze z samorządowej kabzy”. Można powiedzieć Pan Prezes osiągnął swoje.
I trochę tym Prezesem z pewnego wojewódzkiego miasta mi ów strajk artystów pachnie. I to pachnie brzydko.
Mnie też nie jest lekko, wykonuję i wykonywałem rozliczne prace dodatkowe, pisywałem do gazet lokalnych, pracowałem jako urzędnik, kierowca, sekretarka - ale nie uważam aby mi to uwłaczało, raczej rozszerzało mi perspektywę poznawczą. Pewnie że wolałbym pracować na uczelni, np. na wydziale dziennikarstwa albo uczyć w Uniwersytecie Literackim postulowanym przez Jarka Klejnockiego. I tez cierpię na niestałość dochodów, rok temu w maju bliscy prawie mnie nie oglądali tyle miałem wyjazdów autorskich i zleceń – a w tym roku – żadnego, ale na miłość boską, to jest niestety norma. Nie widzę jednak powodów dla których z automatu, dlatego że coś tam napisałem czy namalowałem reszta obywateli miała się zrzucać na jakieś specjalną emeryturę dla mnie. Wolałbym po prostu więcej zarabiać na zleceniach, żeby móc sobie a tę emeryturę więcej odłożyć i mniej pracować w miejscach gdzie chałturzę. Nie rozumiem dlaczego strajkujący artyści uważają, że są poszkodowani i domagają się osobnego systemu zabezpieczenia społecznego ubierając to roszczenie w udramatyzowane formy języka demagogii godne śp. Premiera Leppera?! Kiedy usłyszałem wczoraj, że jakaś Pani Plastyk zaczęła opowiadać że „artyści funkcjonują w społecznej próżni i pzoa jakimkolwiek systemem”aż się we mnie zagotowało. Aktorzy, plastycy, literaci, muzycy są zatrudniani na podstawie tych samych umów zleceń, umów o dzieło co spora część polskiego społeczeństwa; mają odpis 50% podatkowy od uzyskania przychodu, istnieją systemy stypendialne Ministra Kultury, często prezydentów miast, marszałków województw, dzięki którym można dostać stypendium od którego często zależy od formy tego stypendium) nie płaci się w ogóle podatku dochodowego, artyści miewają prawo do tanich lokali z zasobów samorządu na pracownie plastyczne, fotograficzne, tańszych mieszkań, etc. Nie mówię, że są to kokosy, bo poza nielicznymi wyjątkami nie znam artystów żyjących z wąsko rozumianej pracy artystycznej – ale mówienie o dyskryminacji i pozostawaniu poza systemem i w próżni uważam za delikatnie mówiąc demagogię. Artyści, których znam – nie żyją w żadnej próżni i wykorzystują swoje twórcze talenty na różne sposoby. Robią strony internetowe, projektują ilustracje do książek, opakowania do cukierków, piszą recenzje do portali internetowych, felietony do czasopism (ci bardziej medialni). Pewnie można by było i warto by było domagać się od Państwa trochę lepszych urządzeń wspierających działalność artystyczną – prostszych procedur konkursowych, stypendialnych nastawionych bardziej na wycenę merytoryczną projektów i grantów a nie ich stricte poprawną formalność oraz na uzupełniający programy stypendialne system powodujący, że to co powstaje w ramach stypendium nie ginie w szufladzie ale jest wydawane, poddawane ocenie krytyków, środowiska, odbiorców. Może warto by było, żeby rozszerzyć dostęp do ośrodków pracy twórczej czy wręcz je stworzyć - nie tylko dla członków z różnych Ogólnopolskich Zrzeszeniach Leśnych Dziadków i Babć, stworzyć większe możliwości wspierania niekomercyjnych działań kulturalnych. Pewnie tak. I jeszcze fajnie by było jakby ludność chciała bardziej chodzić na wernisaże, spotkania autorskie, koncerty symfoniczne – ale wake up, niestety żyjemy w kraju, w którym za kulturalna uchodzi stacja RMF Classic! To są realia.
Chcesz być artystą – bądź gotowy na frustrację, ubóstwo, brak BMW w garażu albo szukaj sobie pracy, która nie zeżre Cię do końca a da możliwość przetrwania. Strajk niewiele zmieni, poza tym, że ośmieszy świat kultury i tzw. twórców w społeczeństwie, które za kulturę uznaje przegląd filmów Bollywood. Najpierw Panowie i Panie Artysty trzeba by mieć jakiś autorytet, mir, znaczenie, żeby w ogóle ktokolwiek ten strajk zauważył i potraktował poważnie. Inaczej zaraz ktoś zapyta, czy jak już wszyscy zdechniemy z głodu, będzie można znowu skolonizować Labrador.
2012-05-25 11:35:38 skomentuj (3)
NOTATKI PROFANA 2. CHLEBA ZAMIAST IGRZYSK WOŁA MLODA LEWICA.
Dostałem zaproszenie na demonstracje pod tytułem „Chleba zamiast igrzysk”, przeczytałem o co idzie i wpadłem w głębokie niezdecydowanie. O ile bowiem jestem całkowicie za tym, żeby państwo prowadziło racjonalną politykę społeczną, kulturalną, oświatową i w moim kraju tego państwa jakoś w wielu miejscach wydaje mi się, że brakuje, o tyle przeciwstawienie EURO 2012 kontra cała reszta jakoś mnie nie przekonuje. To znaczy, gdyby ludzie się zebrali żeby demonstrować w takim to celu, żeby uświadomić ludowi, że piłkarze, działacze piłkarscy, cały ten dęty aparat uzasadniający się sam dla siebie jest horrendum – to może i ja bym złożył akces. Kłopot w tym, że ludzie to wiedzą, ludzie się tym ekscytują i kwoty, nienormalnie wysokie jakie są wypłacane piłkarzom, klubom, menadżerom i trenerom są same w sobie częścią tego entertentaimentu, który lud uwielbia. Co więcej lud uwielbia dawać się ograbiać na ten cel płacąc abonamenty na kablowe kanały sportowe, kupując gadżety, zabijając się za horrendalnie drogimi biletami na imprezy sportowe, czy podnosząc oglądalność w kanałach telewizji niekablowych dzięki czemu te telewizje mogą dyktować horrendalne stawki reklam w czasie i przed i po meczach etc. No ale demonstranci spotykają się aby protestować przeciwko polityce państwa w związku z EURO i tutaj mam wrażenie, że to strzał w dekiel, bo przecież to nie państwo winduje ceny biletów, pensje piłkarzy, którzy za jeden mecz zarobią więcej niż lekarz kardiolog (nie biorący łapówek) przez miesiąc. Państwo – czyli rząd plus samorządy – o czym warto pamiętać - buduje stadiony, drogi, modernizuje porty lotnicze, koleje, sieci połączeń miejskich, regionalnych, bazę hotelową oraz – promuje nasze państwo poprzez to, że organizuje jedną z najważniejszych imprez sportowych w Europie na pewno a na świecie być może. Nie jestem fanem futbolu. Raczej antyfanem. Ale dlaczego mam widzieć sprzeczność tam gdzie jej nie ma? Pewnie zaraz mi ktoś powie, no ale można by zamiast na stadion czy obwodnicę dwupasmową pod stadion wyprowadzająca ruch z miasta zbudować osiemset żłobków. No pewnie, ale zamiast ośmiuset żłobków można by przywrócić do życia tysiąc barów mleczych – i tak dalej. Nigdy nie będzie dość na wszystko, dlatego trzeba dawać i na jedno i na drugie i na trzecie bo współczesne funkcjonowanie społeczeństwa to skomplikowana sprawa i wymaga wielu urządzeń a im ono bogatsze tym się domaga więcej i więcej. Ale to że rosną oczekiwania – a one rosną w postępie geometrycznym – nie oznacza że dzieje się nam się gorzej, ale wręcz przeciwnie – dzieje się często dużo lepiej. W czasach kiedy byłem małym chłopcem zdarzało się umierać na wyrostek robaczkowy – a teraz? Nie. Oczywiście coraz bardziej wyrafinowane metody leczenia, są coraz droższe, podobnie jak wszelkie wyrafinowane urządzenia społeczne – tak te służące opiece, oświacie jak i rozrywce czy obcowaniu z kulturą - a na nie ktoś musi zarobić. Na stroni zachęcającej do demonstrowania organizatorzy piszą z jednej strony, że wszystkie pieniądze wydane na EURO to generalnie kasa w błoto bo zamiast na igrzyska trzeba by wydać na żłobki ni przedszkola –czyli tej kasy nie wydawać a potem, że to źle zainwestowane pieniądze. No to albo EURO jest be, albo tylko pieniądze źle zainwestowane, ale to już nie to samo. W jednym miejscu pisze się o wydatkach na EURO – wszystkich a potem pisze się o tym że domy kultury się zamyka – pytanie które domy i gdzie? Czy jakiś dom kultury zamknięty z powodu EURO w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku? Bo jeżeli chodzi o to, że zamknięto w jakiejś gminie np. pod Zgorzelcem, to jedno z drugim nie ma nic wspólnego – gminy same utrzymują domy kultury w stanie jaki uznają za stosowny. Co ma więksi dom kultury w gminie pod Zgorzelcem z EURO – nic zupełnie. Najwyżej tyle, że dzięki remontom infrastruktury kolejowej i drogowej łatwiej tam będzie przez lata dojechać. Tak do końca zatem nie wiem czy się dołączę bo nie wiem przeciwko komu czemu ta demonstracja, chyba że to w ogóle nie o to chodzi? Tylko żeby było – mądrze, głupio – aby.
2012-05-24 12:53:21 skomentuj (1)
NOTATKI PROFANA. PETER GABRIEL. LIFE FESTIWAL. AUSCHWITZ.
Miało być o koncercie Petera Gabriela w Oświecimiu wczoraj w nocy, który wypadł jakoś słabo, blado i bez energii. Może dlatego, że było zimno a płaska płyta stadionu „Unii” Oświęcim jakoś nie sprzyjała uniesieniom. Było tak ani kameralnie ani stadionowo a do tego pieruńsko zimno i mokro bo padło co pół godziny. Nie solidnie, ale dokuczliwie. Wiem, że Piotr Kaczkowski tłumaczący dłuższe Petera Gabriela wystąpienia i relacjonujący potem wszystko na antenie PR3 będzie innego zdania ale miałem wrażenie że Maestro zwyczajnie traci momentami głos, nie wyciąga górnych rejestrów, mruczy jak zarzynany Leonard Cohen w niskich. Momentami sprawiało to wrażenie że nie trafiał z głosem w mikrofon, jak na wieczorku zapoznawczym na promie Polskiej Żeglugi Bałtyckiej przy 7 st. W skali Beauforta. Szansonistki z chórków momentami nie dawały rady i nie to, że fłaszowały, śpiewały niby czysto, ale gubiły się na tle orkiestry. Z kolei orkiestra dawała z siebie wszystko, ale oczywiście nie dawała rady w silnie zrytmizowanych utworach, imitując sekcję, a nie posiadając takowej w składzie. Dobrze, że Peter Gabriel nie gra z nowym składem "Sledgehamer", to słuszna decyzja. Nad wszystkim unosiło się buczenie aparatury nagłośnieniowej a do tego było kilka momentów wyraźnego przesterowania basów co na koncercie tej klasy nie powinno się zwyczajnie zdarzyć. Bronił się „Biko”, „Rythm of the Heat” i – co nie dziwi – „Signal to Nosie”. Ten ostatni zapewne dlatego, że od początku napisany z rozmysłem wmontowanym fragmentem orkiestrowego brzmienia. W finałowym "In your eyes" udający Shankara kolega Tomasz z Kroke Band miał odłączony mikrofon i obcięty sygnał ze skrzypiec, więc wyginał śmiało ciało na scenie, ale nic poza tym z tego co tam robił z dużym zaangażowaniem nie docierało do uszu publiczności. Piotrek Gabriel próbował mu pomóc podbiegając ze swoim mikrofonem, ale niewiele to dało, potem podbiegł facet z obsługi z drugim mikrofonem i wtedy zadziałał ten pierwszy. No bardzo zabawnie. Paradoksalnie najlepiej z tego wszystkiego wypadł "Kroke Band" w swoim programie, ale przed wejściem na scenie Anny Marii Jopek, której śpiewu jakoś organicznie nie trawię o czym mogłem się po raz kolejny przekonać. Spotkanie z legendą? No pewnie. Ale jednak liczę, że przed emeryturą Starszy Pan Piotr Archanioł zagra na żywo w składzie z Tony Levinem chociażby i Shankarem i ja będę mógł tego posłuchać.

Miało być jednak o czym innym, mianowicie o interesującej a po trosze także irytującej manierze ostatnich lat symfonizacji popu i rocka w kraju i za granicą - kiedyś Yes, potem Metallica, Sting, Perfect, Lady Pank, teraz Peter Gabriel. Poza pretensją słuchaczy i twórców popu by ktoś ich uznał za pełnoprawnych uczestników kultury wyższej nie widzę w tych eksperymentach nic ciekawego i męczę w czasie ich odbioru. Męczę się podobnie jak wtedy gdy słucham RMF „Classic”, które nadaje niby muzykę klasyczną ale przeważnie filmową i jakoś do szefów tego radia nie dociera, że to nie to samo a ów collage wychodzi żałośnie i prowincjonalnie. Muzyka filmowa jest – bo musi być – nachalnie ilustratywna, musi podbijać emocje, kiedy zbrodniarz idzie za ofiarą, dolewać słodu, gdy kochankowie spotykają się po latach, wybijać rytm gdy bohaterowie idą w bój. Nie ma miejsca na wieloznaczność, subtelność, bo nie może być. Podobnie wychodzi praca orkiestry symfonicznej– dla mojego niewprawnego ucha – zaprzęgniętej w tryby machiny pop i rocka. Łagodzi to co kanciaste, dodaje przestrzeni temu co chropowate i płaskie, ale też takie ma być. Tym bardziej, że wielu aranżerów idzie na całość i zamiast dodać w konkretnych utworach do istniejącego instrumentarium coś ponad, najczęściej zamienia się i przepisuje partie gitar na smyczki, kotły udają rockowy zestaw perkusyjny z centralą, kotłami i półkotłami etc. Wszystko to niby kunsztowne, czasem ciekawe, ale słychać, że te kawałki pisane nie pod te instrumenty, wyobraźnia autora pracowała na innych obrotach a ponad wszystkim wokal – najczęściej niepostawiony, nieodparty, płaski rockowy, bluesowy, jazzowy. Może się mylę, ale o ile partie smyczków wplecione w utwory Alice In Chains („I stay awal” chociażby), nawet tego samego Petera Gabriela („Signal to Noise”), próby imitacji brzmienia orkiestrowego poprzez powielenie ścieżek gitary, elektrycznych skrzypiec (King Crimson, Mahavishnu Orchestra) to jest jakaś forma urozmaicenia brzmieniowego, o tyle przerabianie całych godzin muzyki rockowej na symfonicznie – to ślepa uliczka. Utwory brzmią mniej wyraziście, są zwyczajnie rozmemłane a słuchaczom niewyrobionym bardzo mylnie się wydaje, że uczestniczą w czymś co ma cokolwiek wspólnego z muzyką klasyczną, symfoniczną. I jest ani ani.
2012-05-14 16:22:01 skomentuj (0)
KOLEJNA NOTATKA O TYBECIE, CHINACH i MILCZENIU
Jestem zmęczony i jest mi wstyd. Przyjechał do nas premier Chińskiej Republiki Ludowej. Co to za kraj nie trzeba wyjaśniać, wielki, ludny, z potężną gospodarką. Lider w ilości wykonywanych wyroków śmierci, nie pozwalający na wolność religijną, poglądów politycznych, dociekań naukowych. Uwięzienie żony laureata Pokojowej Nagrody Nobla za to że jest jego żoną, strzelanie do ludzi uciekających z Chin przez góry do Indii, Tiananmen. Ludzie, którzy o tym pamiętają, przypominają są w coraz większej mniejszości. Wczoraj w pewnej radiostacji lewicowy polityk Piotr Gadzinowski był łaskaw się wyrazić w starym dobrym stylu propagandy byłego Państwa Ludowego – głosił, że po pierwsze prawa człowieka są „europejskie” a nie ogólnoludzkie i nie mamy co władców Chin pouczać na ten temat bowiem oni mają własny model i co więcej – na jednym niemal przydechu dodał polityk lewicowy – ten model się sprawdza bo Chiny mają 10% PKB. Gadzinowski dodał potem jeszcze, że obrońcy praw człowieka nie mają się o co ścierać, bo w porównaniu z Arabią Saudyjską – Chińska Republika Ludowa to jest raj, gdy chodzi o zakres wolności. Dzisiaj czytam w gazecie o opozycyjnych korzeniach komentarz byłego polskiego opozycjonisty, że owszem, może i tam nie do końca dobrze się dzieje w tych Chinach po równo i wszystkim, ale przecież jak silniejsi od nas nie protestują, to i my nie powinniśmy się wyrywać przed szereg, bo nas na to nie stać.
Prawa człowieka są niezbywalne i przyrodzone. Oznacza to, że jest pewien zakres rzeczy, których człowiek sprawujący władzę, człowiekowi obywatelowi nie może żadną miarą uczynić, zakres praw, który ma być poddany ochronie u wszystkich, na takim samym poziomie. Wolność od tortur, dostęp do sprawiedliwego sądu, prawo do wolności wyznania, sumienia, poglądów, wolności od dyskryminacji na tle rasowym, narodowym, religijnym, prawo do życia, prawo do poszanowania prywatności. Dlaczego? Dlatego, że jesteśmy skomplikowanymi istotami i łączy nas to, że odczuwamy ból, smutek, rozpacz, cierpienie tak samo niezależnie od koloru skóry czy oczu. Chińskie, tybetańskie, polskie, arabskie plecy, jak są przestrzelone – bolą bardzo podobnie. Ostatecznie to chodzi właśnie o nasze ludzkie ciało, które ma zdolność odczuwania.
Jestem zmęczony i jest mi wstyd. Jestem obywatelem Polski, kraju, który przez 123 lata był wymazany z mapy, potem przez 6 lat był okupowany i eksterminowany przez brunatną i czerwoną zarazę co powinno moim współobywatelom uświadamiać, że nie ma dyktatur lepszych lub gorszych w zależności od tego czy są prawicowe czy lewicowe, po przekroczeniu pewnej granicy to przestaje mieć znaczenie bo rządy stają się po prostu zbrodnicze. Potem było 45 lat narzuconego siła obcych bagnetów komunizmu i komunistycznego koniunkturalizmu i oportunizmu – no bo tak chyba trzeba nazwać schyłkowe lata PRL, na które się załapałem. Nie znam grobu mojego pradziadka, między innymi dlatego, że kiedyś, ktoś tez uważał że z wielkim nie ma się co kłócić. Dziadek o tym nie wiedział. I teraz słyszę, że nie stać nas na wspominanie o prawach człowieka, nazywane „pouczaniem”. Że kiedy więksi od nas pokornie czapkują, my też powinniśmy. A może jednak coś powinniśmy? Jak się przyjrzeć stosunkowi do praw człowieka w Chińskiej Republice Ludowej, do kwestii Wolnego Tybetu, chociażby perypetiom związanym z nazwaniem ronda w Warszawie, rondem Wolnego Tybetu, które ostatecznie nazwano rondem Tybetu (proszę sobie poczytać perypetie tej nazwy) – podziały nie idą wzdłuż linii lewica-prawica, jedna partia-druga partia. Piotr Gadzinowski potrafi się skompromitować jako polityk lewicowy, wygadując androny o relatywnym charakterze praw człowieka i posługując się schematem „a u was biją murzynów” ale podobne sądy wygłaszają prawicowi, centrowi, katoliccy, lewaccy publicyści. Wydaje się, że linia podziału dotyczy zupełnie czego innego niż poglądów politycznych.
Jestem zmęczony i jest mi wstyd. Nic nowego w tej sprawie nie potrafimy z siebie wykrzesać. A sprawa wbrew pozorom bardzo nas dotyczy. Nie chodzi tylko o moralne wsparcie wobec słabszych. Tak to w historii bywa, że najpierw gdy się przymyka oko na eksterminację słabszych szybko problemy zaczynają dotyczyć nas samych. Gdy ktoś zachwyca się wzrostem Chin i powiada, że to pozwala przymknąć oko na prawa człowieka rodzi się pytanie, czy aby nie są to zjawiska jakoś skorelowane. I czy jeżeli mamy konkurować i tworzyć wspólne przedsięwzięcia z Chinami Ludowymi, to czy czasem nie domagając się przestrzegania tych praw u nich, nie podkopujemy fundamentu, tak czy inaczej pod przestrzeganie tych praw wobec nas samych jako pracowników, ludzi, obywateli? Czy w globalnej wiosce, nie jest tak, że poziom wolności w jednej części tej wioski wpływa na poziom tej wolności w innej części? Nie pytaj komu bije. I kogo bije. On bije Ciebie.
2012-04-26 15:03:30 skomentuj (0)
OSTATNIA NOTATKA O "PORCIE LITERACKIM WROCŁAW"
Ostatnio trafiłem na artykuł poświęcony ostatniej edycji BL - przeczytałem i uśmiałem się niemal do łez. Proponuję go przeczytać po naduśnięciu tego oto linka . Co za pomieszanie z poplątaniem w tym artykule. Na przykład „ledwie ponad setka” słuchaczy na spotkaniu autorskim - jako synonim klęski frekwencyjnej. Na niejednym koncercie bywa mniej ludzi i to całkiem niezłym. W ogóle bardzo zabawne jest mierzenie jakości festiwalu jedynie ilością publiczności i frekwencją na imprezach. To pewnie jest ważne, szczególnie w przypadku gdy się spojrzy na kwestię niemałych publicznych i około-publicznych pieniędzy ładowanych rok w rok w rozwój Biura Literackiego. Ale to żadna nowość – nikt nie zna szczegółów, ale wiadomo, że tak to działa od lat. Od Festiwali oprócz frekwencji należałoby oczekiwać ważnych dyskusji, debat, wydarzeń literackich, premier książek, starć stanowisk i światopoglądów, tropienia nowych zjawisk w kulturze, literaturze. Powiem więcej – to wszystko inne czego można by oczekiwać po festiwalu (nie tylko literackim) swobodnie może go usprawiedliwić ze słabej frekwencji. I rozmowy o tym w artykule jest jakby podejrzanie mało. Nie byłem – to nie wiem czy tego nie było. Ale chętnie bym się z takiego artykułu dowiedział – jak było. Bo że mało ludzi – ej, no proszę, nie tylko na tym rzecz polega.
Szczególnie popiskiwałem gdy szukając przyczyn odpływu publiczności autorka artykułu upatrywała w rosnącej (buahahaha) konkurencji wydawniczej w poezji. Z całym szacunkiem ale autorka – Magdalena Piekarska - nie ma zielonego pojęcia o czym pisze i widać że musi być wieloletnia wychowanką propagandy sukcesu. Według autorki konkurencja pojawiła się w wydawnictwie WBPCAiK z Poznania zarządzanym przez Mariusza Grzebalskiego. No gratuluje spostrzegawczości i kłaniam się do kości. Tak się składa że rosnącą siłę Poznania na mapie widać od mniej więcej 4-5 lat i nie jest to odkrycie tego ani zeszłego roku. A dwa, że autorka nie zauważyła zapewne że jeszcze jakieś 10 lat temu serię poezji wydawało wydawnictwo Prószyński i S-ka (zamknęło, tak jak zamknęło po 3 książkach serie krytyczno-literacką „punkt krytyczny”, raze z odejściem Rafała Grupińskiego do polityki). Wydawało poezję Wydawnictwo Literackie, a5 - obecnie wydawca ostatniego zbioru Wisławy Szymborskiej – ale niech to nikogo nie myli, seria poetycka też ma być zamknięta w 2013 roku. Upadło „Studium” i jego seria, sprzedane wraz z całym wydawnictwem „Zielona Sowa” Wydawnictwom Szkolnym i Pedagogicznym, które nie podjęło tematu. Nie wydaje poezji Wydawnictwo „Czarne” – swego czasu wydawca Dariusza Suski. Wydawnictwa samorządne, oparte o organizacje pozarządowe ledwo dychają i można je policzyć na palcach jednej ręki. No może dwóch. Także droga Pani Magdo - konkurencja o której Pani napisała że narasta - akurat gaśnie. Oficyn, które zajmują się wydawaniem poezji jest mniej niż 20 a tych, które próbują ją wprowadzić do obiegu czytelniczego, księgarskiego - jeszcze mniej. Przy czym mówimy o wydawaniu poezji współczesnej a nie kolejnej książeczki wycinków i aforyzmów "najsubtelniejszej czołgistce", "huziam cię józiu" czy w tym stylu. Od dłuższego czasu poezja w empiku obecna jest na półce razem z aforyzmami, humorem i dowcipami rysunkowymi. Widziałem jakiś rok temu w jednym z empików jak wiersze Tadeusza Nowaka leżą obok – przepraszam za dosłowność - „wielkiej księgi siusiaków”. I przy całym krytycyzmie dla działań BL jaki mam od lat wielu - BL to próbuje jako jedna z ostatnich instytucji te poezję gdzieś wsunąć, wepchnąć, wstawić. Czy udanie? Albo dlaczego nieudanie? Albo co jest przyczyną że raz lepiej raz gorzej – siła by mówić no ale nie mówmy że rośnie temperatura w oceanie po odkręceniu kurka z ciepłą wodą w wannie.
Także odkrycie podziału na "swoich" i "obcych" w BL to nie jest rzecz która się pojawiła w tym roku - ona była zawsze przy czym "swoi" bywało że szybko stawali się obcy i znikali w pomroce szarej strefy w jakiej funkcjonuje większość poezji, poetek i poetów. Byli, są i będą poeci, poetki z różnych względów nie pasujące do BL. Biuro Literackie nigdy nie było reprezentatywne gdy chodzi o poezję w Polsce, a jeżeli twierdziło, że jest inaczej, to był to niezły marketing. Niezły bo wielu, w tym wielu dziennikarzy, w to uwierzyło. I generalnie nie byłoby problemu, gdyby nie to, że właśnie upadający pluralizm wydawców poezji, literatury ogólnie – chociaż proza to trochę inna bajka – że poza BL za chwilę nie będzie istniał nikt albo prawie nikt. Cała reszta nie mieszcząca się w takich czy innych kryteriach wydawniczych BL będzie skazana na samizdaty – co może nie jest takie złe i ma swój partyzancki urok.
A na koniec moje zdanie o przyczynach odpływu publiki. Byłem w życiu na 2 edycjach Portu, więc mam umysł czysty i niezmącony zbyt dogłębną znajomością rzeczy. Port z tego co pamiętam był przede wszystkim festiwalem środowiskowym. Tutaj warto było być. Ludzie się umawiali na Port jak na spotkanie z znajomymi na piwie/kawie/winie. Zagraniczni poeci nie wzbudzają prawdopodobnie większych emocji - bo oni nie z nas, chleba nikomu nie zabrali, konkursu nie wygrali a zatem nie zabrali komuś innemu nagrody, nie mają znajomych i krewnych, przyjadą, przeczytają i nie będą mieli większego wpływu na nasze w szarej strefie poetyckiej. Krajowi "swoi" na których opierał się Port i BL przez lata - mieli i przyjaciół i mieli wrogów – tak jak i samo BL. Środowisko z nielicznymi wyjątkami co roku zjeżdżało się do "Portu" poplotkować, pooglądać się, komentować, załatwiać te śmieszne , małe interesy kumpelsko-wydawnicze. To tzw. środowisko zapełniało w znacznej mierze sale. Taki festiwal Polskich Filmów w Gdyni, tyle że w poezji. Przejście w stronę mieżnonarodną trochę to przycięło. Jako wydawca w znacznej mierze przekładów BL przestało wzbudzać emocje, co też jakoś świadczy o kondycji czytelników poezji i samych poetów w Polsce. Może nawet o zaściankowości. Chociaż niekoniecznie.
2012-04-25 15:49:22 skomentuj (4)
CZYTANIA Z ŻYWOTU JURORA NA MAJÓWKĘ
Czasem jest tak, że z nawału tekstów wybłyskają frazy, zwrotki, bywa, że całe wiersze, które wstrząsają do głębi jestestwem jurora. Potem się już nie pamięta kto był autorem, jak jego godło a jednak fraza jako dyjament lśni i spać nie daje. Poniżej kilka cytatów z nieprzypadkowych zestawów poetyckich. I który z nich jest tym, godnym zapamiętania, który?
1. A pójdźże! Uśmiechnij mą twarz
2. To wszystko tworzy klimat, magię zwyczajności,
Tworzy błogi stan, który łamie kości.
3. CZYM JESTEŚ O SŁOWO
JAK NAZWAĆ FACHOWO
TWE GŁADZIE LECZNICZE
3.Mętne me myśli, mózg
Mój masakrycznie markuje mrok.
Maciupeńki mająteczek mej
Marności maniakalnie manifestuje
4. Pływają po mnie kutry bezsilności,
Kajaki pełne nieszczęścia.
Bezwiednie dryfują
tratwy opuszczenia.
5. Korzystanie z publicznych szaletów
Przyprawia mnie o zawrót głowy,
Dlatego zawsze wychodząc stamtąd
Umywam ręce od ich brudnego życia.
6. Szatan w apogeum swej mocy
Paja się żyjąc w grzechu rozkoszy
Walka musi być za żarta
Niech odwróci się od nas losu zła karta
Polska będzie Europy warta!
7. To deszcz myje przedmieścia
Zmywa resztki trupiej skazy, gdzie nekrolog się przemieszcza
A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć
8. toaletowy toaście
i toaletowy papier
i chłód i znów
wilgotny nów
ręcznika wokół wanny
nawet nie wiesz ile człowieczeństwa
na tobie zostawiamy wszystko
wszystko co marszem dudni w przestworzach
i artykuły z gazet i świetlista żarówka 25watowa
nawet nie kochanka twoja bogini jaskrawa
oszklona w aureoli Boże! papierowym policzkiem
po ścianie-powoli
daleko wysoko
zamglone sufity
to pusta ściana!
te usta ta ściana
ślini się modlitwą do ciebie
tynkiem na kolanach
papierze toaletowy...
miękkości twojego serca nie zna wiekuista
nie dostrzega cię
w codziennych próbach topielca
dary z prądu znoszą elektrycy ciebie
nie doceniają nienawidzą
podziemni hydraulicy
9. Dość mam historii o wielkich romansach
Wole już oglądać film o szympansach
10. A jeszcze w jej włosach
tańcząc, ekstazy zapachem owite,
splątane namiętności żądzą, szkarłatem pokryte
iskierki
niczym świetliki w czerwcową noc parną
rzucające snop światła oślepłym latarniom
igrały…
nie bacząc na trupa w uśpieniu
2012-04-23 11:28:20 skomentuj (0)
WSZYSTKIE KOTY GUNTHERA GRASSA
Jest takie okrutne, podświadome oczekiwanie, że jeżeli jakiś człowiek w jednej dziedzinie okaże geniusz, to będzie ów geniusz promieniował na inne dziedziny życia i niezmiennie chronił przed głupotą oraz przypadkowością sądów i myśli. Oto i Gunther Grass wypowiedział się w sprawie Izraela, jego sił zbrojnych, polityki zagranicznej rzekomym wierszem, który można przeczytać tutaj wraz z tłumaczeniem np. tutaj. Zrobiła się mała afera, dyskusja czy Grassowi nie odebrać Nobla i czy on jest antysemitą czy też nie. Odpowiedź – w nawiązaniu do anegdoty o Newtonie – jest prosta. Grass Nobla dostał w dziedzinie literatury m.in. za „Blaszany Bębenek”, „Wróżby kumaka”, „Idąc rakiem”, „Moje stulecie” i wiele innych wypowiedzi stricte literackich a nie za biografię, urodę oblicza, rześki oddech czy polityczne poglądy i wiedzę o świecie. Te ma prawo mieć głupie, ignoranckie albo zgoła żadne. Szkoda, że się z tym afiszuje w tonie literatury wypowiadającej się w imieniu polityki i do tego jeszcze – jak można sądzić z tłumaczenia - marnym wierszem. Ale tylko tyle. Ma prawo zachować się głupio lub nierozumnie i wcale nie unieważnia to jego wcześniejszych dokonań, podobnie jak przymusowe wcielenie do SS w wieku kilkunastu lat nie przekreśla napisanych dobrych książek a jedynie kręcenie wokół tego jakby się było małym chłopcem wydaje się nieco groteskowe.
Wiersz zaś jest marny, nawet jak na Grassa, który trochę wierszy napisał, chociażby z tego powodu, że jest wypowiedzią deklaratywną, jednoznaczną i nie posiada żadnej z cech, jakiej można by oczekiwać od mowy wiązanej. Brak mu wizji, metafory, skrótu, syntezy (np. poprzez trafny obraz). Nie wiadomo też czy poprzez skrótową formę czy ze szczerej ignorancji tekst prześlizguje się nad złożonymi zagadnieniami polityki, techniki i nauki jednozdaniowo kreśląc jakiś szkic grubą kreską. Można by zapytać, dlaczego ostrze wymierzone zostaje w Izrael a nie Pakistan, Indie, Chiny, Koreę Północną czy RPA, które też mają broń jądrową. Albo zapytać o samo sedno – dlaczego samo posiadanie broni jądrowej przez jakieś państwo ma zwiększać lub zmniejszać bezpieczeństwo świata a nie wieloletnia praktyka współistnienia tego państwa na arenie międzynarodowej – tego też w wierszu się nie tłumaczy ani nie wyjaśnia. Przypomina mi się tutaj lektura ksiązki Martina van Crevelda "Zmienne oblicze wojny – od Marny do Iraku". Podejście Crevelda pozbawione jest bojaźni i respektu dla utwierdzonych norm i ocen poszczególnych zdarzeń i procesów historycznych. Niektóre tezy Crevelda brzmią wręcz heretycko, na przykład ta, że proliferacja broni atomowej przyczynia się do wzrostu (a nie spadku) przewidywalności, a zatem i bezpieczeństwa danego państwa a dowodzi tego na przykładzie Indii i Pakistanu a także Izraela (tak, tak Panie Grass), które prowadzą o wiele bardziej wstrzemięźliwa politykę angażowania się w otwarte konflikty zbrojne niż w czasie gdy broni atomowej nie posiadały.
No właśnie a na koniec jedna z moich ulubionych anegdot, zasłyszana od Bartka Dobroczyńskiego (obecnie dr hab.) na zajęciach wstępnych z metodologii. Historyjka opowiada o tym jak geniusz mieszka w jednym ciele z idiotą. Otóż – powtarzam za dr hab. Dobroczyńskim – Izaak Newton lubił koty i był geniuszem swoich czasów. A że lubił koty, to miał ich podobno wiele w domu i one były różne – duże i małe i średnie. I Izaak Newton zrobił dla kotów drzwiczki z blachy zamykane i otwierane na sprężynę we właściwych drzwiach swojego domu. Ale że kotki były różne a on był geniuszem, to zrobił duże drzwi dla dużych kotków i małe dla małych…
2012-04-10 13:38:10 skomentuj (9)
JESZCZE JEDEN

Chciałem namawiać do oddania 1% na cele kulturalne, czyli na „Stowarzyszenie Żywych Poetów”. Bardzo chciałem namawiać bo po ostatnich podwyżkach czynszu za lokal (14 metrów kwadratowych) – jest bidnie i trochę trudno. Mam jednak z okolicznością możliwości przekazania 1 % podatku na cele społecznie użyteczne pewien nieusuwalny dysonans. Zastanawiam się jak mam namawiać do oddawania 1% na kulturę, powiedzmy na wydawanie książek, poezji, antologii, czasopisma, organizowanie spotkań autorskich - gdy wokół wszystkie dziecięce nieszczęścia, bezdomne kundle, hospicja, wyrównywanie szans edukacyjnych. I jaka to konstrukcja świata, kraju naszego, ładu społecznego, że oto w jednej kolejce wraz z dziećmi z onkolongii, staje kultura, fundacja odnowy ruiny, stowarzyszenie budowy pomostu na gminnym stawie i Fundacja AGORA S.A. Kto może się w tej kolejce wylegitymować banerem, z którego spoglądają smutne dziecięce oczy – czuje się pewnie lepiej, ja np. w tej konkurencji czuję się słabo i nie za dobrze. I zastanawiam się czy to rzeczywiście dobre urządzenie tak skonstruowany 1%. Moje wrażenie jest takie, że głównie ten 1% trafia do organizacji reklamujących się dziećmi. Gdyby przestudiować ogłoszenia i reklamy tych organizacji, może się wydać, że świat zaludniają w zasadzie tylko dzieci i bezdomne zwierzęta, jakoś nikt nie zbiera na chorych dziadków, na kalekie babcie, na konających dorosłych - nikt ich w telewizji, na bilbordach, w internecie nie pokazuje mimo tego, że często są równie bezradni wobec choroby, wysokich kosztów leczenia jak dzieci. Ale dlaczego? Moim zdaniem prawda jest niska i okrutna. Dziecko świetnie działa na emocje. Co nie jest dzieckiem z wielkimi oczami lub psem o bezradnym wejrzeniu się "nie sprzedaje". Jak kto widzi dziecko i jego wielkie oczy to zaraz sięga do kieszeni.
Zastanawiam się na ile nie jest to społeczne łażenie na łatwiznę. Jak śpiewał Kleyff, lata temu "świeże groby zawsze wzruszą, niezależnie gdzie kopane/ gdy Prosna wyjdzie na jaw/ kto szczuł i co było grane" (Jacek Kleyff „Telewizja”). Oczywiście dla organizacji pozarządowych 1% podatku nie jest jedyną formą pozyskiwania środków na swoją działalność, tylko, że u zarania 1% miał być dla małych a zgarniają wszystko wielcy – np. Fundacja Polsatu, TVN, AGORY, CARITAS. Wielkie organizacje które sobie i bez tego dadzą radę. Dla organizacji małych, oddolnych, to jedyna okazja w roku żeby zebrać kasę na opłacenie księgowej, lokalu, na uskładanie jakichś wkładów własnych właśnie pod te inne źródła finansowania w których trzeba się wykazać własnymi źródłami finansowania. A jak nie jest to Fundacja Bogatych Misiów, tylko realny ruch społeczny gdzieś na prowincji tak zwanej to bywa cienko i sucho. Zawsze mówię, że biedne dzieci, chore dzieci są warte więcej niż 1% podatku i powinno się nimi zajmować państwo z naszych podatków a my - na okrągło, cały rok. Nie wątpię, że większość tych organizacji które pokazują mi na bilbordach wielkie dziecięce (lub psie) oczy swoich podopiecznych w części lub w większości zebrane środki przekazują na wskazany cel, na ów cel dorozumiany w optycznym zbliżeniu. Chodzi mi tylko o to, że jest w tym ustawianiu w kolejce psów, koni i dzieci coś niefajnego, zakładającego części organizacji stojących w tej kolejce:
- z jednej strony szklany sufit od góry (wielcy, mający przełożenia na media biorą bardzo dużo, mali - biorą bardzo mało)
- a z drugiej moralnego nelsona (kto nie zajmuje się istotami o bezbronnym wejrzeniu w zasadzie nie ma szans i czuje moralny przymus uciszenia się, nieformalny zakaz konkurencji bo przecież procent jest tylko jeden a nieszcześcia cała masa).
Nie wiem czy wszyscy musimy stać po ten sam 1% w kolejce do podatników. Czy może jednak inne cele społeczne – niż dzieci, zdrowie, hospicjum nie powinny stać po jakiś osobny, niechby i 0,2 czy 0,3% podatku. Skoro jest plan żeby obywatel mógł sobie odpisywać 0,3% na swój związek wyznaniowy, np. Kościół Katolicki, to dlaczego do jednego worka nie wrzucić 0,3% inne cele społeczne – edukację, kulturę, odbudowę zabytków, stypendia, rekonstrukcje historyczne.
A tak poza wszystkim, pewnie gdybyśmy żyli w karju, w którym zbiorowość ma inne odruchy społęczne, w ogóle jakieś ma - nie byłoby problemu 1% bo dla organizacji pozarządowych poza dotacjami publicznymi nie byłaby to jedna z nielicznych o ile nie jedyna okazja żeby wypracować trochę środków na swoją non-profitową acz użyteczną działalność.
2012-04-04 15:57:22 skomentuj (0)
RADIO EREWAŃ NADAJE. PRZEMEK WITKOWSKI W
Wydawało mi się, że dawno nic nie czytałem o najnowszej poezji, że już odpadłem. A tymczasem czytam w necie, bo w kiosku nie kupuję – artykuł Przemysława Witkowskiego „Trzeba zabić starych poetów”. Znowu wołanie o zaangażowanie, znowu dyskusja w sieci i znowu w podobnym tonie. O tym, że na takim poziomie nie warto gadać. Zabic trzeba tym razem poetów z okolic dawnego bruLionu a namaścić Górę, Pułkę, Witkowskiego, Kopyta, wszystkich których Witkowski przypisze do nurtu lewicującego.
Wszystko trochę dziwi i trochę smuci. Pomijam zwyczajowy spór o specyficzność poezji zaangażowanej i poszczególnych poetów, dlaczego prawem kaduka w czasopiśmie szerokiego rażenia Przemysław wskazuje na Tomasza Pułkę a pominie Michała Nowaka i tak dalej. Niby nihil novi sub sole, zawsze będzie kredens z pominiętymi, a do pisma mającego pretensje do szerokiej poczytności kredens się nie zmieści, wystarczy miejsca na kilku.
Artykuł jest oczywiście uproszczeniem – to nie do uniknięcia w przepisanych przez redakcję ilościach znaków ale jednak nie rozumiem – siedząc bardziej w środku poezji a nie na jej zewnętrzu co to jest ta lewicująca opcja młodych rwąca się do przejęcia sterów zbiorowej wrażliwości. Czy każdy poeta u którego pojawia się jakiś motyw społeczny, ideowy to poeta zaangażowany? Czy może taki co ma dobrą, słusznie zaangażowana biografię? Czy Zbigniew Herbert był w takim razie zaangażowany? I jak w ogóle pisać o poezji do poczytnych tygodników – a nie zdarza się to często – żeby nie popadać w uproszczenia, śmieszność? Czy w ogóle się da cokolwiek sensownego o poezji napisać do takiego „Przekroju”, „Polityki”? Czy może format jaki proponują nie powinien skłaniać raczej do milczenia? Może to milczenie byłoby wymowne? Martwi mnie ten tryb w jakim rozmawiamy o poezji, literaturze, bo jakoś jako żywo nie ma on szans być czymkolwiek więcej niż zewnętrznie manifestowaną wewnątrzśrodowiskową rozgrywką - trochę tak jak międzynarodowe zapowiedzi ustawienia rakiet w Kaliningradzie, którym starszy nas prezydent Rosji, żeby na swoim podwórku cos pokazać i mięśnie pod tym adresem napiąć. Dla czytelnika z zewnątrz artykuł Witkowskiego, wcześniejsze występy Igora Stokfiszewskiego czy niech będzie Zdzisława Pietrasika (kto pamięta jeszcze słynny artykuł „W pełni ciemni” czy jakoś tak?) – jest niezrozumiały, nie zawiera żądnego odniesienia do rzeczywistości, którą by ten czytelnik znał lub chociażby miał szansę poznać. Dlaczego? Chociażby dlatego, że nie ma antologii poezji lewicującej podobnie jak nie ma antologii poezji neomesjanistycznej, czy jakiejkolwiek innej, żadnego katalogu, leksykonu. Antologia „Macie swoich poetów” spełniała pewna istotną funkcję podstawy do początku rozmowy, podobnie od biedy tę funkcję pełniły potem leksykono-antologie „Tekstylia” i „Tekstylia bis”. Kolejne ukazujące się antologie jakoś nijak nie pasują do proponowanego opisu obozów walczących w klinczu. Wydaje mi się, że powinno tak być, że najpierw jakiś numer czasopisma z tekstami, prezentacjami, a potem ewentualnie enuncjacje w „Przekroju”. Tomików poetów młodych nikt z czytelników wysokonakładowej prasy nie czyta i nie będzie czytał. Ale kto wie, antologię jakąś a może i dwie niejeden student polonistyki może by i chciał mieć. A tak wyszło chyba trochę na skróty, bez zaplecza, bo nawet Góra i Kopyt jakby się dystansowali od głosu Witkowskiego. Najzabawniejsze dla mnie jest to, że proponowałem Przemkowi Witkowskiemu lat temu trzy lub cztery zrobienie numeru „czerwonego” „Red.-a”. Zaproponowałem przez pośrednika, podobno odpowiedź brzmiała – pewnie że zrobię, ale ile zapłacicie. Cytuję z pamięci i z drugiej ręki. No niestety, tutaj zrobiło mi się przykro, bo jako redaktor naczelny pisma literackiego nie miałem i nie mam jak zapłacić wielu ludziom wkładającym swoją pracę i czas w powstawanie pisma, książek etc. Stać nas było i jest jedynie na druk dla idei. Na honorarium za ideowy numer – już nie.
Pozostaje zaś we mnie jeszcze jakby z zupełnie innej beczki pytanie na które od kilku lat, od kiedy widmo zaangażowania – czy to lewicowego czy prawicowego (patrz neomesjanizm) – krąży ponad dachami kilku oficyn, które jeszcze uprawiają samobójcze misje wydawania nowej poezji – dlaczego poezja? Dlaczego poezja ma być nośnikiem idei lewicowych? O ile mi się wydaje nośnikiem takich idei raczej bywała proza, bardziej do tego się nadawała, może muzyka (np. rockowa) a poezja – owszem czasem w takt maszerujących gigantów popiskiwała czasem z boku. Czy to bardziej głód docenienia, bycia sławnym, znanym i świetnym ze strony młodych poetów? Czy może brak chętnych do odgrywania artystycznego, nośnego konia trojańskiego, ze strony środowisk lewicujących, którym ciągle coś z tą nową myślą lewicową się nie składa. Jak myśl, to nie nowa, jak lewicowa to nie nośna. I tak od ściany do ściany orają interpretatorzy a nuż coś się wynurzy iw razie czego będzie można zakrzyknąć – a nie mówiłem?!
I na koniec – ktoś w jednej z dyskusji o tekście Witkowskiego wspomniał, że młoda poezja jest w sposób oczywisty lewicująca. Wydaje mi się, że kiedy czytam zestawy konkursowe kilka razy w roku – nie widzę żadnej dominanty ideologicznej, jeżeli jakaś wśród ludu poezja jest popularna – pisana i czytana – to przede wszystkim religijno-obrzędowa. I to wszystkim szukającym nośności w poezji, literaturze ku uwadze i rozwadze polecam. Amen.
2012-03-29 15:19:55 skomentuj (4)
KRÓLEWNA ŚNIEŻKA W AUSCHWITZ
Trudno wyznaczyć początek i koniec historii, którą wciąga czytelnika Lidia Ostałowska w reportażu „Farby wodne” wydanym przez Wydawnictwo „Czarne”. Można zaryzykować twierdzenie, że nici zdarzeń po raz pierwszy nierozerwalnie zawiązują się w 1943 roku, kiedy do Auschwitz trafia Dina Gottliebova, studentka akademii sztuk pięknych. Kiedy maluje w baraku dziecięcym na ścianie sceny z rysunkowej wersji Królewny Śnieżki, zwraca na nią uwagę dr Josef Mengele, dla którego następnie tworzy portrety więźniów podobozu cygańskiego w Auschwitz. Portrety cygańskich więźniów Auschwitz-Birkenau okazują się być jednymi z nielicznych dokumentów zagłady społeczności romskiej w czasach terroru III Rzeszy. Wiele lat po wojnie Dina Gottliebova dowiaduje się o istnieniu tworzonych przez nią obrazów i żąda ich zwrotu, powołując się na prawo do własności intelektualnej. Na to nie zgadza się Muzeum w Auschwitz, wywodząc że w gruncie rzeczy stworzone przez nią akwarele, które być może ratowały Dinie życie zarazem ocaliły anonimowe twarze więźniów Birkenau. Sprawa akwarel autorstwa Diny Gottliebovej jak w soczewce pokazuje splot relacji i nierozwiązywalnych konfliktów kulturowych pomiędzy społecznościami ofiar. Z jednej strony pojawiają się racje Muzeum w Auschwitz gromadzącego wszelkie ślady ludobójstwa zgodnie ze swoją misją. Trudno odmówić im racji. Gdyby ktoś rozpoznał na ekspozycji walizkę należącą do swojej rodziny powinien ją zabrać? Z drugiej strony ujawniają się racje społeczności romskiej, pozbawionej podmiotowości przez oprawców, ale także przez wiele lat nie traktowanej przez państwa i społeczeństwa europejskie jako podmiot zbrodni. Dla Romów/Cyganów/Sinti akwarele Gottliebowej były i są jednymi z nielicznych dowodów/dokumentów/pamiątek po ich zagładzie, pożarciu, zniknięciu. Z trzeciej strony pozostaje pytanie o prawo autorki do wykonanych przez nią na zlecenie dr. Mengele obrazów. Kto jest właścicielem tych akwarel – społeczność której przedstawicieli przedstawiają? Autorka? A może zleceniodawca dr. Mengele i jego spadkobiercy? Szczególnie smutnym finalnym odkryciem okazuje się, że nawet po latach – trudno mówić o unieważnieniu ludzkich różnic wobec zła, jakim był nazizm. Po latach okazuje się, że pamięć wcale nie zrównuje ludzkiego cierpienia, ale je różnicuje i jak się wydaje – utrwala te zróżnicowania, sprawiające, że wiele lat po doznanych cierpieniach ofiary nadal toczą makabryczne w swej istocie spory. Co więcej - linie tego (ale także wielu innych podobnych) konfliktu układają się dziwnie podobnie do linii podziałów wykreślonych drutem kolczastym w Birkenau.
2012-03-20 11:15:57 skomentuj (0)

|
|