JURODIWY- PIETRUCH CZYLI WARIAT




Gazetaliteracka.pl księga gości


2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad



Call me elvis
jurodiwyj@wp.pl
GG6691170

Inne gawra
POECI DLA TYBETU - wspólny projekt z Patrykiem Dolińskim
Literackie - dużo małych stron wielu autorów, w tym Jurodiwego
E-BOOK JURODA - wiersze stare
RED.-akcja newsy z towarowej 6/10
JURODIWIEC FORUM Forum dyskusyjne jurodiwego
Nieszuflandia tutaj się gnieżdżę także
macierz moja internetowa macierz, poczciwina
K.I.T. czyli Stowarzyszenie

Alter Ego
Radek Kirschbaum tak mógłbym się nazywać.

Pietrucha lubić ich - Ich lubić Pietrucha
Szycownik czyli blog Pablo Lekszyckie herbu de Giwera
Wangin - albo Lucka rzecz
Lemur i Noemi - postac ukryta
Dwa Doktory i Wiktor - old firends inaczej
Jaras z Koronowa albo Uliczny Sprzedawca Owoców
Kuba Certowicz i jego flatten-foto-ekipa
Commodore64 - kto z was jeszcze pamięta o co chodzi z C64?
Piotr Wiktor Sopocki intersubiektywnie komunikowalne obserwatorium kultury
Steppenwolf Marek, dawniej Kleryk, obecnie Czarny

Gościniec
Niedoczytalnia Nowy żwawy serwis literacki - arriva!
Biała Fabryka --- produkuje biel i czerń
Orliński albo Mumu humu
Fighting Helenka można pomóc jednej małej osobie.
Wysocki co ma pióro i klocki
Władysław Bartoszewski Blog - wierzyć się nie chce, ale Profesor Władysław Bartoszewski prowadzi bloga!
Jerzysosnowski.pl pisarz
Zrozum blog brata brata
Oooops - jad - ach jak ja lubie ten Jad, też jurodiwy czyli rozumny człowiek
Gil Gilling niezastapiony fotoreporter życia literackiego kraju
Marcel Chyrzyński kompozer którego warto śledzić i podsłuchiwać
NAJMNIEJSZA SEKTA ŚWIATA - z ich kasą i sławą mogliby nic nie robić.
Powstanie Warszawskie z Płocka mnie ta płyta "Lao Che" rozwaliła zupełnie. Szacun i rispekt Panowie.
Mariusz Sieniewicz piewca olsztyńskiego zatorza.
BARD CZYLI INNY RODZAJ ZWIERZA MIrek Czyżykiewicz jest chyba ostatnim z tego rodu Bardów, ostatnim znanym i tak autentycznie dobrym

Sól ziemi
Parafia na końcu świata - Blog ks. Marka Maszkowskiego z Madagaskaru
We will build this city on rock'n'roll:) Internetowe Społeczeństwo Miasta Brzeg
WOLNY TYBET POZA TYBETEM oficjalna strona Rządu Tybetańskiego na wygnaniu
TYBET serwis informacyjny
Prawa Człowieka Helsinska Fundacja Praw Człowieka. Pozytywn Mafia i Centrum Rewolucji.
Brzeg jestem z tego miasta

jurodiwy-pietruch


TRZY RAZY S - NIEBAWEM NA STRONACH BIURA LITERACKIEGO
Niebawem na stronach Biura Lietrackiego rusza dyskusja pod szczytnie brzmiącym hasłem "Byc poetą dzisiaj" o tym co poezja ma robić, żeby trafiać, żeby byc czytaną i czy w rzeczy samej Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna Dyckiego cokolwiek w tej sprawie zmienia. W istocie nic, ale z samego zastanowienia się to i owo wyniknąc może, czego fragment poniżej:

W pierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, że nie bardzo wierzę w literaturę żyjącą z samego prestiżu bycia nagradzaną. Dlatego nagroda NIKE dla Eugeniusza Tkaczyszyna - Dyckiego w moim odczuciu niewiele zmienia w sytuacjipoezji, chociaż pewnie wiele zmienia w recepcji poezji samego Dyckiego i wiele zmienia w życiu samego autora. Zarazem wydaje mi się i nieśmiało to głoszę, że literatura musi być czytana, publikowana, dyskutowana. Tymczasem fakt przyznania znaczącej nagrody oryginalnemu twórcy bardzo często wytrąca go z normalnego obiegu, ustawia poza dyskusją, przesuwa recepcję jego twórczości w stronę słowa objawionego. To niewątpliwie jedne z licznych a nie wyrżniętych resztek etosu poezji o proweniencji romantycznej. Dla autora to może zbawienne, że literaturę może z szafy na różne hobby - gdzie być może literatura sąsiaduje z takimi aktywnościami jak „wędkarstwo”, „sklejanie modeli samolotów z drugiej wojny światowej” przenieść do szufladki – „zajęcia poważne”. Bo praca w języku jest zajęciem poważnym - z całym szacunkiem dla wędkarzy oraz  modelarzy.Niezupełnie też się zgadzam z zawartą w zagajeniu dyskusji insynuacją, że instytucje zajmujące się promowaniem literatury stawiają głównie na prozę. Po pierwsze ileż to tych instytucji jest w Polsce. Po drugie – nawet zakładając, że każdy powiat i gmina jest powołana (no bo teoretycznie jest) do krzewienia i dbania o stan kultury (w tym literatury)  na swoim terenie - ne za bardzo wiem na jakim argumencie, obserwacji, na jakich danych taki sąd miałby się opierać.  Toż jak Polska długa i szeroka konkursy ogłasza się najczęściej dla poetów i poetek. Dla prozaików i prozaiczek konkursy organizuje się rzadko i niechętnie. Być może dlatego, że publiczne wysłuchanie nagrodzonego wiersza to zaledwie kilka chwil mąk wyższego rzędu, podczas gdy opowiadanie potrafi się ciągnąć i czasu nie wystarczy na poczęstunek.  Gdy mówimy o konkursach - mowa  jest jednak  najczęściej o promocjo dla amatorów. A co mają zrobić twórcy po pierwszej niszowej publikacji? Organizowanie  konkursów słuszne jest i zbawienne, ale nie zastępuje czytelnictwa – a to zasię leży jak Polska długa i szeroka. Z drugiej strony w tym poszarpanym świecie poucinanych momentalnych obrazków i fragmentaryzacji opowieści – proza sprzedaje się nieźle, zatem nie zawsze i nie wszędzie potrzebuje wsparcia publicznego. Być może dlatego, że ludzkość potrzebuje podświadomie jakichś opowieści, które coś skleją w całość. To temat na osobną dyskusję. Oczywiście jak w przypadku każdej dziedziny art&entertainment są takie zjawiska które świetnie sobie radzą same i takie które bez hojnego mecenatu – publicznego lub prywatnego - nie dadzą sobie rady a mimo to uznaje się że tez powinny istnieć. Tyle, że kwestia rozeznania co jest czym - to problem w ogóle kultury w tym kraju a nie szczególny przypadek poezji.  Niezależnie od tych wstępnych uwag - pozostaje pytanie-dzwon o to jakich dróg i ścieżek ku odbiorcy ma szukać poezja, jako sztuka relatywnie trudna w odbiorze. Wydaje mi się, że takich sposobów jest kilka, aczkolwiek nie są one wcale nowe.  Na użytek niniejszej wymiany zdań spróbowałem je sformułować w miarę pozytywnie pod postacią trzech „S”. Po pierwsze „S” jak Strzecha. Ne ma lepszej drogi ucierania się poezji z jej odbiorcą jak bezpośrednie spotkania, konfrontacje, rozmowy o niej, z nią i poprzez nią. To tam w odległych opłotkach, na salach bibliotek miejskich i wiejskich – rzekomo niezrozumiała, odległa od życia, hermetyczna poezja przeczytana na głos, ogrzana wartością dodaną – osobą autora, wzbogacona o glossę, ton głosu – może szukać zrozumienia. Gdy odbiorca nader często nie ma jak trafić na poezję, z którą mógłby się (być może) dogadać –poezja powinna jego szukać i podążać za nim, złazić czytelnicze ścieżki, szukać czytelnika pod strzechą. Nie w sensie artystycznym, tutaj dopuszczalne są wzajemne wystawienia się na trudne próby, ale w sensie dosłownym. Poezja, poeci, poetki mają być w ruchu. Zbyt wiele wyrosło wysp wykluczenia z obiegu literackiego na mapie Polski. Żaden obdarzony milionowym budżetem festiwal imienia Kogoś Bardzo Ważnego odbywany w jednym z kilkunastu centrów akademickich w kraju nie zastąpi kilkuset a może i kilku tysięcy spotkań w niewielkich miejscowościach, czasami ledwie kilka kilometrów w bok od szosy głównej a czasem wręcz w miejscach leżących na głównej trasie ale mijanych, przejeżdżanych. Takim działaniem w ostatnich latach był organizowany przez Instytut Książki Festiwal 4 Pory Książki, który pomimo głosów krytycznych – czynił zadość postulatowi ruchliwości i dostępności. Dość wspomnieć, że jego kolejne edycje odbywały się w kilkudziesięciu miastach na raz. Literatura i literaci kilka razy w roku wędrowali po całym kraju a na tych trasach wędrówek równouprawniona była Warszawa z Nową Rudą a Wołów z Krakowem. Ten festiwal wytwarzał miejscowe koalicje na rzecz literatury, pomagał kreować i stabilizować grupy zadaniowe, dawał zapaleńcom możność policzenia się, odkrycia swojego współwystępowania na niewielkiej przestrzeni miasta, miasteczka – do tej pory wydawałoby się skrajnie aliterackiego. Przy czym co ważne – projekt Instytutu Książki wyraźnie premiował miejscowe, oddolne koalicje animatorskie, pozbawiony był cech objazdowego niemego kina, które przyjedzie i pokaże prowincjonałom czym kultura jest. Nic z tego paternalizmu! To lokalni liderzy i organizatorzy określali co chcą zrobić i w jakiej formie a donator po spełnieniu minimalnych wymogów formalnych – zezwalał na dużą dozę swobody w kształtowaniu programu, zgodnie z lokalnymi potrzebami i oczekiwaniami. Pod tym względem ten festiwal wydaje mi się czymś unikalnym i wartym naśladowania, czymś skrajnie innym niż popularne jeszcze do niedawna spędy środowiska czy imprezy od wielkiego dzwonu typu Festiwali Imienia Bardzo Ważnych Osób.

CDN na stronach BL niebawem

2009-11-16 13:28:39 skomentuj (3)
ZE STOSU MEMÓW - PATRZ NAJBLIŻSZY NUMER ODRY

W najbliższej "Odrze" - 5 mem ze stosu memów i zabobonów literatury polskiej - mianowicie ten, który mówi o iluzoryczności kariery literackiej oraz względności nagród odczesnych. A leci on między innymi tak:

Zacznijmy od memu kariery literackiej w wersji immanentnej, czyli memu działającego od wewnątrz tak zwanego środowiska literackiego. Wszyscy literaci chcieliby zapewne móc żyć z pisania jako takiego; żyć tak, żeby nie zajmować się niczym innym jak tylko przeżywaniem i pisaniem; chcieliby unikać etatyzmu mordującego wrażliwość, trosk materialnych. Wstawać wtedy, kiedy się chce i pracować tylko wtedy, kiedy się ma po temu natchnienie (kolejne resztki niedorżniętego etosu romantycznego) - no pewnie, tak to każdy by chciał a świat jakże byłby piękny. Kolejarz przestawiałby zwrotnice, wtedy gdy wschód słońca zachwyciłby go do głębi, policjant ruszałby na interwencję tylko wówczas gdy doznałby olśnienia zaś kontroler lotu tylko wówczas naprowadzałby na lotnisko bezpiecznie samoloty, gdyby uznał, że spełnia się w ten sposób duchowo i realizuje pełnię swojej potencjalności. Że podobny sposób funkcjonowania jest opowieścią z krainy groteski  to dostrzeże chyba każdy, kto odrzuci na moment zabobonną wiarę pozbawioną krytycznego namysłu nad przedmiotem wiary. Niezależnie od tego, co się sądzi o profesji literata (profesja to czy powołanie w końcu?) - trudno chyba w danej epoce i społeczeństwie wymienić więcej niż kilku literatów żyjących z pisania per se. Kto dzisiaj żyje z pisania w Polsce? Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Jacek Dukaj? A co by było gdyby nikt nie organizował spotkań autorskich płatnych z góry a jedynie musieliby wymienieni żyć wyłącznie ze sprzedanych książek? Nie wyśmiewam, nie ironizuję, nie płaczę. Taka sytuacja wydaje się trwać od wieków. To rzecz widzialna i narzucająca się w doświadczeniu potocznym, wspierana wiedzą historyczną (kto wie ile sprzedał Adam Mickiewicz egzemplarzy swojego tomiku?). A jednak jakoś trudno ludowi piszącemu zaakceptować, że mało który literat żyje z pisania a jeżeli próbuje, to bywa równoznaczne z tym, że decyduje się na skrajne ubóstwo i skazuje na ubóstwo także swoją rodzinę o ile ma szczęście ją założyć. Kobiety bowiem są mądre i wiedzą oraz widzą czym pachnie dłuższa znajomość z literatem, który chciałby żyć z pisania. I pomimo tego, że sytuacja ta trwa jako się rzekło wieki całe – nadal wyrastają zastępy młodych, a potem coraz starszych, piszących marzących o tym by żyć z pisania, czyli z tego co się kocha, lubi, uwielbia i czym się samego siebie uwodzi. Sporo mówił (pośrednio) o tej sytuacji piszącego w jednym z  ostatnich wywiadów Jacek Podsiadło[1], który jak już  wiadomo nader często żyje na cebuli od Dobromira Kożucha, oszczędności żony, bo praca na etacie się nie zhańbi a wszyscy inni którzy to robią – to korbiarze, którzy dają się poniżać jak on, jeden, czysty niczym łza (uwaga „eł” przedniojęzykowe!) – nigdy się nie da. Coś zdaje się wybąkał na ten temat Michał Witkowski[2] usprawiedliwiając niejako w jednym ze swoich felietonów swoje celebryckie wybryki jako konieczny dodatek do słabych honorariów. Skromniejsi w potrzebach od Witkowskiego, którzy nie mają co gwiazdorzyć bo i tak ich nikt nie zna - szczęśliwi są jeżeli znajda posadę koło słowa. Popularne zawody okołoliterackie to wykładowca (najczęściej polonistyki a jakże!), dziennikarz, nauczyciel gminny, instruktor w gminnym lub miejskim ośrodku kultury, korektor, księgarz, bibliotekarz. Istnieje też szansa pozostawania blisko literatury dzięki wykonywaniu zajęć nieskomplikowanych (monter na taśmie wykonującej podzespoły sprzętu elektronicznego), nieangażujących intelektualnie i energetycznie (stróż nocny, dzienny, ochroniarz, pomocnik murarza) lub w zawodach wolnych pozostawiających wąski margines na działalność własną (prawnik, kierowca, agent ubezpieczeniowy). W głębokim cieniu pozostaje cała reszta towarzystwa, która z trudem walczy o utrzymanie się na powierzchni wykonując normalne prace, w normalnym czasie pracy. Wszyscy oni i one zaś rozdzielają między siebie niewielki torcik zleceń takich jak pisywanie płatnych recenzji, prowadzenie warsztatów, spotkań autorskich, moderowanie dyskusji. Słowem – gdybym miał komuś polecić jako dobry sposób na zrobienie kariery literaturę i motyw zdobywania prestiżu (w społeczeństwie gdzie 62% ludzi nie czyta nic w ciągu roku) lub pieniędzy (gdy najwyższa nagroda literacka jest równowartością 20 metrów kwadratowych mieszkania w bloku na Ursynowie) – doradziłbym raczej założenie zakładu produkującego nagrobki. Interes pewny bo ludzie umierać będą zawsze.
CDN w grudniowym numerze "Odry"

[1] „Gazeta Wyborcza”, 12 kwietnia 2009, dostępne w Internecie: http://wyborcza.pl/1,75480,6488113,Lodowka_odpowiada_echem.html

 

[2] „Polityka” 42/2009


2009-11-16 01:38:53 skomentuj (5)
MATERIAŁY POMOCNICZE DO OBCHODZENIA ROCZNIC. KOLEJNA ODSŁONA



Płyta firmowana przez Karima Matusiewicza oraz kilkunastu innych polskich wykonawców a zatytułowana „Herbert” ukazała się jakby na złość rok po roku herbertowskim i niby nie mieści się w nurcie estetycznym materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic, a jednak coś w ten zbiorówce nie urzeka i każe myśleć jak o konfekcji. Nie powtarza się wprawdzie coraz biedniej z tej perspektywy wyglądający „Gajcy” (patrz poniżej), gdzie wprawdzie poprawnie ale jakoś bez ikry wykonano kilkanaście przypadkowych wierszy do kilkunastu przypadkowych melodii. Tutaj jest znamię odautorskiej myśli, chociaż zaproszeni wykonawcy chyba pociągnęli projekt, każdy w swoją stronę i wyszło jakoś gładko i miejscami bez wyrazu. Zresztą w ogóle mnie nie przekonują próby rytmizacji Herberta i legnie na tym Gintrowski, legnie na tym każdy kolejny. Jedyne co mnie przekonywało niegdyś to Herbert z muzyką Radwana, ale potem długo nic a nie wiem czy dzisiaj nadal by mi się podobało. Wraz z  Karimski Club zagrałli między innymi – Muniek Staszczyk, Jan Nowicki, Adam Nowak, Wojtek Waglewski, Sebastian Karpiel-Bułecka, Gaba Kulka i tak dalej. Zupełnie nie przekonuje mnie z tego składu Rafał Mohr, który kładzie recytacyjnie „Dwie krople” robiąc z nich jakąś tanią, orgiastyczną pościelówę. Nie wiem czy rozwiązaniem jest biegunowo przeciwstawna akademia i zadęcie ale mimo erotycznego podtekstu, chyba irytuje mnie takie obejście się z tekstem w którym płoną lasy. Nieźle wypada Muniek Staszczyk, któremu herbertowska kołatka pasuje do rockowego wokalu, suchość brzmienia nie przeszkadza. Bardzo dobrze wypada, o dziwo, zajechane do granic możliwości „Przesłanie Pana Cogito” szczególnie we fragmencie wyrapowanym przez Antara Jacksona. Zresztą te momenty, które uwodzą, to owo rozgdakanie się wiersza w różnych językach – po rosyjsku, po hiszpańsku, po angielsku. To bardzo dobry pomysł, w jakimś stopniu czyni znane nieznanym, trudne, ciężkie, obciążone już pretensjonalnym kontekstem – bezpretensjonalnym.

Dlaczego jednak nie pokroję się za tę płytę? Czy za okrągła muzycznie? Za gładka? Za łatwo wchodzi? Czy za bardzo nie SA to po prostu piosenki do Herberta? Coś z tego. I mimo tego, że artystycznie złego słowa nie da się powiedzieć, to brakuje mi miejscami wyrazistości. Ta płyta za bardzo brzęczy w uchu, przepływa grzecznie i spokojnie, przewidywalnie (chociaż zestaw tekstów nie jest przewidywalny!). Układnie jak chłopięcy uśmiech Macieja Stuhra. A co ja zrobię, że nie lubię uśmiechu Macieja Stuhra a jego humor mi nie odpowiada a i wielkość mniemana jedynie.

Ach i jeszcze jedno. Na albumie mozna usłyzeć samegoHerberta. To nagranie dokonane było przez PR Kraków w ostatnich miesiącach o ile nie tygodniach przed śmiercią Poety a wyszło jako kaseta i płyta już po śmierci. I chyba to było jedno z tych niezapomnianych wykonań wierszy Herberta, jakby wbrew potocznemu memowi, zabobonowi, gładkiemu zdanku powtarzanemu jak wiele innych pierdoletów, że poeci nie powinni czytać swoich wierszy. Otóż szczególnie chyba w zderzeniu z gładziami szpachlowymi Karimski Club słychać, że powinni, bo to także jeden z lepszych fragmentów tego albumu - Herbert sam w sobie. Tego albumu i nie tego zarazem, bo przecież to płyta w płycie. Tamta płyta, taśma - prosi się o reedycję. Ten tłumony charkot na granicy wieczności - tego nikt mi nie opowie lepiej niż sam Herbert.



Tymczasem komuś udało się rocznicowo zrobić rzecz wiarygodną, obdarzoną niepodległością gestu. Oto L.U.C. o którym Jurod nie słyszał do tej pory – a powinien, bo dorobek człowieka budzi szacunek. Inna sprawa, że L.U.C. obracał się w zupełnie innych rejonach, rejestrach. Łukasz Rostkowski - bo to on sie kryje pod pseudonimem L.U.C. - z tego co zrozumiałem, stworzył  audio-projekt "39/89 Zrozumieć Polskę" jako etap w realizacji widowiska i filmu wykorzystującego najnowsze techniki i motywy zabawy z soundem. Sam pomysł narracyjny, bliski końcowej refleksji Tomasza Łubieńskiego z jego eseju „1939 zaczęło się we wrześniu”, wydaje się bardzo celny. Może nie nowy, ale uzmysławia ciągłość procesu, który rozpoczął się w maju 1939 a zakończył w  czerwcu 1989. Projekt L.U.C.-a zaczyna się od utworu „Polski Honor” w który wplecione zostały fragmenty mowy sejmowej Józefa Becka z 5 maja 1939 roku. Z jednej strony entuzjazm tamtej sali sejmowej a w tle lamentacyjne zawodzenie kogoś, kto już wie ile z tego honoru zostanie. I tak poprzez niezliczone zbrodnie, absurdy, pogłosy, spiętrzone pogłosy - aż do momentu kiedy insygnia władzy wracają na odbudowany zamek Królewski w Warszawie i trafiają do rak pierwszego demokratycznego prezydenta R.P. po 1939, czyli Wałęsy Lecha. Ma L.U.C. chyba małą wtopę, bo w utworze „Tribute to Stefan Starzyński” wykorzystuje wiersz z Powstania Warszawskiego „Żądamy amunicji”. Nie do końca wiadomo dlaczego on akurat tutaj potrzebny skoro prosiłoby się o ten fragment przemówienia Starzyńskiego:

"Chciałem, by Warszawa była wielka.
Wierzyłem, że wielką będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości.
I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczano. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto lat, lecz dziś widzę wielką Warszawę.
Gdy teraz do Was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę.
I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce, gruzy leżą, choć tam gdzie miały być parki, dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale - nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i sławy."
 

No ale to jedna wtopka. A słychać w tym projekcie poza tym godziny tytanicznej roboty archiwistycznej. I mimo, że nowe brzmienia , bliskie transom i techno (wiem-nie wiem-nie znam się na tym) to nie moja bajka – doceniam aranżacyjny rozmach i kunszt. Bo to jest kunszt proszę Państwa. Intuicja dźwiękowa i talent narracyjny tyle, że nie wyraża się w języku literatury. W każdym razie nie tylko w języku literatury. To coś, leży na pograniczu sztuk.  Budzi ufność prostota opowieści, może nawet naiwność, oscylowanie na granicy patosu - ale w tym chyba tkwi siła tego albumu, nagranego przez chłopaka rocznik 1981, który pisze  w słowie od siebie:

„Musimy pamiętać nie po to by nienawidzić Rosjan czy Niemców, lecz by poprzez historię uczyć się lepiej decydować o przyszłości , a także by docenić ten piękny bajzel, w którym przyszło nam żyć”.

No nic dodać nic ująć a realizacja dźwiękowa naprawdę wysokiej próby. Bez złudzeń, bez politykierskiego zadęcia, po prostu. Jakby z Lao Che się facet urwał.

 

I wreszcie na koniec sprawa która jak dla mnie ociera się o wybitność, chociaż jakby dla kontrastu pełna brzmieniowej surowości – De Press i album „Myśmy Rebelianci” czyli program oparty na piosenkach partyzantów podziemia antykomunistycznego 1944-1953, w podtytule „piosenki żołnierzy wyklętych”. Teksty literacko nie są wybitne, bo nie mogą być, przecież to leśne piosenki „ludzi spalonych bez domu”. Muzycznie Andrzej Dziubek pozostaje wierny swoim postpunkowym  z jednej strony a zdrugiej góralskim korzeniom. I do tego wiadomo, że to piosenki wojny domowej, okrutnej, brudnej, bo inna wojna domowa nigdy nie jest – a jednak w tym połączeniu punka i partyzantki wyklętych tkwi uwodzicielska siła. „Anarchy In the R.P.” mogłoby się to nazywać. Muzyka o anarchistycznych korzeniach, wzywająca do obalenia każdego systemu a z drugiej echo żołnierzy walczących jak Funky Koval – sami przeciw wszystkim. Proste, szorstkie brzmienia, proste melodie i takie teksty. Aż się ciśnie na usta, że dzisiaj partyzant grałby hardcore. Dobrze wypadają kolejne melodyjne utwory, począwszy od "Czerwonej Zarazy" w której refrenie robi się prawdziwa hardkorowa karuzela, świetnie wypadaja przebojowe niemal - "Szesnastka", "Niech się Pani za mnie pomodli", "Trudny czas", "Patrol", dobrze brzmi ciężka  jakby nu-metalowa "Piosenka ludzi bez domu" i dwa razy nawracające jakby motto "Bij Bolszewika" w różnych wersjach. Aż ręka broni szuka - jakby powiedział przyjaciel.
Kończy  płytę – uwaga – kawałek do słów  wiersza Zbigniewa Herberta – „Wilki” i brzmi to chyba najlepiej ze wszystkich znanych mi zagranych i zaśpiewanych kawałków Herberta. Stoi za tym charczący fender, podpięty pewnie do Marshalla robiący  ścianę dźwięków jak ze germańskiego metalu. I to jakby ironiczne jest, bo w projekcie Karima i Karimski Club pojawia się wiersz „Pan Cogito a Pop” a w nim znamienne zdanie:

„sama idea owszem pociągająca być bogiem to znaczy ciskać gromy […]Kłopot polega na tym Ze krzyk wymyka się formie”
I zdziwienie, że głądki pop gorzej przyjmuje słowo Herberta niż dziarskie gitarowe frazowanie DePress. Właśnie dlatego być może że postpunk Dziubka bliski jest krzyku, bliski jazgotu i zarazem zbliża się do tego co wymyka się formie, losu tych, którzy stawali w szesnastu, pięciu, czternastu – przeciwko całemu światu. I być może dlatego – Dziubkowi paradoksalnie udaje się to, co wydaje się wymykać innym. To, co na granicy krzyku i wrzasku (jakby z okrzyku szturmowego, wrzawy bitewnej) znajduje właściwą formę w prostych riffach i aranżu ograniczonym do klasycznego zestawu brzmieniowego rockowego zespołu – gitara, ciężki, nisko nastrojony bas, perkusja i góralski wokal. Tak, stawiam na Dziubka.

 


2009-11-08 02:43:11 skomentuj (1)
MATERIAŁY POMOCNICZE OBCHODZENIA ROCZNIC. JESCZE RAZ.


Monumentalne dzieło Apoloniusza Zawilskiego „Bitwy Polskiego Września” pięknie reedytowane w jednym tomie właśnie przez wydawnictwo „Znak” to propozycja wymagająca, ale w zasadzie obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje kampania polska 1939 roku. To dzieło skupiające się głównie na anatomii poszczególnych bojów, bitew i potyczek w czym wyraźnie odróżnia się od innych opracowań tego typu, próbujących (jak np. prace Tadeusza Jurgi czy Leszka Moczulskiego) dać szersze tło. Autor dedykuje je „żołnierzom września” i pozostaje tej dedykacji wierny do końca, dyplomaci są obecni jako tło właściwych zmagań. Bo to nie jest książka o dyplomatycznych podchodach ale walce na żelazo i krew. Podobno 1 września Józef Beck miał powiedzieć „Dyplomacja zrobiła wszystko, niech teraz armia pokaże co potrafi” wyraźnie zaznaczając koniec etapu dyplomatycznych gier. W tym miejscu zaczyna się fresk Zawilskiego, w którym głównym bohaterem jest polski żołnierz. Monumentalność tego dzieła rozbijają oparte na relacjach dialogi, rozmowy i liczne fabularyzacje co – obok czytelnych map (jest ich blisko 70!) oraz bogatego materiału ilustracyjnego – czyni tok narracji przejrzystym i potoczystym. Zawilski wylicza, że w kampanii wrześniowej stoczono 700 większych potyczek i bitew a w książce opisuje zaledwie kilkadziesiąt jego zdaniem najistotniejszych. Nie opisuje też tej jednej, najważniejszej bitwy, w nadziei na którą, żołnierze września toczyli swój nierówny bój. Tej, która nie rozgorzała na Zachodzie, nad Renem i Mozelą. Bowiem – i takie jest stanowisko Zawilskiego – wszystkie te bitwy polskiego września były wielkim działaniem wiążącym, odciążającym gestem Winkelrieda wystawiające pierś na groty wrażej przewagi. Winkelried spełnił swoją rolę. Spełnił ją dobrze. I o tym w detalu i w ogóle przejmująco pisze Zawilski.


 

Wśród licznych materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic dość skromnie promowany, przemyka gdzieś bokiem kolejny esej wątpiący Tomasza Łubieńskiego „1939 zaczęło się we wrześniu”. Warto zwrócić na tę książkę uwagę, bowiem w tonacji i argumentacji odbiega ona od dość monotonnych, popularnych opowieści o dzielności i koniecznej nieugiętości,  a ośmiela się zadać pytanie bardziej podstawowe. Pytanie o to, czy w ogóle rozumnym było i koniecznym samotne przeciwstawienie się Polski całej potędze Wehrmachtu i ZSRR (po 17 września). Jak zawsze u Łubieńskiego chodzi bardziej o postawienie problemu, niż udzielanie z góry jednoznacznej odpowiedzi. Przy tym posługując się podręcznymi notatkami – w tym zapiskami swoich antenatów pracujących w przedwojennej dyplomacji II RP – Łubieński kreśli niejednoznaczny i trochę zgryźliwy portret ówczesnego polskiego korpusu dyplomatycznego (czy w ogóle  elity politycznej), w którego rekach była przyszłość Polski po 1936 roku. Polemizuje z jednej strony z Leszkiem Moczulskim (bo skoro było tak świetnie to dlaczego przegraliśmy?) ale z drugiej strony poddaje w wątpliwość proste jak drut konkluzje śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza o tym, że jedynym i do tego sensownym wyjściem dla Polski w 1939 było pójść z Hitlerem na Moskwę. Największa wartość propozycji Łubieńskiego zasadza się właśnie na odrzuceniu sądów a'priori i żywej próbie namysłu nad  ówczesnymi globalnymi możliwościami wybrnięcia z sytuacji. A tych, nazbyt prostych i narzucających się rozwiązań – chyba było niewiele zaś ponure ówczesnych wyborów konsekwencje ponosimy wszyscy do dzisiaj. A w zasadzie ponosiliśmy. Tomasz Łubieński wskazuje wyraźnie, że jego zdaniem to co zaczęło się we wrześniu 1939 ostatecznie zakończyło się w roku 1989, wyjściem Polski z cienia. Co zaś do odpowiedzi na odwieczne pytanie – „bić się czy nie bić” – Łubieński nie unika odpowiedzi, ale jak brzmi i jakimi jest obwarowana dodatkowymi założeniami – tego zdradzać nie wypada. Wypada przeczytać.
Te liczne zalety ksiązki Pana Tomasza psują zupełnie niepotrzebne błędy rzeczowe, na co eseista ma prawo sobie pozwolić, ale wydawca i redaktor powinien skorygować. No bo kiedy pisze Łubieński o grobach w Laskach pod Warszawą i wspomina 29 pułk piechoty z Kaniowa z 21 dywizji piechoty, no to ja pytam co Łubieński widział za groby i czy naprawde je widział. U Zawilskiego można sprawdzić, że 21 dywizja piechoty pod generałem Kustroniem składała się z pułków 3 bielskiego, 4  cieszyńskiego i 202 rezerwowego a że była to dywizja górska to jej szlak bojowy zaczynał się w Beskidach a kończył pod Tomaszowem Lubelskim, 400 kilometrów od Lasek. 29 pułk był w rzeczy samej pod Laskami, ale był to pułk kaliski. Niby drobny błąd, ale takich kwiatków jest kilka w książeczce niewielkiej objętości. Autorowi wolno postepować z pewną dezynwolturą, ale ja się pytam gdzie jest wydawca i redaktor?! Trochę obciach dla wydawcy.


Dzisiaj także zaduszkowe czytania Radka Kirschbauma


2009-11-01 21:56:27 skomentuj (0)
POWRÓT


ULTIMA THULE
Prowadziły mnie jeże, najlepsi męczennicy tej wyspy

oddający życie za nic, konający na asfalcie, roztrącani

nozdrzami psów i kotów. Ze srebrnej baszty ujrzałem,

że to kres. Nie da się uwierzyć, że dalej cokolwiek istnieje

poza kamienną nastawnią wiatrów i stacją obsługi fal.

Właśnie słychać jak wystawiają na tory północny sztorm.
I komunikat na krótkich: Czekamy na Ciebie. Odpowiadam
sobie resztę tej historii: to jest koniec rycerzu, dotąd mogłeś

zawrócić, dalej wszystko będzie osobno. Ręce, nogi, szepty,
cienie.
Zamykam list i oddaję wodzie. Na widnokręgu

nie widać wyraźnej linii rozgraniczenia. Statek osuwa się
za próg. Długo czekam na dźwięk spadającej z nieskończonej
wysokości stali. Bez potwierdzenia, bez odbioru.  Over.

 


2009-10-17 13:08:26 skomentuj (0)
JESZCZE RAZ MIEJSCA
a to co znowu?

2009-10-16 02:38:45 skomentuj (3)
PIT09 - ZAPRASZAM
a co to tu ma "?



2009-10-07 19:41:29 skomentuj (6)
LIST W SPRAWIE
BIG RED BOTTLE-NECK

Kiedy mówiłem że kobiety nas zbawią nie
wiedziałem że niektórych wydadzą na żer
cuchnącego padliną warana. Każdy z nas
hoduje go najlepiej jak potrafi za najbliższym
rogiem aorty. Widzę to wyraźnie z wyspy,
wysokiej jak sołowiecki Anzar, gdy wilk
podaje mi soczewkę wypełnioną światłem
ostrym i białym jak morze. Przed tym zimnym
dotykiem, precyzyjnym jak rzeźnicki nóż, który
rośnie w krtani nie ma obrony. Z takim zacięciem
zostaniesz plantatorem na farmie potrzaskanych
żarówek. Ten szum idący od morza to nie wiatr,
to rozmowy jaszczurek na naszych śladach.
Chwyć butelkę za szyjkę i zrób sobie tulipana.
Bądź dzielny jak Ryszard. Rwij serce. a gdy
będziesz szedł do kobiety  idź jakbyś szedł
z bukietem kwiatów.*

* fraza kursywa pochodzi z pewnego wiersza Ryszarda Chlopka

2009-10-01 16:00:50 skomentuj (0)
NA JESIEŃ 2009



AVATAR TANKMANA SPOTYKA NA FACEBOOK’U

AVATAR KIRSHBAUMA, KTÓRY NIC NIE ROZUMIE I ŻĄDA WYJAŚNIEŃ ODNOŚNIE SIATKI
“…How long shall they kill our prophets,
While we stand aside and look? Ooh!
Some say it's just a part of it:
We've got to fulfil the book…”

Bob Marley “Redemption Song”

 

Zanim opowiesz mi, co wydarzyło się później, wyjaśniam,

że w siatce nie było nic podejrzanego. Butelka z mlekiem,

żadnej benzyny, żadnych grypsów. Nie sądziłem, że człowiek

niosący mleko może być  groźny dla  sekretarzy wapniejących

na wysokościach aż tak, żeby wysłać przeciwko niemu czołgi

o poranku. Tymczasem ja ciągle idę im naprzeciw, pomnożony

przez liczbę użytkowników, bezlitosnych jak youtube. To jest

rytuał, trwa jak telewizja, olimpiada i bóg. chociaż to nie męka

pańska jak podpowiada żona. i nie da się z powielanego miliony

razy obrazu złożyć od nowa mojego wrednego, chińskiego ciała,

skrojonego pod słynny namiot, który kupiłeś dawno temu. Wtedy

wierzyłeś, że wystarczy żyć w przyjaźni ze światem i zdrowo się

odżywiać a odkupienie przyjdzie samo. Tymczasem twoje słowa

płoną bez  przyczyny i bez wstydu. Tak płoną ludzie, miasta, lasy

od Drezna do Lhasy; tak trwa lód na przełęczach oraz ci którym

wszelkie dobra, wola i niebiański pokój zwisa na palcu.


2009-09-25 03:17:38 skomentuj (0)
NA KONIEC LATA 2009.


LIPIEC. TRYT. NIEWYPAŁ.
 

Już nigdy nie będzie takiego lata, już nigdy

Marcin Świetlicki

 

pozostało trzymać się z całych sił, z całego serca

zimnego, karbowanego korpusu. nie wiedząc,

co kryje ten oksydowany orzech, twardy na kość.

zaczęło się od zawleczki wyrzuconej za burtę.

chociaż są tacy, którzy mówią, że to stało się

przypadkiem. a byli też i tacy, którzy mówili,

że to nie zawleczka, ale pierścionek, obrączka,

zakrętka butelki wódki; znak zwykłej, wietrznej

akcyzy. potem deszcz spadł na zachodnią łachę,

która skurczyła się pod szturmem ciężkiej wody

jak mięsień. i poszła na dno. stamtąd, bez światła,

bez litości zobaczyliśmy tak wyraźnie, że żyć

można, a nawet trzeba. bez łachy. aby do piachu.


2009-09-20 21:27:01 skomentuj (8)
NA 17 WRZEŚNIA 2009

W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, która jak głosi promocyjny slogan – zaczęła się w Polsce, ukazało się wznowienie ciekawej pracy Leszka Moczulskiego. Wrzesień 1939 był tragedią, ale też nie skończył się tak jak na przykład trzeci rozbiór Polski, nie stało się tak by sprawa polska stała się wewnętrzną sprawą zaborców. Być może stało się tak z powodu niepohamowanych apetytów tak Hitlera jak i Stalina, ale też, w jakimś stopniu, dzięki polskim wysiłkom. Wrzesień 1939 to także – warto to zauważyć – pierwszy i ostatni rozdział historii II Wojny Światowej, w której Polska jest aktorem pierwszoplanowym. Mało? Może, ale były Państwa i narody, które nie otrzymały nawet drugoplanowej roli. Stąd też prowokacyjny tytuł książki „Wojna Polska 1939”. Wartość pracy Moczulskiego polega na dokładnym prześledzeniu, jak sprawa polska, która mogła przecież zakończyć się jak kryzys sudecki, anschluss Austrii czy zajęcie Kłajpedy, mimo wszelkich tragicznych konsekwencji – stała się sprawą światową. Moczulski pokazuje, że wcale nie było oczywiste, że pierwsze strzały muszą paść na Westerplatte 1 września 1939 roku o 4:45, a skoro już padły, wcale nie musiało się okazać, że są to strzały rozpoczynające nową wojnę światową. To, że napaść Niemiec na Polskę stała się sprawą całego świata, było zespolonym wysiłkiem polskiej dyplomacji i polskiej armii. Z tego punktu widzenia, nieuchronność klęski we wrześniu 1939 nie była wcale największym dramatem, w tym co miało nastąpić i tym. co mogło się wydarzyć, gdyby do wojny jednak nie doszło (wasalizacja Polski jako drugorzędnego sojusznika Hitlera lub wojna w politycznym i dyplomatycznym osamotnieniu). Moczulskiemu zapewne bliski byłby pogląd Normana Daviesa, który na polskie żale i pretensje do wyniku II Wojny Światowej zwykł wygłaszać taką mniej więcej tezę, że Polska miała marne szanse przetrwać ten kataklizm. A jednak przetrwała i to jest jej wielkim osiągnięciem. Przy tym autor „Wojny Polskiej 1939” daje szeroką wykładnię i kontekst zdarzeń, cały czas przypominając, że militarnie przegrana wojna miała doprowadzić do określonych efektów dyplomatycznych. Stąd też i opis zdarzeń poprzedzających wojnę zajmuje z górą ¾ książki, co nie znaczy że książka jest nudna. Zdecydowanie pomaga jej wyrazisty temperament autora, który dyktuje mu czasem zapewne zbyt jaskrawe – jak na historyka – oceny, ale z korzyścią dla lektury. To książka wartka i pozbawiona schematyzmu.

Pozostaje oczywiście pytanie dzwon, wracające przy okazji kolejnych rocznic - czy Polska musiała tak źle przegrać (bo, że wygrać nie  było sposobu – co do tego są wszyscy zgodni) i czy gdyby przegrała tę wojnę lepiej – czy cokolwiek by to zmieniło? Otóż przegrać lepiej na pewno mogła, nawet przy zachowaniu podporządkowania planowania wojskowego celom politycznym, których realizacja wymagała np. możliwie wysuniętego ku granicy postawienia oporu Niemcom. Co było z punktu widzenia wojskowego bezsensownym wystawieniem na ryzyko katastrofy, było z punktu widzenia politycznego konieczne. Ale nawet przy założeniu, że trzeba było stoczyć bitwę nadgraniczną, nie wszystko musiało się potoczyć tak skrajnie beznadziejnie. Wystarczy przypomnieć tylko kilka przykładów tego, co można było zrobić inaczej, lepiej a co nie wymagało wcale przenikliwości godnej Napoleona czy Hindenburga:

1. Dowódcom, którzy się nie sprawdzili, nie należało dawać ponownie komendy. W czasie kampanii było już widać że nie ma czasu na eksperymenty. A tymczasem naczelne dowództwo dało drugą szansę Dębowi Biernackiemu po zmarnowaniu przez niego jedynej odwodowej Armii „Prusy” – powierzając mu z kolei zbierane z trudem i odtwarzane wojska tzw. Frontu Północnego. Dąb Biernacki porzucił i to wojsko i tutaj nie umiał nie tylko uzgodnić współdziałania pod Tomaszowem Lubelskim z Armią „Kraków” i „Lublin”, ale nie potrafił skoordynować nawet własnych jednostek. Podobną drugą szansę dano także generałowi Rómmlowi, który porzucił w czasie odwrotu Armię „Łódź” a w nagrodę otrzymał dowództwo obrony Warszawy, które wprawdzie prowadziło obronę stolicy ale nawet na pół-gwizdka nie podało ręki przebijającym się znad Bzury resztkom Armii „Pomorze” i „Poznań”. Milczą dzieje co stało za tymi dwoma, najbardziej jawnie nietrafionymi ponownymi nominacjami.

2. Wiedząc, że z łącznością nie będzie najlepiej, można było wydzielić od początku swobodnie dwa lub nawet trzy dowództwa frontów – np. północnego, środkowego i południowego w celu koordynacji poszczególnych armii na kluczowych kierunkach. Zamiast tego mieliśmy ręczne dowodzenie przy pomocy gońców i łączników. Fronty i tak trzeba było w końcu pod naciskiem chwili utworzyć gdy okazało się, że sztab generalny w ciągłych przeprowadzkach i używając archaicznych środków łączności – ciągle zawodzi. Na ile inaczej wyglądałaby Bitwa nad Bzurą, pod Mławą, obrona Narwii gdyby armie nie współdziałały ze sobą na zasadach luźnej kooperacji, lub nie mijały się (tak jak Armia „Łódź” która przeszła prostopadle do frontu natarcia nad Bzurą nic o samej bitwie nie wiedząc) – można się tylko domyślać. Bo nawet złe dowodzenie bywa jednak lepsze niż jegoi brak.

3. O rozproszeniu sił lotnictwa i skromnych sił pancernych napisano całe tomy, nie warto o tym mówić, ale była to rzecz do uniknięcia. Spięcie nielicznych sił pancernych i lotniczych  jedną strukturę dałoby szansę uzyskania znośnego stosunku sił przynajmniej na jakimś wybranym teatrze działań. A tak wszędzie były ty śladowe, nic nie wnoszące do obrazu całości ilości

4. Relatywnie szybkie, acz słabe brygady kawalerii i tak w sumie, pod naciskiem okoliczności, najczęściej łączyły się w luźne związki dwubrygadowe, mające większa elastyczność działania. Można było to zapewne usankcjonować przed wojną jeszcze, tym bardziej że w składzie niemal każdej armii znajdowały się zazwyczaj dwie brygady kawalerii.

5. Fakt, że trzeba było w imię celów politycznych wystąpić z silną obroną nadgraniczną nie umniejszał w niczym faktu, że można było przemyśleć i rozważyć pozostawianie na tyłach Niemców ośrodków oporu przygotowanych do walki osamotnieniu. Na taki los ze względów prestiżowych oraz moralnych skazano załogę Westerplatte a szerzej załogę Helu i polskiego Wybrzeża. Nie przemyślano zawczasu jednak okrężnej obrony np. Śląska, Łodzi, Poznania, Torunia, Tarnowa, Rzeszowa.  W rezultacie spora część jednostek i tak była odcinana od sił głównych i rozjeżdżana w otwartym polu przez formacje pancerne i zmotoryzowane. Działo się to pod naciskiem chwili, bez planu, bez ładu i bez składu a wszystko unieważnił 17 września.

 

No właśnie, polski wywiad i rozpoznanie donosiło o przygotowaniach sowietów do wkroczenia do wojny, chociaż rację chyba mają ci historycy, że w 1939 roku Stalin jednak rozumował jak hiena to raz a dwa, że wkroczył w momencie gdy Niemcy przekroczyli ustaloną w pakcie Ribbentrop-Mołotow linie demarkacyjną. Nie jest wcale pewne czy gdyby te dwa czynniki – rozkład zorganizowanego oporu i zagrożenie utratą korzyści – czy Stalin w ogóle by się ruszył. Wiadomo, że Zachodnie okręgi 17 września nie były jeszcze gotowe do inwazji, nie zostały zmobilizowane do końca siły lotnictwa i piechota – dlatego tak często w relacjach z września pojawiają się sowieckie tanki, pozbawione osłony piechoty. Rydz-Śmigły na wieść o przygotowaniach sowieckich miał podobno żachnąć się „i po co mi te informacje i tak nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić”. To zapewne prawda, ale można byłoby oczekiwać od polskiej polityki przynajmniej jednoznacznie opracowanej reakcji dyplomatycznej, jednoznacznie określonej instrukcji dla dowódców. Rozkaz z 17 września w praktyce ułatwiał znacznie Stalinowi propagandową grę na wielu bębenkach i późniejsze dyplomatyczne przedstawienia. 17 września nie był więc wcale taki przesądzony jak się wydaje w gąszczu sloganów i konstatacji ex post. Dzisiaj wiemy, że stało się, ale nie musiało się stać. Mogło się stać nieco inaczej.

 

Przedłużający się i krzepnący opór Polaków oraz szybkie wytracanie impetu przez Wehrmacht – a ten po 17 września znacznie zmalał, nie tylko z powodu interwencji Stalina, ale przede wszystkim z powodu problemów zaopatrzeniowych – to mogło jednak zmusić aliantów do jakiegoś bardziej zdecydowanego gestu.  A Hitler tego się obawiał. Na sztabowych mapach grupy armii „Południe” można zobaczyć, że już po 15 września Niemcy zaczęli wycofywać szybko z Polski 3 Dywizję Górską. Nie dlatego, że armia polska została pokonana, ale dlatego, że liczono się z tym że lada dzień ruszy ofensywa francuska. Niemcy mieli słaby wywiad i nie musieli wiedzieć, że na konferencji w Abbeville, 11 września alianci poniechali akcji zaczepnej. 

 

Gra polska kartą dopiero się zaczynała. Wrzesień 1939 był tragedią, ale też nie skończył się tak jak na przykład trzeci rozbiór Polski, nie stało się tak by sprawa polska stała się wewnętrzną sprawą zaborców. Być może stało się tak z powodu niepohamowanych apetytów tak Hitlera jak i Stalina, ale w jakimś stopniu dzięki polskim wysiłkom. Wrzesień 1939 to także – warto to zauważyć pierwszy i ostatni rozdział historii II Wojny Światowej w której Polska jest aktorem pierwszoplanowym. Mało? Może, ale były Państwa i narody, która nawet drugoplanowej roli nie otrzymały.


2009-09-19 00:12:10 skomentuj (5)
POLSKA Z ODDALI. KOT STOCZNIOWIEC, KOT KOMBATANT.
A oto oddalonym od kraju bedac, nie majac polskich znakow, zyskalem nowe wejrzenie w sprawy krajowe i oto com przeczytal, oczom wlasnym nie wierzac, oto "Los Gatos Gate" po Polsku, albo gdzie sa koty z tamtych lat:
Kotów w stoczni może być nawet pół tysiąca - szacuje Teresa Piątkiewicz ze stowarzyszenia "Zwierzęcy telefon zaufania". - Do tej pory udało nam się doliczyć dwustu kotów, są to tylko te zwierzęta, które koncentrują się przy płocie - mówi radiu TOK FM Piątkiewicz. Dzięki nim w zakładzie ciężko było spotkać mysz czy szczura - wyłapywały wszystkie gryzonie, które mogły przegryzać kable od wielu skomplikowanych maszyn, te koty pracowały na stoczni - uważa szefowa stowarzyszenia. Dopóki na stoczni pracowało kilka tysięcy osób, los kotów nie był zagrożony - ludzie je dokarmiali i opiekowali się nimi. Teraz gdy na terenie zakładu zrobiło się pusto i cicho, kotom brakuje jedzenia, do tego pojawiły się lisy i jenoty, które na nie polują. Na szczęście zawiązał się "Komitet Pomocy Kotom Pracującym w Stoczni", który wywalczył zgodę na wejście na teren zakładu, by móc pomagać futrzakom. Komitet potrzebuje wsparcia, osoby pragnące pomóc kotom, mogą przesyłać pieniądze na karmę, oraz ich leczenie, na konto Zwierzęcego Telefonu Zaufania z dopiskiem "stocznia".
Tutaj mam kilka watpliwosci naturyogolnej i szczegolnej:
Czy bowiem swiadczenia kotom beda wyplacane tylko w naturze, w postaci deputatow w "whiskasie"?
I co obejmie koszyk gwarantowanych swiadczen weterynaryjnych?
Czy zapewniono kotom takze wsparcie psychologiczne?
Co z ich rodzinami?
Czy rozdano kotom odpowiednia ilosc telefonow komrkowych przystosowanych do uzycia przez koty, z generatorami transferu miaukow na ludzka mowe,aby mogly bezposrednio korzystac z telefonu zaufania dla zwierzat?
A co jezeli koty zazadaj jednak wyplat w gotowce?
Jak wycenic prace kotow, ktore, przypomnijmy uchornily tyle wosanialych kabli i przewodow (chociaz z drugiej strony byc moze do niejednych gumaikow naszczaly i nasraly)?
I kto stoi za wysypem jenotow i lisow (czy aby nie farbowanych?) w stoczni, ktora opcja polityczna szczuje bratnie gatunki i zaraza nienawiscia krew bratnia?
I ostatnie pytanie? Co to za kraj, gdzie tak news dojrzewa?


2009-09-14 20:42:47 skomentuj (1)
TRZECI RAZ W VISBY. ALBO URLOP
Kiedy pierwszy raz zawinelismy do Visby byl rok 2004, s/y Mokotow skrzypial i jeczal. Kilka godizn postoju wydawalo sie sakramencko malo. Za malo jak na to miasto z bajki w ktorym wydawalo sie, ze nie mieszkaja ludzie ale jakies muminki, szkrzaty, trolle, dzieci z Bulerbyn albo inne Pipi. Nierealne miasto, nieralne niebo i skarpoa z ktorej wydaje sie widac oz achodzie slonca caly swiat. Postoj w ramach rejsu trwal kilka godzin. Naprawa kolumny kompasu, syf_klar, dwie godizny spania ekstra dla kazdej wachty i heja w gore serca. Na poludnie. Drugim razem mielismy plynac do Helsinek, ale szedl sztorm a zachodzila obawa ze ludnosc jak i jacht nie wytrzymaja, dlatego kapitan podjal decyzje, ze nie bedziemy w sztormie robic halsow w gore Baltyku ale sprobowac jeszcze raz wybrzeza Szwecji i tak chowajac sie przed sztormem weszlismy drugi raz do Visby. Ale znowu tylko na moment.


Wczoraj po 47 godiznach podrozy, dwch pociagach pospiesznych (Polska), takswce bagazowej (Polska), dwoch promach, kilku kilometrach na pioechote, z dwoma rowerami, laptopem i trzema plecakami (na cholera nam tyle tego, czego, przeciez prawie nic nie mamy!) - dotarlismy do Visby po raz trzeci. Na dluzej. Bedziemy donosic na biezaco. I pisac. I czytac.

2009-09-12 20:13:26 skomentuj (6)
POST SCRIPTUM DO SIERPNIA

1.
Serdecznie zapraszam w imieniu serwisu www.poecidlatybetu.pl do kolejnej z serii licytacji książek z autografami:
Roman Honet "baw się" - http://www.allegro.pl/item724541496_roman_honet_baw_sie.html
Roman Honet "moja" - http://www.allegro.pl/item724541500_roman_honet_moja.html
Tomasz Hrynacz "Praski Raj" (szt. 2) - http://www.allegro.pl/item725512392_tomasz_hrynacz_praski_raj.html

2.

A oprócz tego, serdecznie zapraszam tutaj:


Do zobaczenia,


2009-08-27 19:00:15 skomentuj (0)
SIERPIEŃ MIESIĄCEM REKONSTRUKCJI HISTORYCZNEJ
Gdy coś, co było elitarne - staje się powszechne a z czasem masowe, kontekst rozowy musi się nieuchronnie spłaszczyć, wyrównać. Taka jest cena powszechności. Stąd kościół katolicki, czyli powszechny z chwilą gdy nie tylko stał sie powszechie dostępny, otwarty ale gdy stał się masowy, i gdy jeszcze tę własną masowośc polubił, ukochał i zaczął utwierdzać - nieuchronnie spłaszcy ł swój język. Musiał tak. Nie mógł inaczej. Oczywiście spłaszczać, wyrównywać, upraszczać można ładnie i nieładnie.  Mam niejasne wrażenie, że stosunek do historii, szczególnie do historii Polski, wchodzi pomału w archetypowy schemat - na razie cichego - sporu pokoleniowego między młodymi a starymi. W miarę jak wymierają juz naprawdę ostatni uczestnicy PW1944, nie mówiąc już o Bitwie Pod Monte Cassino, Westerplatte, Bzury, Wizny, Helu - narasta z jednej strony fala publikacji i komenatrzy próbujących dokonyac rewizji (bo już nikogo nie będzie boleć)  tak w stronę krytyczną jak i afirmatywną albo zgoła fantazmatyczną. Pewne jest jednak to, że o ile jeszcze do niedawna wiedza o Powstaniu, Wrześniu 1939 czy innych podobnych sprawach uchodziła jednak za rzecz niszową, a ludzie pasjonujący się tymi tematami głównie gościli w zaułkach forów internetowych pod hasłem "historia i militaria" to wraz ze wzrostem siły takich zajwisk i manekinów jak "Patriotyzm Jutra", "polityka historyczna" etc. - rzecz przeniosła się do społecznego mainstreamu. I oto nie ma osoby, która by nie miała zdania na ten temat. I tak jedni demonstracyjnie odwracają oblicza i utyskują na komiksowe, uproszczone, akademijne wersje historii a inni odpowiadają, że wreszcie można i to nasz patriotyzm, nasz romantyzm i nasi koledzy i ocieraja łezkę oglądając kolejny klip mający uczynić pamięć o Powstaniu Warszawskim powszechną, masową i urzędową.
Obawiam się, że te drogi pamięci zaczynają skręcać zbyt niebezpiecznie blisko komiksu, disco-polo, że gubi się to cow  rozmowach (kiedyś) o Powstaniu, Wrześniu, Listopadzie, Styczniu było najważniejsze - definiowanie swojej tożsamości, postawy wobec spraw zbiorowych, odpowiedzialnosc i dramat. Dramat schodzi coraz bardziej z pola widzenia bo w polu widzenia znajduje sie coraz więcej obrazków, cortaz szybciej montowanych. Trudno powiedzieć coś nowego, głębokiego gdy się ma 30 sekund. Dlatego kolejne koprodukcje Muzeum Powstania Warszawskiego - takie jak
konkursowa antologia komiksu na motywach powstańczych:


Rubik-Opera Mateusza Pospieszalskiego na motywach Białoszewskiego:


Czy wreszcie Projekt "Gajcy":



Budzą raczej moja irytację, podobną do irytacji gdy widzę grupy rekonstrukcyjne imitujące atak niedozbrojnych Powstańców na niemieckie punkty oporu. Zadaję sobie pytanie co kolejne ma byc w rekonstrukcji? Rekonsrukcja selekcji na rampie w Auschwitz? A może rekonstrukcja procesu mielenia kości w Chełmnie nad Nerem? Gdzie jest ta cienak czerwona linia między wolnościa wyrazu - na przykład artystycznego a szacunkiem dla źródła, dla prawdy. Komiks z kolekcji "44" grzeszy najczęsciej infantylizmem, słabością kreski, ucieczką w fantazję (głowna nagroda to komiks w której Powstańcy konstruują wielkiego golema jk z gwiezdnych wojen...), schematycznością ujęcia tematu. Nie wiadomo jak uszczknąć i uszanować. Pospieszalski jest muzycznie nie do przyjęcia, nudny, odruchowy, odtwórczy a nadto robi krzywdę Białoszewskiemu szatkując go niczym zaśpiewy suahili. Gdy robi to na użytek rockowych zgrywów w ramach Voo Voo z frazami których publika nie rozumie to pół biedy, ale tutaj gubi sie to co było obezwładniające u Białoszewskiego - ów niepowstrzymany strumień myśli, wrażeń, obserwacji, świadomości, ciąg, jakby alkohol buzował. U Pospieszalskiego jest trochę skandowania i nic z tego nie zpada we wdzięczna pamięć. Z projektu "Gjacy" tak naprawdę zapada w głowę Dezerter, Janerka i Agressiva 69 którzy chyba porafili wyczaić odpowiedni klimat i dramatyzm tekstu. reszta to ciekawe wprwki stylistyczne, trudno jednak uciec od wrażenia że w znacznej mierze realizowane bez specjalnego zapału, bez szalonej miłości i chęci przeniknięcia tekstu i losu.
Kiedy się słucha "Powstania Warszawskiego" Lao Che, wydanego w nierówną nierocznicę PW1944 - w maju 2005 roku, to ta każdy szczegół jest na swoim miejscu, dlatego zapewne, że Denat latami badał te historie, żył nimi, znał na wylot i wiedział dokładnie co i jak chce powiedziec a koledzy muzycy upłynniali. Tutaj, wszystko jakies schematyczne, odruchowe. Równie dobrze w tych poprawnych kawałkach w dużej rozpiętości stylistycznje mogłyby znaleźc sie teksty Witkacego, Aleksadnra Wata, Broniewskiego - kogokolwiek.

I tak nam się kontekst rozmowy o historii spłaszcza w ramach miesiąca pamięci narodowej, która jest jak jedna wielka rekonstrukcja historyczna, czyli trochę bardziej skompikowana i droższa strzelanka na podwórku w której sie rkzyczy do kumpla wylosowanego na Niemca "dostałeś, dostałeś". Nie mówię, że brzydko, bo to jest poprawne i grzecznie. Ale chyba trochę głupio. A tego szkoda.


2009-08-27 18:48:45 skomentuj (4)